Agnieszka odstawiła kubek z herbatą tak ostro, że łyżeczka zadźwięczała o porcelanę. – Od jutra twoja rodzina żyje powietrzem i popija kranówką. Kuchnia zamknięta. Ogłaszam strajk bezterminowy.

Szymon zakrztusił się herbatą. Zakasłał, zamrugał szybko, jakby chciał się upewnić, że dobrze słyszy. Patrzył na nią bez słowa, z tym swoim zagubionym wyrazem twarzy, który pojawiał się tylko wtedy, gdy coś kompletnie wykraczało poza jego rozumienie. – Ale jak to strajk?
– wydusił w końcu, odkładając kubek ostrożnie, jakby bał się, że zaraz wybuchnie. – Agnieszka, co ty mówisz? Stała na środku kuchni. Ręce oparte o biodra, włosy związane byle jak, kilka kosmyków przyklejonych do policzka.
W jej oczach nie było ani grama żartu. Było tylko zmęczenie – to ciężkie, nagromadzone, które siedzi gdzieś głęboko i już nie chce się go ukrywać. – No ile można, Szymon? – powiedziała ciszej, ale to było gorsze niż krzyk.
– Ja już nie mam siły. Zapadła cisza, gęsta i dziwna. Gdzieś za ścianą ktoś puścił telewizor. W pionie zaszumiała rura.
A u nich jakby wszystko stanęło. Bo to nie było tak, że ona nagle zwariowała. To zbierało się dwa miesiące. Prawie co weekend.
Na początku było naprawdę miło. Parapetówka w nowym mieszkaniu we Wrocławiu, świeżo po remoncie, jeszcze pachniało farbą i nowymi meblami. Agnieszka się postarała. Sałatka jarzynowa, schab pieczony, sernik.
Chciała, żeby było ładnie, ciepło, po ludzku. Przyszła Teresa, mama Szymona. Potem Dariusz z Beatą i chłopakami. Krystyna też zajrzała, wiadomo.
Gwar, śmiech, opowieści. Każdy coś mówił naraz. Było przyjemnie. I wtedy padło to jedno zdanie.
– Ale było cudownie – powiedziała Teresa z wyraźnym zadowoleniem. – Musimy to powtarzać. Agnieszka się wtedy uśmiechnęła. Nie wiedziała jeszcze, co to dokładnie znaczy.
Bo „powtarzać” szybko zamieniło się w „wpadać”, a „wpadać” w prawie co weekend. I tak jakoś samo poszło. Sobota, godzina mniej więcej druga po południu. Dzwonek do drzwi.
Bez zapowiedzi, bez pytania, czy pasuje. Po prostu są. Wchodzą jak do siebie. Kurtki lądują gdzie popadnie.
Buty w połowie przedpokoju. Bartek z Michałkiem od progu pędzą do salonu, jakby mieli zawody. Dariusz rzuca tylko „No cześć! ” i już siada.
Beata znika gdzieś z telefonem. Krystyna wzdycha ciężko, jakby właśnie weszła na czwarte piętro bez windy, i od razu zaczyna:
– Agnieszka, masz może poduszkę pod plecy, bo mnie kręgosłup dziś dobija. I jakąś inną herbatę bym wolała. Ta zwykła mi nie służy.
Agnieszka zamknęła oczy na sekundę, jakby chciała zebrać myśli. – Ja stoję przy garach od piątku wieczór, rozumiesz? – powiedziała teraz, patrząc prosto na Szymona. – W piątek, jak inni odpoczywają po pracy, ja obieram ziemniaki, kroję, marynuję mięso.
W sobotę od rana znowu to samo. Rosół, drugie danie, jakieś ciasto, sałatki. Wszystko sama. Szymon otworzył usta, ale nic nie powiedział.
– A oni przychodzą, jedzą, siedzą, rozkładają się jak u siebie – ciągnęła już coraz szybciej. – Dzieciaki robią taki bałagan, że ja potem pół niedzieli sprzątam. Zlew zawalony naczyniami. Lodówka pusta.
Pusta, Szymon. Nawet jogurtu nie ma na rano. Podniosła kubek, spojrzała do środka, jakby szukała tam odpowiedzi, i odstawiła z powrotem. – I wiesz, co jest najlepsze?
