Mój facet rzucił talerzem o stół, bo powiedziałam, że nie zamierzam już sama płacić za czynsz, prąd i jego obiady. „Moja wypłata to moja sprawa” – warknął, po czym trzasnął drzwiami, kiedy…

Mój facet rzucił talerzem o stół, bo powiedziałam, że nie zamierzam już sama płacić za czynsz, prąd i jego obiady. „Moja wypłata to moja sprawa” – warknął, po czym trzasnął drzwiami, kiedy...

Zbyszek odsunął talerz tak gwałtownie, że widelec podskoczył i zadzwonił o blat. Ledwo co leżała na nim solidna porcja zapiekanki z ziemniakami, kiełbasą i serem. Basia stała przy kuchennym stole i zbierała okruszki na dłoń. – No chyba sobie żartujesz – powiedział.

Thumbnail

– Nie żartuję, Zbyszek – odparła spokojnie. – W tym miesiącu zapłaciłam czynsz, prąd, gaz, internet. Kupiłam jedzenie, proszek do prania, papier toaletowy, płyn do naczyń, szampon. Wszystko.

A ty? Zbyszek prychnął, jakby usłyszał największą głupotę świata. – A ja pracuję. Tak samo jak ty.

– No właśnie. Tylko że po mojej wypłacie zostają rachunki i pełna lodówka, a po twojej nowe dywaniki do auta, piwo i jakieś drobne przyjemności. Na jego twarzy pojawiło się święte oburzenie. – Moja wypłata to moja sprawa.

Mieszkanie jest twoje, Basia. Twoje mieszkanie, twoje opłaty. Ja tu nie jestem właścicielem. Basia spokojnie strzepnęła okruszki do kosza.

Nawet nie podniosła głosu, co drażniło go najbardziej. – Nie jesteś właścicielem, ale mieszkasz tu codziennie. Bierzesz prysznic, ładujesz telefon, oglądasz telewizor, jesz obiady. Internet też nie pyta, czy jesteś wpisany w księgę wieczystą.

– Oho, zaczyna się wykład – burknął. – Nie, Zbyszek, to zwykła rozmowa, którą powinniśmy odbyć dawno temu. I nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi też o dom.

Wracasz czasem godzinę, czasem dwie przede mną. Mógłbyś odkurzyć, wynieść śmieci, nastawić ziemniaki, cokolwiek. A ty siadasz na kanapie i czekasz, aż ja wrócę i zrobię wszystko. – Czyli teraz mam jeszcze obiadki gotować?

Mam założyć fartuszek i czekać na panią z ziemniakami? No chyba cię poniosło. – Nie mam być dorosłym człowiekiem we własnym domu – powiedział twardo. – W twoim domu?

– warknął. – Dobrze, w moim mieszkaniu, skoro tak bardzo chcesz to podkreślać. Zapadła cisza. Za ścianą sąsiadka przesuwała krzesło, na klatce ktoś zamknął drzwi windy.

W kuchni tykał stary zegar z odpustu, który Basia dostała od matki na imieniny. Zbyszek odchylił się na krześle i założył ręce na piersi. – Ja jestem facetem, Basia. Nie będziesz mnie rozliczać z każdej złotówki i każdego talerza.

– Nie rozliczam cię z każdego talerza. Proszę, żebyś po sobie zmył chociaż jeden. – A jutro co? Grafik mi rozpiszesz?

W poniedziałek odkurzanie, we wtorek śmieci, w środę zupa ogórkowa. – Gdybyś robił cokolwiek sam z siebie, nie trzeba byłoby grafiku. Trafiła. Przez sekundę coś mu drgnęło na twarzy, ale zaraz przykrył to gniewem.

– Najpierw moja kasa na twoje zakupy, teraz jeszcze sprzątanie. Może mam ci pensję do koperty oddawać i meldować się przy drzwiach? – Masz dorzucać się do życia, które prowadzimy razem, i pomagać w mieszkaniu, w którym razem brudzimy, jemy i zużywamy wodę, prąd i gaz. – Nie będziesz mi mówić, co mam robić.

– Wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę. Basia nawet nie drgnęła. Patrzyła na niego spokojnie, ale w tym spokoju było coś nowego. Jakby w środku zamknęły się drzwi, przez które zawsze mógł wrócić z przeprosinami wypowiedzianymi półgębkiem.

