Część 1: Kremy między przyprawami
Danuta zamarła z chochlą w dłoni. Jeszcze rano na tej półce stały słoiczki z majerankiem, liściem laurowym i przyprawą do rosołu. Teraz między kawą a herbatą rozpanoszyły się kremy, toniki i jakieś mleczne mazidło w szklanej buteleczce z napisem „eliksir młodości”.
— Rucyna — odezwała się spokojnie, ale w kuchni momentalnie zrobiło się ciężko jak przed burzą. — Dlaczego twój krem do stóp stoi obok mojej przyprawy do bigosu?
Teściowa nawet nie podniosła wzroku znad tabletu. Siedziała przy stole w jedwabnym szlafroku w pawie wzory i mieszała łyżeczką kawę z ekspresu, który kupili Danuta z Tomkiem na raty.
— Może, kobieto? No bez przesady — westchnęła w końcu. — Po łazience jest wilgoć. Kosmetyki się niszczą, a tutaj sucho, ciepło. Normalni ludzie tak robią.
Danuta patrzyła na nią w milczeniu.
— I jeszcze ten zapach twoich przypraw — Lucyna skrzywiła się teatralnie. — Wszystko śmierdzi jak stołówka w sanatorium. Poprzestawiałam je do dolnej szafki.
— Do tej obok kosza? — spytała Danuta.
— No przecież, tam im miejsce.
Metalowa chochla stuknęła o garnek. Danuta wolno odłożyła ją na blat. Wdech, wydech. Trzy tygodnie. Minęły dopiero trzy tygodnie odkąd Lucyna zjawiła się pod ich drzwiami z trzema wielkimi walizkami i miną cierpiętnicy z serialu.
— Ojciec Tomka kompletnie oszalał — oznajmiła wtedy dramatycznie, ocierając suche oczy chusteczką. — Wyrzucił mnie po trzydziestu latach małżeństwa dla jakiejś baby z księgowości.
Tomek oczywiście od razu zmiękł. Mama to mama. Danuta wtedy milczała. Znała też wersję teścia. Kobieta z księgowości miała ponad pięćdziesiąt lat, nosiła krótkie włosy i podobno przynajmniej raz w tygodniu sama odkurzała mieszkanie. W przeciwieństwie do Lucyny, która całe życie uważała, że świat istnieje po to, żeby ją obsługiwać. I teraz ten świat siedział w kuchni Danuty.
— Zabierz to wszystko — powiedziała cicho.
— Co takiego?
— Te kremy, toniki, wszystko. W tej kuchni robi się jedzenie.
Lucyna uniosła idealnie wyrysowaną brew.
— Ale z ciebie prostaczka. Przecież to tylko krem.
— No ręce opadają — mruknęła Danuta.
— Jak Tomek wróci, to mu opowiem, jak się do mnie odzywasz. Biedna kobieta została praktycznie bez domu, a tu jeszcze własna synowa ją poniża.
Danuta zacisnęła szczękę.
— I przesoliłaś zupę — dodała Lucyna, próbując łyżką rosół. — Naprawdę nie czujesz smaku?
Coś w środku Danuty napięło się jak drut. Bez słowa podeszła do półki, wzięła tubkę kremu do stóp i otworzyła kosz. Plastik głucho stuknął o obierki po ziemniakach.
— O Jezu! — Lucyna zerwała się tak gwałtownie, że aż rozchylił jej się szlafrok. — Ty chyba zwariowałaś.
— Możliwe. Wiesz, ile ten krem kosztował?
— Skoro przyprawy mogą stać przy koszu, to kremowi też będzie tam dobrze — Danuta uśmiechnęła się krzywo. — Logika, Lucyna.
Część 2: Kanapa, patelnia i kawa za 179 złotych
Teściowa przez chwilę łapała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
— Ty niewdzięczna dziewucho. Tomek cię za bardzo rozpieszcza.
Wieczorem Tomek siedział na rozkładanej kanapie w salonie i ściągał skarpetki z miną człowieka, który chciałby zniknąć. Za ścianą dudnił telewizor. Lucyna oglądała jakiś serial na TVP i co chwilę podkręcała głos. Ich sypialnię zajęła już pierwszego dnia.