– prychnęła cicho. – Nikt nawet nie zapyta: „Agnieszka, pomóc ci w czymś? ”. Bo przecież oni są gośćmi.
Szymon poruszył się niespokojnie. – No ale… – zaczął ostrożnie. – To przecież rodzina.
Mama się cieszy, że wszyscy się spotykamy. Krystyna całym tygodniem żyje tymi wizytami. – Niech sobie żyje gdzie indziej – ucięła ostro. – Ja też mam życie, wiesz?
Zamilkła na chwilę, jakby coś ją ścisnęło w środku. – Ja naprawdę lubię twoją mamę – dodała już spokojniej. – Ale to, co się dzieje, to nie jest żadna tradycja. To jest wykorzystywanie i koniec.
Spojrzała na niego uważnie. – Więc jutro nikt tu nie przychodzi. Zadzwoń do niej i powiedz, że odwołane. Powiedz, że jestem zmęczona, chora, że poleciałam na Marsa.
Nie obchodzi mnie to. Ale ja jutro do tej kuchni nie wchodzę. Szymon wziął głęboki oddech. Spojrzał na nią, potem na telefon leżący na stole.
I chyba po raz pierwszy naprawdę zobaczył, jak bardzo jest zmęczona. Jeszcze na początku wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Przeprowadzka do nowego mieszkania była dla nich dużym krokiem. Własne cztery kąty, jasny salon z balkonem, kuchnia, w której wreszcie można się było obrócić.
Wszystko było nowe. Ich. – Zrobimy małą parapetówkę, co? – zaproponował wtedy Szymon, rozpakowując kolejne pudełko.
– Tylko najbliżsi. Agnieszka kiwnęła głową. Tak się przecież robi. Od rana krzątała się po kuchni.
Sałatka jarzynowa z porządnym majonezem, schab z czosnkiem i majerankiem, sernik – trochę popękał na środku, ale kto by się tym przejmował. – Pachnie jak u mamy! – rzucił Szymon, zaglądając do kuchni. Agnieszka uśmiechnęła się pod nosem.
Było jej miło. Pierwsza przyszła Teresa. Punktualna, nawet trochę przed czasem. – Ładnie tu macie – rozejrzała się od progu, zdejmując płaszcz.
– Naprawdę ładnie. O, już gotowe? Nieźle się uwinęłaś. Za chwilę zadzwonił dzwonek.
Dariusz z Beatą i chłopakami wpadli jak huragan. Bartek i Michałek nawet się porządnie nie przywitali, tylko od razu polecieli do salonu. – Uważajcie na to! – zawołała za nimi Beata, ale tak bez przekonania, bardziej dla zasady.
Na końcu pojawiła się Krystyna, trochę zdyszana, jak zawsze. – Ojej, te schody – westchnęła, opierając się o ścianę w przedpokoju. – Człowiek już nie ten, co kiedyś, a taksówki teraz takie drogie, że szkoda gadać. Agnieszka pomogła jej zdjąć płaszcz, podała kapcie.
– A masz może inną herbatę? – zapytała Krystyna, marszcząc lekko nos. – Ta czarna to mnie jakoś tak… no nie bardzo.
– Mam zieloną, zaraz zrobię – odpowiedziała Agnieszka bez wahania. – I może poduszkę pod plecy, bo mnie kręgosłup dziś… – Już przynoszę. Wszyscy zasiedli do stołu.
Rozmowy toczyły się jedna przez drugą. O pracy, o znajomych, o tym, co u kogo słychać. Chłopcy co chwilę wpadali po coś do picia. Ktoś się śmiał, ktoś opowiadał.
Było normalnie. Zwyczajnie dobrze. – O, sałatka jarzynowa – ucieszył się Dariusz, nakładając sobie sporą porcję. – Dawno takiej nie jadłem.
– Spróbuj schabu – wtrącił Szymon. – Aga robi świetny. – No zobaczymy, zobaczymy – mruknął brat, ale już sięgał po nakładkę. Teresa jadła spokojnie, z zadowoleniem kiwając głową.
– Dobra ręka – powiedziała w końcu, odkładając widelec. – Naprawdę dobra ręka. Agnieszka poczuła, jak robi jej się ciepło. Tak po prostu.