– To ja ci powiem krótko – odezwała się. – Od dziś rachunki i zakupy są wspólne. Obowiązki też. Nie będę cię utrzymywać i obsługiwać, bo masz dwie zdrowe ręce.

Zbyszek roześmiał się sucho. – A jak mi się nie podoba, to sam zdecyduj. Tego się nie spodziewał. Był przygotowany na łzy, wyrzuty, może prośby.

A Basia stała przy stole i patrzyła na niego jak na kogoś, komu właśnie skończył się kredyt zaufania. – Dobra – syknął. – Skoro tak stawiasz sprawę, to ja idę do Ryśka. Zobaczymy, jak długo będziesz taka mądra.

Ruszył do przedpokoju, głośno tupiąc. Zerwał z wieszaka kurtkę, wcisnął stopy w buty, nawet nie rozwiązując sznurówek. – Jak ochłoniesz i przeprosisz, to może wrócę! – krzyknął.

Basia wzięła jego pusty talerz i wstawiła do zlewu. – Tylko nie zapomnij po drodze kupić sobie kolacji – powiedziała cicho. Drzwi trzasnęły tak mocno, że na półce zabrzęczały klucze. W mieszkaniu zrobiło się nagle spokojnie.

Basia opłukała talerz, wytarła ręce w ściereczkę. Nie płakała, nie miała już siły na łzy. Sięgnęła po telefon i wybrała numer matki. – Mamo – powiedziała zwyczajnym głosem.

– Zbyszek właśnie postanowił zostać wolnym panem. Poszedł do Ryśka, bo nie spodobało mu się, że ma płacić za jedzenie i rachunki. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem rozległ się niski, serdeczny śmiech. – No proszę, wolny pan się znalazł.

Dobrze, Basiu, jutro rano przyjadę. – Mamo, tylko bez awantur. – Ależ dziecko, jaka awantura. Przywiozę tylko pomocnika.

Taki spokojny, kudłaty argument. Zbyszek leżał u Ryśka na kanapie i już po pierwszej godzinie wiedział, że honor honorem, ale kręgosłup ma jednak swoje zdanie. To nie była porządna kanapa, raczej rozkładany zabytek, z wytartym materiałem na środku i sprężyną wbijającą się dokładnie tam, gdzie człowiek najmniej potrzebuje niespodzianek. Rysiek siedział przy komputerze w słuchawkach, podświetlony niebieskim blaskiem monitora.

– Ty śpisz czy jęczysz? – rzucił bez odwracania głowy. – Jak mam spać na tym narzędziu tortur? – Nie marudź, sam przyszedłeś.

No i tyle było ze współczucia. Zbyszek zacisnął zęby. Przecież nie wróci teraz do Basi. Nie po tym, jak trzasnął drzwiami.

Musiał wytrzymać, pokazać, że facet to nie żadna ścierka do podłogi. Tylko że noc była długa, kanapa krótka, a Rysiek chrapał jak stary traktor. Rano Zbyszek obudził się połamany. W kuchni znalazł suchą bułkę, kawałek sera zawinięty w folię i herbatę z woreczka, który wyglądał, jakby parzył się już od Bożego Narodzenia.

– Masz coś normalnego do jedzenia? – zapytał. Rysiek w samych dresach podrapał się po brzuchu. – Keczup jest.

Zbyszek popatrzył na niego z niedowierzaniem. – Na śniadanie? – A co, hrabia jesteś? Nie odpowiedział.

Wyszedł na klatkę i zadzwonił do matki. Jadwiga zawsze była konkretna, ale przecież syn to syn. – Mamo, mogę do ciebie wpaść? Pokłóciłem się z Basią.

– A o co poszło? – No bo ona już całkiem przesadza. Każe mi dokładać się do jedzenia, rachunków, czynszu, prądu. Jeszcze wymyśliła, że jak wrócę wcześniej z pracy, to mam sprzątać i gotować.

Ja po robocie mam jeszcze ziemniaki nastawiać? Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, po której człowiek zaczyna żałować, że w ogóle otworzył usta. – Czyli mieszkasz u niej?

– powiedziała w końcu Jadwiga powoli. – Za wynajem nie płacisz. Jesz jej obiady. Kąpiesz się w jej łazience.