— Mam migreny i potrzebuję normalnego materaca — oznajmiła wtedy.
Od tamtej pory Danuta i Tomek spali na skrzypiącej kanapie, od której bolały plecy.
— Danuś, no wytrzymaj jeszcze trochę — mruknął Tomek. — Ona naprawdę nie ma gdzie iść.
— A ja mam gdzie żyć — odparła cicho.
Nie odpowiedział.
— Dzisiaj wyrzuciła moje pelargonie z parapetu. Powiedziała, że ma alergię. Ona ma alergię na wszystko, co nie kręci się wokół niej.
Tomek westchnął ciężko i objął żonę ramieniem. Był dobrym człowiekiem, spokojnym, pracowitym, ale przy matce zmieniał się w przestraszonego chłopca. Lucyna całe życie wpajała mu poczucie winy. Ja dla ciebie poświęciłam życie. Ja przez ciebie nie spałam po nocach. Ja cię wychowałam sama.
Danuta położyła się i spojrzała w sufit, po którym przesuwały się światła samochodów zza okna.
— Pogadam z nią — obiecał Tomek słabo.
— Nie.
— Dlaczego?
Danuta zamknęła oczy.
— Bo z takimi ludźmi rozmowy nic nie dają.
— To co chcesz zrobić?
Po chwili otworzyła oczy i spojrzała gdzieś przed siebie.
— Jeszcze nie wiem. Ale coś będę musiała, bo inaczej ta kobieta urządzi nam tutaj własne królestwo.
Następny poranek zaczął się od zapachu spalenizny. Danuta otworzyła oczy i przez chwilę leżała nieruchomo, próbując zrozumieć, co właściwie czuje. Potem usłyszała metaliczne skrobanie dochodzące z kuchni. Serce jej opadło. Wpadła do środka niemal biegiem.
Lucyna stała przy kuchence w satynowym szlafroku i z niezadowoloną miną grzebała widelcem po dnie patelni. Po kuchni unosił się zapach przypalonego jajka.
— No wreszcie! — rzuciła teściowa zamiast „dzień dobry”. — Masz beznadziejną patelnię. Wszystko przywiera.
Danuta spojrzała na swoją ukochaną żeliwną patelnię. Tę samą, którą dostała od ojca kilka lat wcześniej. Idealnie wypaloną, ciężką, niezniszczalną. A teraz całe dno było poorane srebrnymi rysami.
— Skrobałaś żeliwo widelcem? — zapytała cicho.
Lucyna prychnęła.
— A czym miałam? Palcem?
Danuta poczuła pulsowanie w skroniach.
— I skończyła się kawa — dodała Lucyna jakby nigdy nic. — Ta twoja marketowa lura jest nie do picia. Zamówiłam świeżo paloną kawę z modnej palarni. Kurier będzie za godzinę. 179 zł. Zapłacisz przy odbiorze, bo ja nie miałam gotówki.
Danuta patrzyła na nią przez chwilę w absolutnym milczeniu. 179 złotych za kawę. Oni z Tomkiem od miesięcy odkładali po trochu na naprawę samochodu, bo stary Opel zaczynał ledwo zipać. Liczyli każdy rachunek, a Lucyna zamawiała kawę droższą niż tygodniowe zakupy.
— Nie będziemy kupować kawy za prawie 200 zł — powiedziała spokojnie Danuta, nalewając sobie wodę do szklanki.
— Ale będziemy — odparła Lucyna. — Ja nie zamierzam pić tych twoich popłuczyn. I nowej patelni też nie będzie.
Lucyna odwróciła się gwałtownie.
— No ręce opadają. Taka młoda dziewczyna, a skąpa jak emerytka z kolejki do przychodni.
Danuta napiła się wody.
— A ty jesteś niewychowana.
— Boże, kobieto — Lucyna teatralnie złapała się za serce. — Tomek naprawdę ma ciężko z tobą. Cała po tym swoim ojcu.