Było jej miło, że ktoś to docenił. W pewnym momencie Teresa odsunęła się lekko od stołu, spojrzała na wszystkich i klasnęła w dłonie. – Ale było cudownie – powiedziała z wyraźnym zadowoleniem. – Tak rodzinnie, ciepło.
Zerknęła na Agnieszkę, potem na Szymona. – Musimy to powtarzać. Padło to tak lekko, prawie mimochodem. – No pewnie – rzucił Dariusz z pełnymi ustami.
– Możemy wpadać częściej. – Czemu nie? – dodała Beata. Agnieszka też się uśmiechnęła.
Nawet nie pomyślała, żeby zaprotestować. Bo to jeszcze brzmiało jak coś miłego. Jak spontaniczny pomysł. Nie plan.
Wieczór skończył się późno. Pożegnania w drzwiach, ostatnie słowa. – Naprawdę było super – powiedziała Teresa, zakładając płaszcz. – Dziękujemy.
– Wpadniemy niedługo – dorzucił Dariusz już wychodząc. Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zrobiło się cicho. Agnieszka oparła się o blat w kuchni i spojrzała na stół.
Puste talerze, okruszki, kubki po herbacie. Była bardzo zmęczona, ale uśmiechnęła się do siebie. Nie wiedziała jeszcze, że „niedługo” nadejdzie szybciej, niż by chciała. I nadeszło.
Najpierw był następny weekend. – Wpadniemy na chwilę, co? – zadzwoniła Teresa w piątek wieczorem takim tonem, jakby to już było ustalone. – Nic wielkiego, tak tylko posiedzieć.
Agnieszka spojrzała na Szymona. Wzruszył ramionami. – No wpadnijcie. I wpadli.
Potem znowu. I jeszcze raz. Zanim się obejrzała, „wpadniemy na chwilę” zamieniło się w coś, co działo się prawie co weekend. Bez większych ustaleń, bez pytania, czy to dobry moment.
Po prostu przychodzili. A razem z nimi wracał ten sam scenariusz. Piątek wieczór. Zamiast usiąść i odpocząć po pracy, Agnieszka stała przy blacie.
Obierała ziemniaki, kroiła warzywa, nastawiała rosół, marynowała mięso. Myślami była już w sobocie. Jeszcze bigos trzeba podgrzać. Może jakieś ciasto zrobić.
Chłopcy lubią coś słodkiego. Sobota od rana. Kuchnia rozgrzana, piekarnik chodził, na kuchence kilka garnków naraz. Rosół bulgotał powoli.
Obok smażyły się kotlety. Sałatka stała przykryta folią. Agnieszka krążyła między kuchenką a zlewem jak w transie. Punktualnie, kwadrans po drugiej – dzwonek.
Zawsze tak samo. – No jesteśmy – głos Dariusza rozlegał się, zanim dobrze zamknęli drzwi. Kurtki lądowały byle gdzie. Buty zostawione w połowie przedpokoju.
Beata rzucała szybkie „cześć” i znikała z telefonem. A chłopcy wpadali do mieszkania jak tornado. – Nie biegajcie – wołała Agnieszka z kuchni, ale to było jak mówienie do ściany. Już po chwili słychać było tupot, śmiech, trzask drzwi od szafek.
– Patrz, co znalazłem! – krzyczał Bartek. – Daj to, moje! – odpowiadał Michałek.
Coś spadło, coś stuknęło. Agnieszka zaciskała zęby i mieszała rosół. Krystyna już zajmowała swoje miejsce. – Agnieszka, kochana – zaczynała przeciągle.
– Masz może coś pod plecy? Bo mnie dzisiaj kręgosłup tak łupie, że nie wytrzymam. – Już przynoszę. – I herbatkę bym poprosiła, ale nie taką zwykłą.
Może jakąś ziołową. Ta czarna to mi szkodzi na żołądek. – Dobrze, zaraz zrobię. – I może coś lekkiego do przegryzienia na początek, bo ja nie mogę długo czekać.
Agnieszka odwracała się plecami, żeby nikt nie zobaczył jej miny. Szymon siedział już z Dariuszem przy stole. – No i co tam w pracy? – zagadywał brat, nalewając sobie kompotu.
– A jakoś leci. – No widzisz. Najważniejsze, żeby się nie przepracować. Agnieszka słyszała to wszystko, stojąc przy kuchence.