A ona ma za to wszystko płacić sama? – Mamo, ale to jej mieszkanie. – I jeszcze masz pretensje, że jak wrócisz wcześniej, to Basia chce, żebyś zupę podgrzał albo śmieci wyniósł. Synu, ręce ci od tego nie odpadną.

– Ale ja jestem facetem. – Ty nie jesteś facetem, tylko wygodnicki chłop. Facet to umie zarobić, zapłacić, pomóc i jeszcze nie robić z siebie ofiary przy talerzu. A ty co?

Król kanapy? – Mamo, ty chyba nie rozumiesz. – Ja rozumiem aż za dobrze. Ojca twojego też musiałam nauczyć, że skarpety same nie idą do pralki.

Tylko twój ojciec załapał szybciej. Zbyszkowi zrobiło się gorąco. – To mogę przyjechać czy nie? – Nie.

– Jak to nie? – Normalnie. Nie przyjeżdżaj mi tu z torbą i obrażoną miną. Mam swoje lata i swój spokój.

Wracaj do Basi, przeproś i dorzuć się do domu. – Serio? – Bardzo serio. I nie dzwoń do mnie po litość, bo mam rosół na gazie.

Rozłączyła się. Zbyszek przez chwilę patrzył w ekran telefonu, jakby urządzenie osobiście go zdradziło. Wrócił do mieszkania Ryśka, ale tam czekała na niego tylko zimna bułka i kolega, który właśnie zapytał, czy długo jeszcze będzie blokował łazienkę. To przeważyło.

Do Basi wracał z miną człowieka, który idzie na własny proces, ale wciąż udaje, że jest sędzią. W tramwaju układał sobie w głowie przemowę, że przesadziła, że on nie pozwoli sobą pomiatać. Przepraszać nie zamierzał ani trochę. Kiedy wszedł na swoje piętro i przekręcił klucz w zamku, spodziewał się ciszy, może zapłakanych oczu Basi.

Zamiast tego zobaczył w przedpokoju coś wielkiego, czarnego i kudłatego. Pies siedział na chodniczku przy drzwiach jak ogromny żywy mebel. Miał szeroką głowę, ciężkie łapy i spojrzenie tak spokojne, że aż niepokojące. Oddychał powoli, z mokrym nosem skierowanym prosto na Zbyszka.

– Co to jest? – wydusił, cofając się o pół kroku. Z kuchni wychyliła się Wiesia w kwiecistym fartuchu, z łyżką w dłoni i uśmiechem pogodnym. – O, Zbysiu, wróciłeś.

Poznaj, to Fado. – Jakie Fado? Co pies robi w mieszkaniu? – Siedzi.

Na razie bardzo grzecznie. Basia stała za matką, oparta o framugę. Nie wyglądała ani na zapłakaną, ani na skruszoną. Miała spokojną twarz i kubek herbaty w ręku.

– Zabierzcie go. Ja nie będę mieszkał z cielakiem w futrze. Fado poruszył jednym uchem, jakby uznał uwagę za mało błyskotliwą. – Widzisz, Zbysiu – powiedziała Wiesia słodko.

– Skoro zwykłe rozmowy do ciebie nie trafiają, to pomyślałam, że przyda się ktoś bardziej przekonujący. Fado będzie tu przez chwilę głównym księgowym i inspektorem porządku. – Wy sobie żarty robicie. – Ależ skąd.

On jest bardzo poważny. Szczególnie przy lodówce, śmieciach i rachunkach. Fado powoli wstał z chodniczka. Był jeszcze większy niż na siedząco.

Podszedł do kurtki Zbyszka, obwąchał ją dokładnie, westchnął ciężko i ruszył do kuchni. Usiadł w przejściu, szeroki jak komoda, spokojny jak urzędnik i patrzył na Zbyszka tak, jakby już dawno policzył, ile ten jest winien temu domowi. Następnego ranka Zbyszek wstał z poczuciem, że wczorajszy dzień był głupim snem. Plan miał prosty, sprawdzony od miesięcy.

Otworzyć lodówkę, wyjąć jogurt Basi, ukroić kiełbasę, zrobić kanapkę, wypić herbatę z cytryną, którą kupiła Basia. Tylko że na granicy przedpokoju i kuchni siedział Fado. Nie warczał, nie szczekał, po prostu siedział. Wielki, czarny, z łapami rozłożonymi tak szeroko, jakby ktoś postawił w przejściu tapicerowaną blokadę drogową.