To było jak zapalona zapałka wrzucona do benzyny. Danuta powoli odstawiła szklankę.
— Co masz do mojego ojca?
— Nic. Po prostu od razu widać wieś. Te słoiki, kiszone ogórki, kompoty. Jeszcze tylko kur nie brakuje na balkonie.
Danuta nic już nie odpowiedziała. Odwróciła się i wyszła z kuchni. Kilka minut później siedziała w sypialni na brzegu łóżka z telefonem w dłoni. Przez chwilę patrzyła w ekran, potem nacisnęła zieloną słuchawkę.
Ojciec odebrał po trzecim sygnale.
— No cześć, córka — zabrzmiał niski, spokojny głos Bogdana. W tle było słychać gdakanie kur i jakiś traktor. — Co tam?
Danuta poczuła dziwną ulgę.

— Jak zdrowie?
— A daj spokój. Ciśnienie skacze jak głupie. Lekarka mówi, żebym przyjechał do miasta zrobić badania. EKG, krew i te wszystkie cuda.
— To przyjedź.
— E tam — mruknął. — Będę wam się tylko pałętał pod nogami.
— Przyjedź, tato. Naprawdę.
Zapadła chwila ciszy. Bogdan nie był człowiekiem, który zadawał dużo pytań. Jeśli coś było trzeba zrobić, po prostu to robił.
— Dobra — odpowiedział w końcu. — Przyjadę jutro rano. Przywiozę wam trochę jajek i smalcu.
Danuta uśmiechnęła się pierwszy raz od wielu dni.
— I kiszonych ogórków.
— No pewnie.
Część 3: Przyjazd ojca i pierwsze starcia
Wieczorem Lucyna leżała rozwalona na kanapie i oglądała serial. Na stoliku przed nią stała miska winogron i filiżanka kawy.
— Jutro przyjeżdża mój tata — powiedziała spokojnie Danuta.
Lucyna aż usiadła prosto.
— Tutaj?
— Tak.
— Do mieszkania?
— No raczej nie pod blok.
Tomek od razu spiął ramiona. Lucyna zmrużyła oczy.
— Ile będzie siedział?
— Kilka dni. Ma badania w przychodni.
— O Jezu — jęknęła teatralnie. — Tylko tego brakowało.
Danuta spojrzała na nią chłodno.
— Problem?
— Żaden. O ile nie będzie chodził po domu w tych swoich gumofilcach i pachniał oborą.
Tomek odchrząknął nerwowo.
— Mamo, no co?
— Wzruszyła ramionami Lucyna. — Mówię tylko, że ja jestem delikatna. Mam bardzo wyczulony węch. Nie każdy lubi zapach krów przy śniadaniu.
Danuta poczuła, jak coś zimnego osiada jej w środku. Lucyna wróciła do serialu, jakby nic się nie stało, a Danuta po raz pierwszy pomyślała, że jej ojciec i Lucyna pod jednym dachem to może być albo katastrofa, albo najlepsza rzecz, jaka mogła ich spotkać.
Bogdan przyjechał chwilę po południu. Danuta zobaczyła przez okno znajomego, wysłużonego granatowego Passata kombi, który z jękiem zawieszenia wtoczył się na parking pod blokiem. Samochód wyglądał tak, jakby przeżył trzy epoki, dwa gradobicia i co najmniej jedną powódź, ale wciąż uparcie jeździł.
— Tato przyjechał — powiedziała cicho.
Tomek odruchowo wyprostował się przy stole. Lucyna nawet nie oderwała wzroku od telewizora.
— Oby tylko nie parkował na miejscu sąsiada z drugiego piętra. On jest konfliktowy.
Kilka sekund później po klatce schodowej rozległy się ciężkie kroki. Bogdan wszedł do mieszkania jak człowiek, który nigdy przed nikim nie musi udawać ważniejszego niż jest. Wysoki, szeroki w ramionach, siwy. Miał na sobie grubą flanelową koszulę, sprane dżinsy i starą kurtkę roboczą, pachnącą zimnym powietrzem, papierosami i trochę gospodarstwem. W rękach taszczył ogromne torby.