I coś w niej wtedy zaczynało zgrzytać. Kiedy w końcu wszyscy siadali do stołu, wyglądało to zawsze tak samo. Dariusz nakładał sobie solidną porcję. Krystyna jadła powoli, komentując co chwilę: „No dobre, ale trochę bym więcej soli dała” albo „A bigos to ja robię inaczej, bardziej kwaśny”.
Szymon tylko się uśmiechał, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Po jedzeniu nikt się nie ruszał. – Ale się najadłem – wzdychał Dariusz, klepiąc się po brzuchu. – Normalnie jak u mamy.
– No, Agnieszka się stara – dodawała Teresa z uznaniem. I to był moment, kiedy Agnieszka powinna była usłyszeć „pomóc ci posprzątać”. Ale nigdy tego nie słyszała. Bo przecież goście nie pomagają.
Teresa powiedziała to kiedyś mimochodem, tonem tłumaczącym coś oczywistego. Od tamtej pory nikt już nawet nie próbował wstać od stołu. Agnieszka zbierała talerze sama. Zanosła do kuchni jeden po drugim.
Zlew szybko się zapełniał. Garnki, patelnie, talerze, sztućce. Gdzieś coś się lepiło. Gdzieś indziej tłuszcz już zastygał.
A w salonie dalej trwało życie. Śmiechy, telewizor, rozmowy. Jakby nic się nie działo. Wieczorem było jeszcze gorzej.
Goście powoli się zbierali, ociągali, przeciągali pożegnania. – No to co, do następnego? – rzucał Dariusz. – Wpadniemy znowu!
– dodawała Beata. – Ojej, chyba za dużo zjadłam – wzdychała Krystyna, łapiąc się za brzuch. – Będę musiała wziąć tabletkę. Drzwi się zamykały.
Zostawała cisza. Agnieszka wchodziła do kuchni. Patrzyła na to wszystko. Zlew pełen, blaty w tłustych plamach, podłoga klejąca się pod stopami.
Otwierała lodówkę – świeciła pustkami. Zostawał kawałek chleba, może jakiś sos na dnie słoika. I wtedy coś w niej opadało. Szymon zaglądał do kuchni.
– Może jutro to ogarniesz, co? – mówił łagodnie. – Dziś już odpocznij. Agnieszka patrzyła na niego długo.
I tylko jedna myśl krążyła jej po głowie. Przecież to rodzina. I właśnie dlatego nikt nie widział, ile ją to kosztuje. Szymon jeszcze przez chwilę siedział w ciszy, patrząc na telefon.
Agnieszka nie odzywała się już ani słowem. Usiadła przy stole, skrzyżowała ręce i wpatrywała się gdzieś w bok, jakby wszystko było już dawno przemyślane. – No dobra – mruknął w końcu, sięgając po komórkę. – Zadzwonię.
Wybrał numer do matki. Już przy pierwszym sygnale poczuł lekkie ściskanie w żołądku. Wiedział, że to nie będzie łatwa rozmowa. – Halo?
– głos Teresy był jak zwykle konkretny, czujny. – Mamo, słuchaj – zaczął ostrożnie. – Jutro chyba nie damy rady się spotkać. Zapadła krótka cisza.
– Jak to nie dacie rady? – ton od razu się zmienił. – Co się stało? Szymon zerknął na Agnieszkę.
Nawet na niego nie patrzyła. – Aga jest zmęczona – powiedział, próbując brzmieć spokojnie. – Chcieliśmy po prostu odpocząć w weekend. – Zmęczona?
– Teresa prychnęła tak głośno, że było ją słychać w całej kuchni. – A czym ona jest zmęczona? Ja się pytam. Szymon zacisnął usta.
– No pracą, domem. – Szymon, proszę cię – weszła mu w słowo. – Myśmy w twoim wieku wszystko ogarniały. Praca, dzieci, dom.
Jeszcze człowiek miał siłę dla rodziny. Teraz młode to tylko by odpoczywały. Rozleniwiła się młoda. – Mamo, to nie o to chodzi.
– A o co? – podniosła głos. – O to, że jej się nie chce gości przyjąć, rodziny, własnej rodziny. Słowo „rodziny” wybrzmiało szczególnie mocno.