– No przesuń się – mruknął Zbyszek. Fado zamrugał powoli. Westchnął głęboko jak stary wujek po obiedzie i nie ruszył się ani o centymetr. Zbyszek spróbował przejść bokiem, ale natrafił biodrem na twardy, kudłaty bok psa.

Z kuchni dobiegł spokojny głos Basi:

– Uważaj, bo Fado jest bardzo zasadniczy. – Basia, zabierz tego psa. Chcę śniadanie. – Śniadanie jest w lodówce.

Lodówka jest wspólna dla tych, którzy biorą udział w zakupach. Zbyszek aż poczerwieniał. – Przecież ja jestem w swoim domu. – Sam wczoraj bardzo podkreślałeś, że to moje mieszkanie.

– No nie wierzę. Ty naprawdę urządziłaś tu cyrk z psem? Fado ziewnął, pokazując zęby, których Zbyszek wolałby nie oglądać z bliska. Potem zamknął paszczę z ciężkim klapnięciem i znów popatrzył obojętnie.

Zbyszkowi zaburczało w brzuchu. Basia zerknęła na telefon. – Sto złotych na zakupy wystarczy na początek. – Sto złotych za przejście do lodówki?

– Nie. Sto złotych za jedzenie, które zamierzasz z niej wyjąć. Stał jeszcze chwilę obrażony, ale w końcu wyjął telefon, otworzył aplikację banku i stuknął palcem w ekran mocniej, niż było trzeba. Po chwili telefon Basi zapiszczał.

– Dziękuję. „Na zakupy” – bardzo ładny tytuł przelewu. Fado podniósł się z godnością urzędnika, który właśnie podbił właściwy formularz, i odsunął się na bok. Zbyszek wpadł do kuchni, jakby odzyskał dostęp do skarbca narodowego.

Wieczorem wrócił z pracy wcześniej niż Basia. W mieszkaniu było cicho. Wiesia krzątała się w pokoju, Fado spał pod kaloryferem, a przy drzwiach stał worek ze śmieciami, zawiązany i wyraźnie czekający na wyniesienie. Zbyszek spojrzał na niego i udał, że nie widzi.

Zadzwonił telefon. – Zbyszek, słuchaj – powiedziała Basia zmęczonym głosem. – Będę za jakieś trzy kwadranse. Możesz proszę wynieść śmieci, zebrać talerze ze stołu i nastawić makaron?

Sos jest w garnku, tylko podgrzać. – Basia, ja dopiero z pracy wróciłem. – Ja też wrócę z pracy, tylko później. – No dobra, dobra – burknął, rozłączył się i oczywiście nie zrobił nic.

Wszedł do pokoju, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Po dwóch minutach Fado wstał, przeciągnął się leniwie i ułożył dokładnie przed telewizorem, zasłaniając pół ekranu szerokim grzbietem. – Ej! – krzyknął Zbyszek.

– Zejdź! Fado nie zareagował. – Fado, wynocha! W drzwiach pojawiła się Wiesia z kubkiem herbaty.

– A co się stało, Zbysiu? – Ten pies zasłania mi telewizor. – Och, widzisz. On jest bardzo oszczędny.

Skoro za prąd i internet nie zapłaciłeś i w domu nic nie zrobiłeś, to po co ma się energia marnować na rozrywki? – To jest szantaż! – Nie, kochanieńki. To jest edukacja domowa.

Zbyszek próbował patrzeć nad psem, potem z boku, potem usiadł prawie na oparciu kanapy. Nic z tego. Wytrzymał może kwadrans. Potem, sapiąc ze złości, sięgnął po telefon.

Aplikacja banku, przelew, tytuł „Prąd i internet”. Telefon Basi zapiszczał, gdy wchodziła do mieszkania. – O, przyszło – powiedziała, zdejmując buty. – Czterysta złotych.

Dziękuję. Fado natychmiast podniósł łeb. Basia weszła do pokoju. – Tylko pamiętaj, pieniądze są ważne, ale one nie wyniosą śmieci, nie umyją talerzy i nie nastawią makaronu.

Zbyszek burknął coś pod nosem i zerwał się z kanapy. Chciał przejść do łazienki, ale Fado był szybszy. Stanął przy worku ze śmieciami i spojrzał najpierw na niego, potem na drzwi. – Nie – powiedział Zbyszek.