— No witam młodych — huknął od progu. Postawił bagaże w przedpokoju i od razu zaczął wyciągać jedzenie. — Smalec wam przywiozłem, kiełbasę swojską, jajka, ziemniaki, a tu kompot z wiśni i ogórki kiszone.
Danuta aż się uśmiechnęła.
— Tato, po co tyle tego?
— A co? Miałem z pustymi rękami przyjechać?
Lucyna pojawiła się w przedpokoju dopiero po chwili. Wyglądała, jakby schodziła po czerwonym dywanie, a nie wychodziła z sypialni w bloku. Włosy idealnie ułożone, satynowa bluzka, perfumy ciężkie jak sklep jubilerski. Spojrzała na Bogdana od góry do dołu.
— Dzień dobry — powiedziała chłodno. — Lucyna.
— Aha — kiwnął głową Bogdan.
Zapadła niezręczna cisza. Lucyna zmarszczyła lekko nos.
— Buty może pan zostawi przy wejściu. Mamy jasne panele.
Bogdan spojrzał najpierw na swoje zabłocone trapery, potem na Danutę. Ta ledwo zauważalnie wzruszyła ramionami.
— No patrz pani — mruknął spokojnie, zaczynając się rozsznurowywać. — Dziwne rzeczy.
Lucyna zacisnęła usta.
Już przy obiedzie było czuć napięcie. Bogdan siedział przy stole spokojnie, jadł rosół i co chwilę chwalił jedzenie córki.
— O, taki rosół to ja rozumiem. Konkretny, nie woda po makaronie.
Lucyna dłubała widelcem w sałatce.
— Ja od ciężkich rzeczy mam problemy z żołądkiem — oznajmiła. — Mam bardzo delikatny układ nerwowy.
— Aha — odpowiedział Bogdan.
Tomek kaszlnął nerwowo. Lucyna poprawiła włosy.
— Na wsi pewnie człowiek przywyka do prostego jedzenia.
— Jak jest głód, to wszystko dobre — odparł spokojnie Bogdan.
Danuta widziała, że ojciec już wszystko rozumie. Nie zadawał pytań, nie komentował, ale obserwował. Widział, kto siedzi rozwalony jak królowa, a kto zrywa się co chwilę po herbatę, talerze i sztućce. Widział, że Tomek mówi do matki cicho i ostrożnie, jakby bał się ją zdenerwować. Widział też, że Danuta jest zmęczona.
Po kolacji Lucyna demonstracyjnie przeniosła się do salonu z kieliszkiem wina i pilotem.
— Tomek, zrób mi herbatkę z cytryną.
Tomek od razu wstał. Bogdan patrzył chwilę za nim.
— Ona chora jakaś? — zapytał cicho Danuty.
— Nie.
— To czemu sama sobie nie zrobi?
Danuta tylko westchnęła.
Część 4: Chrapanie, pranie i wojna o bieliznę
Wieczór ciągnął się ciężko i lepko. Bogdan opowiadał o gospodarstwie. O tym, że jedna krowa ma się cielić. O lisie, który kręci się koło kurnika. O sąsiedzie, który po pijaku wjechał traktorem do rowu. Tomek nawet się śmiał. Lucyna siedziała naburmuszona.
— Ja naprawdę nie wiem, jak można żyć na wsi — rzuciła w końcu. — Tam nawet do porządnego sklepu daleko.
— No jest Biedronka — odparł Bogdan. — I Dino.
Danuta prawie parsknęła śmiechem. Lucyna spojrzała na nią lodowato.
Noc zaczęła się spokojnie. Skończyła katastrofą. Około drugiej nad ranem całe mieszkanie zatrzęsło się od potężnego chrapania Bogdana śpiącego na rozkładanej kanapie w salonie. To nie było zwykłe chrapanie. To był dźwięk, jakby ktoś odpalał kombajn w małym pokoju.
Lucyna wyskoczyła z sypialni w jedwabnym szlafroku.