– Rodzina to rodzina, Szymon – dodała już niższym, bardziej naciskającym tonem. – Tego się nie odwołuje, bo komuś się nie chce. Agnieszka prychnęła cicho, ale nadal nic nie powiedziała. – My tam wszyscy czekamy – ciągnęła Teresa.
– Krystyna już się pytała, co będzie na obiad. Dariusz mówił, że chłopcy się cieszą. – Mamo – Szymon próbował jeszcze raz, ale głos mu trochę osłabł. – Nie, Szymon – ucięła stanowczo.
– Tak się nie robi. Jak się zaczęło, to się ciągnie. To jest tradycja. Słowo „tradycja” zawisło w powietrzu ciężko.
Agnieszka w końcu podniosła głowę i spojrzała na niego prosto, uważnie. Szymon wiedział, że zaraz będzie musiał coś powiedzieć. Podjąć jakąś decyzję. Wziął głęboki oddech.
– Mamo, ale naprawdę… – zaczął jeszcze raz. – My potrzebujemy trochę spokoju. Po drugiej stronie zapadła cisza.
Krótka, niepokojąca. A potem Teresa odezwała się zupełnie innym tonem. – Dobrze – powiedziała chłodno. – Skoro tak.
Szymon aż się wyprostował. Coś w tym głosie mu się nie spodobało. – To przyjedziecie do mnie. – Co?
– No normalnie – odpowiedziała już żywo. – Skoro twoja żona nie daje rady, to ja pokażę, jak się robi porządne spotkanie rodzinne. U mnie nikt głodny nie wyjdzie. Agnieszka lekko się uśmiechnęła.
Bardzo lekko. Prawie niezauważalnie. – Mamo, ale to nie o to chodziło – spróbował jeszcze Szymon. – O to, o to – przerwała mu natychmiast.
– Ja wszystko rozumiem. Zmęczona, biedna. No dobrze, to niech odpocznie. Przyjedzie, posiedzi, nic nie będzie musiała robić.
W jej głosie pojawiła się nuta, której nie dało się pomylić z troską. To była demonstracja. Jak to wygląda, jak się chce – dodała. Szymon przełknął ślinę.
– No dobrze – powiedział w końcu, trochę bezradnie. – To przyjedziemy. – I bardzo dobrze – odparła Teresa z satysfakcją. – Na drugą przyjeżdżajcie.
I powiedz Dariuszowi i Krystynie. Wszystko przygotuję. Rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź. W kuchni zapadła cisza.
Szymon powoli odłożył telefon na stół. Westchnął ciężko i spojrzał na Agnieszkę. – No, mama się trochę zdenerwowała – powiedział niepewnie. – Ale zaprasza wszystkich do siebie jutro.
Agnieszka przekrzywiła głowę. – No proszę – mruknęła cicho. – Jak szybko znalazło się rozwiązanie. Szymon spróbował się uśmiechnąć.
– To może dobrze – powiedział ostrożnie. – Ty odpoczniesz. Nic nie będziesz musiała robić. Posiedzisz, tylko pogadasz.
Spojrzała na niego tak, że aż zamilkł. W jej oczach pojawiło się coś nowego. Nie zmęczenie, nie złość. Coś ostrzejszego.
– A niby dlaczego miałabym nie jechać? – zapytała spokojnie. – No mówiłaś, że jesteś zmęczona. – Jestem – przytaknęła.
– Ale to nie znaczy, że przestanę być częścią rodziny, prawda? Szymon nie odpowiedział. Agnieszka wstała powoli od stołu, poprawiła włosy. – Jedziemy jutro – powiedziała już zupełnie innym tonem.
– Oczywiście, że jedziemy. I uśmiechnęła się. Ale to nie był ten sam uśmiech co kiedyś. Było w nim coś, od czego Szymonowi przeszły ciarki po plecach.
Sobotni poranek zaczął się dla Szymona dziwnie. Zazwyczaj o tej porze Agnieszka krzątała się już po kuchni w starej, rozciągniętej koszulce, z włosami związanymi byle jak. W powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa. Coś bulgotało na kuchence.
Dziś było cicho. Za cicho. Wyszedł z sypialni i aż się zatrzymał. Agnieszka stała przed lustrem w przedpokoju, ubrana nie jak na rodzinny obiad – jak na wyjście do teatru.