– Nawet nie próbuj. Pies nie mrugnął. Po minucie Zbyszek stał w windzie z workiem w ręku, wściekły jak osa. Kiedy wrócił, Fado przepuścił go do mieszkania z powagą ochroniarza.

Tego wieczoru Zbyszek zrozumiał jedno: tak łatwo nie wygra. Ale poddać się też nie zamierzał. Skoro wszystko nagle było wspólne i każda kanapka miała swoją cenę, on pokaże im, że potrafi być niezależny. Usiadł na kanapie, otworzył telefon i zamówił dużą, drogą pizzę tylko dla siebie.

Zbyszek siedział na kanapie z miną człowieka, który właśnie ogłosił prywatną niepodległość. Z kuchni dochodził zapach normalnej kolacji, podgrzewanego sosu, czosnku, herbaty z cytryną. Basia i Wiesia rozmawiały cicho, jakby nic wielkiego się nie działo. Nie poszedł do kuchni.

O nie, nie będzie teraz jadł ich makaronu, ich sosu, ich domowych zasad podanych na talerzu. Wyciągnął telefon i zamówił największą pizzę w okolicy. Podwójny ser, salami, szynka, dodatkowe pieczarki, sos czosnkowy i drugi, ostry. Zapłacił od razu kartą, z satysfakcją stukając palcem w ekran.

– Sam sobie poradzę – mruknął pod nosem. – Nie potrzebuję niczyjej lodówki. Fado leżał pod ścianą w przedpokoju i udawał, że śpi. Tylko jedno ucho poruszyło mu się lekko, jakby zanotował te deklaracje w swoim kudłatym notesie.

Po jakimś czasie zadzwonił domofon. Zbyszek zerwał się z kanapy tak szybko, że kapcie zostały pod stolikiem. Otworzył drzwi. Kurier, młody chłopak w czerwonej kurtce, wszedł na półpiętro i już miał powiedzieć: „Dobry wieczór”, kiedy zobaczył Fado za plecami Zbyszka.

– O matko! – wyrwało mu się. Fado siedział spokojnie, ale wypełniał sobą pół przedpokoju. Kurier podał pudełko tak szybko, jakby wręczał tajne dokumenty.

– Smacznego! – rzucił i zbiegł po schodach, zanim Zbyszek zdążył zamknąć drzwi. Zbyszek wniósł pizzę do pokoju z dumą zwycięzcy. Zapach sera, gorącego ciasta i czosnkowego sosu od razu wypełnił mieszkanie.

Postawił pudełko na stoliku, spojrzał w stronę kuchni i specjalnie chrząknął głośno, żeby Basia usłyszała, że oto mężczyzna potrafi sam zadbać o swój byt. – No – powiedział do siebie. – I tak się żyje. Poszedł tylko umyć ręce.

Przecież człowiek ma zasady, nawet obrażony. Kiedy wrócił, zatrzymał się w progu pokoju. Przy stoliku siedział Fado. Nie skakał, nie szczekał.

Po prostu siedział, a swoją ogromną głowę położył dokładnie na środku pudełka. Karton ugiął się niebezpiecznie pod ciężarem psiego łba. Z kącika pyska spływała mu powoli ślina. Jedna kropla zawisła na czarnej sierści, błysnęła w świetle i pacnęła na biały karton.

Potem druga, potem trzecia. – Nie! – wyszeptał Zbyszek. – Nie, nie, nie.

Fado, zabieraj łeb. Pies spojrzał na niego smutno, ale stanowczo, jak ktoś, kto wcale nie chce robić przykrości. Lecz regulamin jest regulaminem. Zbyszek złapał za brzeg pudełka i spróbował je wysunąć.

Ani drgnęło. – Wiesia! – zawołał z rozpaczą. – Niech pani coś zrobi z tym psem!

Z korytarza dobiegł spokojny głos teściowej:

– A co się dzieje, Zbysiu? – On mi ślini pizzę! Wiesia pojawiła się w drzwiach z miną niewinnej kobiety, która przyszła tylko sprawdzić, czy kwiatki mają wodę. – Och, Fado pewnie pomyślał, że skoro w rodzinie każdy sobie, to on też może sobie coś policzyć.

– To moja pizza. – A jedzenie w lodówce Basi też było twoje, kiedy brałeś jogurt i kiełbasę? Zbyszek otworzył usta, ale nic rozsądnego nie przyszło mu do głowy. – Widzisz, kochanieńki – ciągnęła Wiesia łagodnie.