— Matko jedyna — syknęła. — Przecież tego się nie da wytrzymać.
Bogdan nawet się nie obudził. Leżał na plecach i chrapał tak, że szyby lekko drżały. Lucyna podeszła bliżej.
— Halo, halo — zaczęła potrząsać go za ramię. — Niech pan coś z tym zrobi.
Bogdan mruknął przez sen, przewrócił się na drugi bok i zaczął chrapać jeszcze głośniej. Danuta schowała twarz w poduszce, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Lucyna stała pośrodku salonu, blada z wściekłości, i po raz pierwszy wyglądała nie jak pani domu, tylko jak ktoś, kto zaczyna tracić kontrolę nad własnym królestwem.
Poranek wybuchł krzykiem — takim prawdziwym, przeciągłym, aż echo poszło po klatce schodowej. Danuta poderwała się na kanapie, kompletnie zdezorientowana. Tomek usiadł obok niej z włosami sterczącymi na wszystkie strony.
— Co się dzieje? — wymamrotał.
— O Jezu święty, to znowu Lucyna.
Danuta wybiegła do przedpokoju i aż musiała zacisnąć usta, żeby nie parsknąć śmiechem. Scena była absolutnie absurdalna. Na środku balkonu, przy minus kilku stopniach, wisiało eleganckie koronkowe pranie Lucyny. Biustonosze, halki i jakieś satynowe cuda powiewały na mrozie, sztywne jak blacha. Jeden stanik wyglądał, jakby można nim było wbijać gwoździe. A obok tego wszystkiego stał Bogdan w podkoszulku i kalesonach, spokojny jak człowiek, który właśnie zrobił dobry uczynek.
— Człowiek chciał dobrze — mruknął.
Lucyna odwróciła się do niego z twarzą czerwoną z furii.
— Dobrze pan nazywa to dobrze?!
W rękach trzymała zlodowaciały koronkowy biustonosz.
— To było z Mediolanu!
Bogdan zmrużył oczy.
— Aha.
— Serce mi stanęło, jak to zobaczyłam.
— No i po co było ruszać? — jęknął Tomek, przecierając twarz.
Bogdan wzruszył ramionami.
— Wisiało to w misce od wczoraj. Pomyślałem, że pomogę. Wyprałem porządnie szarym mydłem, wypłukałem i rozwiesiłem.
Lucyna aż się zachłysnęła.
— Szarym mydłem?!
— No przecież dobre jest. Wszystko dopierze.
Danuta odwróciła się do ściany, bo ramiona już jej drżały od tłumionego śmiechu. Lucyna tymczasem przeżywała autentyczny dramat.
— Pan nie ma pojęcia, ile to kosztowało. To delikatny jedwab. Ekskluzywna bielizna.
Bogdan spojrzał na zamarznięte koronki.
— Dziwne rzeczy. Dziwne.
— To luksus!
— Aha.
To „aha” kompletnie wyprowadzało Lucynę z równowagi.
— Pan specjalnie chce mnie doprowadzić do zawału!
— Ja? — zdziwił się szczerze Bogdan. — Ja tylko pranie zrobiłem.
Lucyna złapała się za czoło.
— Boże, z kim ja mieszkam?
Bogdan podszedł bliżej i obejrzał zlodowaciały stanik.
— Twarde się zrobiło, bo zamarzło. To odmarznie.
— Ale koronka jest zniszczona!
Bogdan westchnął ciężko.
— Pani Lucyno, krowa mi kiedyś pół kurtki zeżarła. Człowiek żyje dalej.
Lucyna patrzyła na niego tak, jakby właśnie usłyszała najstraszniejszą rzecz w życiu. Tomek próbował ratować sytuację.
— Mamo, naprawdę tato Danusi nie chciał źle.
— Oczywiście, że chciał źle! — wrzasnęła. — Od początku robi wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie.
Bogdan zmarszczył brwi. Pierwszy raz odkąd przyjechał.
— Oj, pani — powiedział już chłodniej. — Nie przesadzajmy.