Jasna, zwiewna sukienka, włosy ułożone, delikatny makijaż, paznokcie świeżo zrobione. Wyglądała perfekcyjnie. – Ty, gdzie ty się tak wystroiłaś? – zapytał, marszcząc brwi.
Odwróciła się do niego spokojnie. – Do gości, Szymonku – uśmiechnęła się lekko. – Jedziemy, bo się spóźnimy. Zanim zdążył coś dodać, sięgnęła po torebkę.
– Po drodze tylko podjedziemy do sklepu – rzuciła jeszcze. – Trzeba coś kupić do kawy. Nie wypada z pustymi rękami. W Biedronce było jak zwykle.
Tłum, kolejki. Ktoś się kłócił przy kasie o promocję. Agnieszka szła między półkami pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedziała, czego szuka. Zatrzymała się przy regale ze słodyczami.
Długo przesuwała wzrokiem po kolorowych opakowaniach. W końcu wyciągnęła rękę. – O, to będzie dobre – powiedziała z lekkim zadowoleniem. Szymon spojrzał.
Rolada truskawkowa. Najtańsza, w plastiku, z wielkim napisem „promocja”. Cena 5,99. – Serio?
– zapytał z niedowierzaniem. – Moja mama tego nie je. Agnieszka uniosła brew. – Krystyna co tydzień przynosi coś takiego i jakoś wszyscy jedzą – odparła spokojnie.
– Więc spokojnie bierzemy. Nie dyskutował. Pod blokiem Teresy zapach było czuć już na klatce schodowej. Smażone, pieczone, coś ciężkiego w powietrzu.
Drzwi otworzyły się dopiero po chwili. Teresa stała w progu, w fartuchu, lekko rozczochrana, twarz zaczerwieniona, ręce wilgotne. Dokładnie tak, jak Agnieszka wyglądała przez ostatnie dwa miesiące. – No jesteście – westchnęła, wycierając dłonie o ściereczkę.
– Wchodźcie, wchodźcie. Ja tu jeszcze przy kuchni stoję. Spojrzała na Agnieszkę od góry do dołu. – Ty się może przebierzesz w coś wygodniejszego?
– zaproponowała odruchowo. – Przydałaby mi się pomoc. Jeszcze sałatki niezrobione. Agnieszka zrobiła wielkie, niewinne oczy.
– Ale jak ja mam się przebrać, skoro nic nie wzięłam? – odpowiedziała łagodnie. – I w tej sukience do kuchni… jeszcze coś po plamie.
Szkoda by było. I zanim Teresa zdążyła cokolwiek powiedzieć, Agnieszka wyciągnęła z torebki plastikowe opakowanie. – Proszę, to dla was do kawy – powiedziała z uśmiechem, wciskając jej roladę do ręki. Dokładnie takim samym tonem, jakim Krystyna robiła to co tydzień.
Teresa spojrzała na ciastko, jakby nie do końca rozumiała, co się właśnie wydarzyło. – Ja sobie pójdę do salonu. Dobrze? – dodała Agnieszka lekko.
– Nogi mnie coś bolą, trzeba odpocząć. A pani sobie poradzi, przecież ma pani wprawę. I po prostu poszła. Usiadła wygodnie w fotelu, założyła nogę na nogę i włączyła telewizor.
Jak gość. Po chwili wpadł Dariusz z rodziną. Scenariusz był identyczny. – No jesteśmy!
– krzyknął od progu. Kurtki na podłogę, buty, gdzie popadnie. Bartek i Michałek od razu ruszyli do salonu. – O!
– krzyknął Bartek, wskakując na kanapę. – Ale tu fajnie. – Nie ruszaj tego! – wrzasnął Michałek, już szarpiąc za drzwiczki od meblościanki.
– Chłopaki! – zawołała Teresa z kuchni. – Uważajcie, bo coś rozwalicie. – Daj spokój, mamo – rzucił Dariusz, siadając ciężko obok Agnieszki.
– To dzieci, muszą się wyszaleć. Agnieszka uśmiechnęła się do niego promiennie. – No właśnie – przytaknęła słodko. – Dzieci muszą się wyszaleć.
Krystyna pojawiła się chwilę później, sapiąc w przedpokoju. – Ojej, ja już nie mam siły – jęknęła. – Te ceny taksówek to jakiś dramat. Weszła do salonu, spojrzała na Agnieszkę i zmarszczyła brwi.