– W domu nie da się być panem tylko od kanapy i kolacji. Jak jedzenie jest wspólne, to zakupy też są wspólne. Jak rachunki są za prąd, wodę i internet, z których korzystasz, to one też są wspólne. A jak Basia wraca po pracy i ma gotować, sprzątać, zmywać i jeszcze się uśmiechać, to ty, kiedy wracasz wcześniej, możesz postawić garnek na kuchence, wynieść śmieci, pokroić chleb.

To nie jest operacja na otwartym sercu. Fado westchnął ciężko. Karton pod jego pyskiem zaskrzypiał. – On zaraz ją zmiażdży – jęknął Zbyszek.

– No to nie przeciągaj, bo sos czosnkowy nie lubi presji. Zbyszek popatrzył na psa, potem na pudełko, potem w stronę kuchni. Basia stała tam cicho, oparta o framugę. Nie triumfowała, nie uśmiechała się złośliwie.

Po prostu patrzyła. I to było najgorsze, bo nagle dotarło do niego, że nie został pokonany wrzaskiem. Nikt go nie błagał, nikt nie ciągnął za rękaw, nikt nie urządzał sceny. Po prostu pokazano mu, jak wygląda jego własna logika, tylko odwrócona w jego stronę.

Do Jadwigi nie pójdzie, bo matka zamknęłaby drzwi, zanim zdążyłby powiedzieć „mamo”. Rysiek już rano pisał, że kanapa odpada. A tutaj, w mieszkaniu Basi, skończyły się czasy darmowego hotelu z pełnym wyżywieniem. Zbyszek usiadł ciężko na brzegu kanapy i wyjął telefon.

Otworzył aplikację banku. Przez chwilę patrzył na konto oszczędnościowe, które sam przed sobą nazywał „na felgi”. Westchnął tak głęboko, jakby żegnał stare życie. Wpisał 3000 złotych.

Tytuł przelewu: „Na dom, jedzenie i rachunki”. Kliknął. W kuchni telefon Basi cicho zabrzęczał. Spojrzała na ekran i uniosła brwi.

– Przyszło? – powiedziała cicho. Zbyszek odchrząknął. – I jutro po pracy zrobię zakupy – burknął, nie patrząc jej w oczy.

– Wyniosę śmieci. Jak wrócę wcześniej, to mogę zrobić kolację. Makaron umiem. Basia przez chwilę milczała.

– Wiem, że umiesz. Fado, jakby tylko na to czekał, podniósł głowę z pudełka, oblizał pysk i odsunął się od stolika z godnością kogoś, kto zakończył ważną kontrolę. Pizza była trochę wgnieciona, karton mokry w jednym miejscu, ale środek ocalał. Zbyszek otworzył pudełko i wyjął kawałek.

Jadł wolniej niż zwykle, bez nadętej miny, bez chrząkania, bez demonstracji. Po prostu jadł zmęczony i dziwnie spokojny. Basia weszła do pokoju i postawiła przed nim szklankę kompotu. – Masz, żebyś się nie zakrztusił tym honorem.

Nie powiedziała tego złośliwie, raczej miękko, prawie po domowemu. Zbyszek spojrzał na nią krótko i mruknął:

– Dzięki. Wiesia klasnęła lekko w dłonie. – No, Fado, zbieramy manatki.

Służba zakończona. Jedziemy do domu, bo mi jeszcze pranie na balkonie zawilgotnieje. Pies podniósł się, przeciągnął i podszedł do niej posłusznie. Przy drzwiach odwrócił jeszcze łeb w stronę Zbyszka.

– Tylko pamiętajcie! – dodała Wiesia, zakładając płaszcz. – Jakby zasady się komuś pomyliły, Fado zawsze może przyjechać na kontrolę. Zbyszek nic nie odpowiedział, tylko popatrzył na mokry ślad na pudełku od pizzy i westchnął.

Od tamtego wieczoru w mieszkaniu Basi obowiązywały nowe zasady. Rachunki wspólne, jedzenie wspólne, obowiązki też wspólne. A gdzieś pod Wrocławiem mieszkał kudłaty inspektor, który w razie potrzeby potrafił przypomnieć o tym lepiej niż niejedna rozmowa.