— Niech pan na mnie nie mówi „pani” takim tonem.
— A jakim mam mówić?
— Z szacunkiem.
Bogdan spojrzał na Danutę, potem na Tomka.
— No patrz pani. Człowiek pierze, pomaga, a jeszcze ochrzan dostaje.
Lucyna aż tupnęła nogą.
— Bo pan zniszczył moje rzeczy!
— To może trzeba było samemu prać.
Zapadła cisza. Tomek pierwszy raz spojrzał na matkę inaczej niż zwykle. Bez tego automatycznego współczucia, bez lęku — raczej ze zmęczeniem. Lucyna chyba też to zauważyła, bo od razu zmieniła ton na bardziej dramatyczny.
— Oczywiście, wszyscy przeciwko mnie, jak zwykle. Ja tylko chciałam trochę spokoju na stare lata.
Bogdan prychnął pod nosem.
— Spokój. To pani chyba lubi najbardziej wtedy, jak inni koło pani latają.
Danuta aż uniosła głowę. Tomek spuścił wzrok. Lucyna zrobiła krok do przodu.
— Wie pan co? Pan mi za to zapłaci.
— Za co?
— Za bieliznę.
Bogdan roześmiał się krótko, nie wierząc, że dobrze usłyszał.
— Za to pranie?
— Tak. To był komplet za prawie 2000 zł.
Bogdan powoli przestał się uśmiechać.
— 2000 za takie szmatki?
— To nie są szmatki!
— Aha.
Lucyna zaczęła chodzić po salonie jak nakręcona.
— Ja tego tak nie zostawię. Człowiek przyjeżdża do miasta i zachowuje się jak w oborze.
To słowo zawisło w powietrzu. Bogdan spojrzał na nią już całkiem inaczej. Spokojnie. Ciężko.
— Uważaj pani — powiedział cicho. — Bo można człowieka zdenerwować.
Lucyna jednak była już rozpędzona.
— Albo mi pan odda pieniądze, albo zrobię taki skandal, że całe osiedle będzie gadać.
Bogdan milczał przez chwilę, potem odwrócił się i spokojnie poszedł do kuchni.
— Głodny jestem — mruknął. — Zjem sobie kanapkę.
A Lucyna została pośrodku salonu z zamarzniętym stanikiem w rękach i miną kobiety, która właśnie zaczęła wojnę, nie rozumiejąc jeszcze, z kim naprawdę zadarła.
Część 5: Rachunek, prawda o mieszkaniu i wyjazd na wieś
Następnego ranka atmosfera w mieszkaniu była ciężka jak przed burzą. Lucyna demonstracyjnie trzaskała szafkami w kuchni. Bogdan spokojnie jadł kanapki z kiełbasą i popijał herbatę z grubego kubka. Tomek siedział przy stole cichy jak nigdy, a Danuta tylko obserwowała. Każdy czuł, że coś wisi w powietrzu.
I rzeczywiście — kiedy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, Lucyna nagle stanęła w przedpokoju, zastawiając drzwi całym swoim ciałem. Była już umalowana, ubrana w elegancki płaszcz i wyraźnie przygotowana do czegoś dużego. W rękach trzymała kartkę.

— Proszę bardzo — oznajmiła lodowatym tonem. — Wszystko sobie policzyłam.
Bogdan uniósł wzrok znad kurtki.
— Co policzyłaś?
Lucyna odchrząknęła.
— Straty, zużycie mediów, dyskomfort psychiczny i koszty pobytu.
Danuta aż przestała zapinać buty. Tomek pobladł.
— Mamo, co ty znowu?
Lucyna wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Pan — zwróciła się do Bogdana oficjalnym tonem. — Nocował tutaj kilka dni. Korzystał pan z wody, prądu, gazu. Zakłócał ciszę nocną chrapaniem. Dodatkowo zniszczył pan moje rzeczy osobiste.
Bogdan patrzył na nią bez słowa.
— Dlatego oczekuję rekompensaty.
— Jakiej rekompensaty? — spytała Danuta cicho.
Lucyna spojrzała w kartkę.