– A ty co tak siedzisz? – zapytała z lekkim wyrzutem. – Teresa tam sama w kuchni się uwija, a wy tu odpoczywacie? Agnieszka nawet nie drgnęła.
– Ależ ciociu – powiedziała spokojnie. – My jesteśmy gośćmi. Krystyna aż się zatrzymała. – No ale…
nie będę się wtrącać w cudzą kuchnię – dodała Agnieszka miękko. – Każdy ma swoje sposoby, prawda? Z kuchni dobiegł dźwięk czegoś, co spadło na podłogę. Szymon drgnął.
– Może ja pójdę pomóc? – zaczął, podnosząc się z miejsca. Agnieszka złapała go za rękaw i spojrzała mu prosto w oczy. – Siedź – powiedziała cicho, ale stanowczo.
– Cały tydzień pracowałeś. Należy ci się odpoczynek. Dokładnie tym samym tonem, którym Teresa mówiła do niego przez ostatnie dwa miesiące. Szymon powoli usiadł z powrotem.
Pierwszy raz zrobiło mu się naprawdę nieswojo. Kiedy w końcu wszyscy zasiedli do stołu, Teresa wyglądała, jakby przebiegła maraton. Postawiła na środku pieczone mięso. Ręce jej lekko drżały.
– Proszę, częstujcie się – powiedziała zmęczonym głosem. Dariusz od razu nałożył sobie solidną porcję. – O, kurczak – mruknął. – A czemu nie schab?
Agnieszka wzięła widelec, odcięła malutki kawałek mięsa. Przez chwilę żuła powoli, zamyślona. – Wie pani co, pani Tereso? – zaczęła łagodnie.
– Trochę suche to mięso. Cisza spadła na stół. – Ja to zawsze marynuję w jogurcie albo kefirze z przyprawami – dodała spokojnie. – Wtedy się rozpływa w ustach.
Ale jak na pierwszy raz, to nieźle. Teresa pobladła. Krystyna przestała żuć. Agnieszka uśmiechnęła się ciepło.
Dokładnie tak, jak przez dwa miesiące uśmiechano się do niej. Pod koniec kolacji wszystko zaczęło się rozjeżdżać. Dokładnie tak, jak zawsze u nich w domu. Tylko tym razem to nie był ich dom.
Bartek z Michałkiem dawno przestali siedzieć przy stole. Krążyli między kuchnią a salonem. Co chwilę coś otwierali, coś przesuwali, coś im spadało z rąk. – Michałek, nie rozlewaj!
– zawołała Teresa, ale było już za późno. Czerwony sok z wiśni rozlał się po stole i ściekł na obrus. Ten od święta. Ten, który zwykle leżał schowany głęboko w szafie.
– Ojej! – jęknęła, chwytając za ściereczkę. – Spokojnie, mamo, wypierzesz – rzucił Dariusz bez większego zainteresowania, nakładając sobie kolejną porcję mięsa. Agnieszka siedziała wyprostowana, spokojna.
Jadła mało, mówiła dużo. – A w tej sałatce… – zaczęła po chwili, delikatnie odkładając widelec. – Trafiła mi się ość.
Prawie ząb złamałam. Teresa zamarła w półruchu. – To pewnie z gotowego fileta – dodała Agnieszka łagodnie. – Ja zawsze sama czyszczę.
Wtedy ma się pewność. Krystyna odchrząknęła. – Teresa, a chleb gdzie? – zapytała nagle.
– I czemu tylko papierowe serwetki? Ty miałaś takie ładne, lniane. – Już przynoszę – odpowiedziała automatycznie Teresa i ciężko podniosła się od stołu. Szymon siedział cicho jak mysz pod miotłą.
Patrzył na to wszystko i coś w nim powoli zaczynało się układać. Jakby ktoś nagle zdjął mu klapki z oczu. Dariusz jadł bez opamiętania, nawet nie spojrzał na dzieci. Krystyna co chwilę czegoś chciała.
A jego matka, jego matka krążyła między stołem a kuchnią jak cień. Dokładnie tak jak Agnieszka przez ostatnie tygodnie. – Teresa, czajnik byś nastawiła? – dorzuciła jeszcze Krystyna.
– Bo mi w gardle zaschło. – Już, już robię. Agnieszka oparła się wygodniej o oparcie krzesła. – I może okno by pani lekko uchyliła?
– dodała miękko. – Bo trochę ciągnie w plecy. Teresa nawet nie odpowiedziała. Po prostu poszła.
W kuchni zaczynał się robić obraz nędzy i rozpaczy. Zlew zawalony naczyniami, resztki jedzenia przyklejone do talerzy. Tłuszcz na patelniach. Na kuchence coś wykipiało i zaschło.
Podłoga lepiła się od soku. Agnieszka widziała to wszystko. Ale nie ruszyła się z miejsca ani razu. Kiedy kolacja w końcu dobiegła końca, wszyscy zaczęli się powoli zbierać.
Dariusz ziewał, ubierając chłopców. – No, najedliśmy się – mruknął z zadowoleniem. – Dzięki, mamo. Krystyna trzymała się za brzuch.
– Ojej, chyba przesadziłam – powiedziała. – Będę musiała coś wziąć na trawienie. Agnieszka wstała jako ostatnia. Spokojnie, bez pośpiechu.
Podeszła do przedpokoju, sięgnęła do torebki i wyciągnęła dwa plastikowe pudełka. – Pani Tereso – jej głos zabrzmiał słodko jak miód. – Mogłaby nam pani zapakować trochę tego kurczaka i sałatki? Zapadła cisza.
– Na jutro dla Szymona do pracy – dodała z uśmiechem. – Bo ja naprawdę nie mam kiedy gotować. To było dokładnie to samo zdanie. Słowo w słowo.
Teresa patrzyła na nią przez chwilę. Długo. Jakby próbowała coś zrozumieć. Albo jakby coś w niej właśnie pękało.
Bez słowa wzięła pojemniki. Poszła do kuchni. Nałożyła jedzenie. Resztki.
To, co zostało. Wróciła i podała Agnieszce. Jej twarz była szara, zmęczona. Oczy gdzieś uciekły, jakby patrzyła przez ludzi, nie na nich.
– Dziękujemy bardzo za gościnę – powiedziała Agnieszka, promiennie zakładając płaszcz. – Naprawdę odpoczęłam. Szymon aż drgnął. – To co, do następnego weekendu?
– dodała jeszcze lekko. – Możemy przyjechać trochę wcześniej, żeby dłużej posiedzieć. Teresa nic nie odpowiedziała. Drzwi się zamknęły.
Na klatce schodowej było cicho. Szymon szedł obok Agnieszki bez słowa. Dopiero kiedy wsiedli do samochodu, odwrócił się do niej. – To było ostre – powiedział cicho.
Agnieszka poprawiła włosy w lusterku. – To było dokładnie to samo – odpowiedziała spokojnie. – Tylko z drugiej strony. Silnik zamruczał.
Przez chwilę jechali w milczeniu. – Myślisz, że zrozumiała? – zapytał w końcu. Agnieszka wzruszyła lekko ramionami.
– Zobaczymy. Tydzień minął dziwnie spokojnie. Za spokojnie. Nikt nie dzwonił.
Nikt nie pytał, co w sobotę. Cisza w rodzinnym czacie. Piątek wieczorem. Dokładnie o tej samej porze, kiedy zwykle zaczynała się jej druga zmiana w kuchni, telefon Szymona zadzwonił.
Spojrzał na ekran. – Mama – powiedział cicho. Włączył głośnik. – Szymonku – głos Teresy był słabszy niż zwykle.
– Wy jutro nie przyjeżdżajcie. – Co się stało? – zapytał od razu. – A, nic – westchnęła.
– Ciśnienie mi skacze, kręgosłup wysiada. Człowiek już nie ten wiek, żeby takie spotkania robić. Zapadła krótka cisza. – Odwołujemy te nasze spotkania – dodała ciszej.
– Niech każdy siedzi u siebie. Będzie lepiej. Rozłączyła się. Szymon powoli odłożył telefon.
Spojrzał na Agnieszkę. Siedziała na kanapie w miękkiej piżamie, z nogami podciągniętymi pod siebie. W rękach trzymała książkę. Obok na stoliku parowała herbata.
Spojrzała na niego. Uśmiechnęła się spokojnie. I pierwszy raz od bardzo dawna w domu było dokładnie to, czego tak bardzo brakowało.
Cisza, spokój i żaden dzwonek do drzwi.