— 1800 zł.
W przedpokoju zrobiło się zupełnie cicho. Nawet lodówka przestała buczeć.
— Ile? — Tomek aż się zakrztusił.
— To i tak bardzo uczciwa cena — ciągnęła Lucyna. — Hotel w tej okolicy kosztowałby więcej, a po wszystkim trzeba jeszcze wywietrzyć mieszkanie z zapachu papierosów i… no, gospodarstwa.
Bogdan powoli odstawił kubek. Bardzo spokojnie.
— Ty tak serio? — zapytał.
— Oczywiście. A jeśli nie dostanę pieniędzy, zadzwonię po straż miejską albo policję. Powiem, że zostałam zastraszona we własnym domu.
Danuta poczuła, jak aż zimno przechodzi jej po plecach. Tomek otworzył usta, ale nie wydobył z siebie ani słowa. Bogdan przez chwilę stał nieruchomo, potem bardzo wolno się wyprostował i nagle cały ten mały przedpokój zrobił się za ciasny.
— Gruba sprawa — powiedział cicho.
Lucyna uniosła podbródek.
— Nie dam się traktować jak byle kto.
Bogdan spojrzał najpierw na Tomka, potem na Danutę, a potem znowu na Lucynę.
— To ja mam pytanie — powiedział spokojnie. — Ty aby czegoś nie pomyliłaś.
— Słucham.
— Ty chcesz ode mnie pieniądze za mieszkanie?
— Tak. Za mieszkanie, w którym śpię.
— Dokładnie.
Bogdan kiwnął głową powoli.
— Dziwne rzeczy.
Lucyna przewróciła oczami.
— Proszę nie robić z siebie prostaka.
I wtedy Bogdan zrobił krok do przodu. Nie podniósł głosu, ale Danuta pierwszy raz zobaczyła, jak Lucyna cofnęła się odruchowo.
— Kobieto — powiedział ciężko. — Ty wiesz w ogóle, czyje to mieszkanie?
Lucyna zamarła.
— No… Tomka i Danusi.
— Nie.
Cisza.
— To mieszkanie jest moje. Dziesięć lat temu kupiłem je za oszczędności. Dokumenty leżą w kredensie pod obrusami. Danuta z Tomkiem tu mieszkają, odkładają na swoje, a ja im pomagam.
Lucyna zrobiła się blada. Naprawdę blada.
— To jakiś żart.
— Nie, żaden żart.
Bogdan podszedł bliżej.
— I teraz słuchaj uważnie. Ty tu nie mieszkasz. Tylko pasożytujesz.
Tomek zamknął oczy. Lucyna aż otworzyła usta.
— Jak pan śmie…
— Normalnie. Siedzisz dzieciom na głowie, rozstawiasz wszystkich po kątach, żresz, marudzisz i jeszcze rachunki wystawiasz.
— Tomek! — pisnęła Lucyna. — Powiedz coś!
Tomek spojrzał na matkę długo, bardzo długo. I pierwszy raz nie było w tym spojrzeniu strachu, tylko zmęczenie.
— Mamo — odezwał się cicho. — Ty naprawdę przesadziłaś.
Lucyna jakby dostała policzek.
— Ty też przeciwko mnie? Boże…
Tomek potarł twarz dłonią.
— Chcesz od jego ojca pieniądze za spanie we własnym mieszkaniu?
— Ale on…
— Nie. Koniec.
Lucyna cofnęła się pod ścianę.
— Ja jestem matką.
— A oni są ludźmi — uciął Bogdan. — Nie służbą hotelową.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem Bogdan sięgnął po czapkę.
— Dobra. Skończyło się.
Lucyna zmarszczyła brwi.
— Co się skończyło?
Bogdan spojrzał jej prosto w oczy.
— Pakujesz walizki. Jedziesz ze mną na wieś.
— Co?
— Przydasz się. Księgowość mi ktoś ogarnie. Kury policzy, jajka posortuje. Może się człowiek czegoś nauczy.
Lucyna patrzyła na niego jak na wariata.
— Ja? Na wieś?
— Aha. Chyba pan oszalał.
— Nie. Ale ty za długo żyłaś jak hrabina. Czas zejść na ziemię. Dosłownie.
Lucyna stała w sypialni nad otwartą walizką i wyglądała tak, jakby ktoś wyłączył w niej prąd. Jeszcze godzinę wcześniej była królową tego mieszkania. Teraz składała swoje bluzki, kosmetyki i jedwabne szlafroki drżącymi rękami, a Danuta podawała jej rzeczy z szafy w zupełnej ciszy.
— To jest bezprawie — mruknęła Lucyna.
— Nie — odezwał się z przedpokoju Bogdan. — To jest porządek.
Tomek stał przy drzwiach i patrzył na matkę inaczej niż dotąd. Już nie jak mały chłopiec, który boi się, że mama się obrazi. Raczej jak dorosły mężczyzna, który wreszcie zobaczył coś, czego długo nie chciał widzieć.
— Tomek… — Lucyna ścisnęła apaszkę. — Powiedz mu coś.
Tomek westchnął.
— Mamo, pojedź. Tam ci dobrze zrobi. Świeże powietrze, spokój.
— Spokój przy krowach…
— Krowy przynajmniej nie wystawiają rachunków za nocleg — mruknął Bogdan.
Danuta odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech. Lucyna usiadła na brzegu łóżka.
— Ja całe życie poświęciłam rodzinie.
— To teraz rodzina poświęci ci trochę pracy — odparł Bogdan. — Psychoterapia, wielka rzecz. Drewno do pieca samo się nie przyniesie. Jajka w kurniku same się nie policzą.
— Ja mam nosić drewno?
— Na początek tylko lekkie. Nie bój się. Nie dam ci od razu siekiery.
Lucyna pobladła.
— Ja nie dam rady.
— Dasz. Błoto po roztopach też przeżyjesz. Świeże mleko wypijesz. Człowiek od tego nie umiera.
Po pół godzinie walizki stały już przy drzwiach. Lucyna wyszła z klatki w futrze z norki, wielkich okularach i z miną tragicznej bohaterki. Przy starym Passacie Bogdana wyglądała jak eksponat z luksusowej wystawy wstawiony przypadkiem do warsztatu samochodowego.
Bogdan zapakował bagaże do bagażnika.
— Trzymaj się, mamo — powiedział Tomek cicho.
Lucyna spojrzała na niego z wyrzutem.
— Zdrajca.
Tomek nie odpowiedział. Bogdan klepnął go w ramię.
— Nie bój się. Krzywdy jej nie zrobię. Tylko trochę kurzu z głowy wytrzepię. Za miesiąc jeszcze podziękuje.
— Ja nigdy nie podziękuję — syknęła Lucyna z przedniego siedzenia.
— Aha — odparł Bogdan i zatrzasnął drzwi.
Silnik zawarczał. Passat powoli ruszył spod bloku, unosząc ze sobą cały ten hałas, pretensje i ciężar, który przez trzy tygodnie wisiał nad mieszkaniem.
Danuta i Tomek wrócili na górę. W mieszkaniu było cicho. Tak cicho, że Danuta przez chwilę stała w przedpokoju i po prostu oddychała. W kuchni pachniało kawą — zwykłą, domową, nie z żadnej modnej palarni. Za oknem ktoś odśnieżał chodnik. Gdzieś w oddali szczekał pies.
Danuta podeszła do kosza i uniosła pokrywę. Krem do stóp nadal leżał między obierkami. Popatrzyła na niego chwilę, po czym zamknęła kosz. Wszystko było na swoim miejscu. A mieszkanie znów było domem.
Jeśli ta historia Was poruszyła, zostawcie łapkę w górę i napiszcie w komentarzu, co myślicie o decyzji Bogdana. Czy dobrze zrobił, zabierając Lucynę na wieś, czy może przesadził? Wasze opinie są dla nas ważne. Subskrybujcie kanał, żeby nie przegapić kolejnych opowieści. Dziękujemy, że byliście z nami do końca.



