Do terminu porodu zostały dwa dni, a u moich stóp leżała spakowana torba do szpitala. Już miałam wyjść, gdy mąż rzucił za mną: „No proszę, nie jest taka buntownicza”. Nie odpowiedziałam, tylko powoli skierowałam się do drzwi, a jego szyderczy głos odbił się echem po całym domu. Zajrzałam do drewnianego łóżeczka w pokoju dziecinnym i zamarłam.

Leżał tam kocyk, który nie pachniał nowością, ale płynem do płukania, jakiego nigdy nie używałam. Ktoś uprał go ręcznie i zostawił gotowy do użycia. Ten kocyk nie należał do mojego dziecka. Wsunęłam dłoń do ukrytej kieszeni na samym dnie torby podróżnej i wyjęłam stary notatnik.
Apartament, do którego mnie zabrano, był nienaganny, ale nie potrafiłam przestać myśleć o tym żółtym kocyku. Gdybym nie zniosła skurczów sama i doszłoby do najgorszego, nikt by się nie dowiedział prawdy. „Spójrz na mnie” – powiedział Jakub, mój ojciec, surowy człowiek, który nigdy nie przyznawał się do błędów. Włożyłam do notatnika wszystkie strony, które znalazłam, i zastąpiłam go starym, pustym notesem tej samej wielkości.
„W tym momencie jedzie do kancelarii notarialnej z Heleną” – usłyszałam. Gdyby dziecko się urodziło, musieliby iść do sądu na długie miesiące. Jakub schował dokumenty do teczki i szybko wyszedł, mówiąc, że natychmiast wyśle je prawnikom, by zablokować jakiekolwiek próby Aleksandra. Tym, czego bałam się najbardziej, było przyznanie się do błędu.
„Ochroniłaś swojego synka i zadzwoniłaś do mnie. Wracaj do domu i proś o wybaczenie” – powiedział ojciec. Aleksander przeszedł od gróźb do błagań, ale jego słowa już nigdy do mnie nie dotrą. Położyłam telefon ekranem do dołu na stole i wypuściłam oddech.
Ścisnęłam podłokietniki kanapy i pochyliłam się do przodu. Nie było czasu do stracenia. To był tylko strach przed przyznaniem się do błędu. Wrócę już do mojego dawnego życia.
Nagle pan Artur, mąż Łucji, i Krystyna wparowali do recepcji. „Jakub, który czekał w kącie, zrobił krok do przodu” – szepnęłam jej do ucha. „O 10:00 do firmy twojego męża wejdzie zewnętrzny audyt” – powiedział ktoś. Usiadłam powoli i położyłam torebkę na kolanach, przytulając ją do siebie.
„Nie dam ci ani zaświadczenia do aktu urodzenia, ani karty. Jeśli pójdziemy do sądu, na pewno wygram” – usłyszałam. Pociągnęłam instynktownie do tyłu. „Zostań tu i płacz do końca życia.
Taka bezużyteczna kobieta jak ty nigdy do mnie nie pasowała”. Opadłam na krzesło, drżąc od stóp do głów, z zębami dzwoniącymi o siebie. Mimo moich słów łzy frustracji napłynęły mi do oczu. Zostało 50 minut do audytu.
Aleksander pojedzie prosto do notariusza, by wszystko załatwić. Ochroniarze na zewnątrz informują, że mąż wsiadł do taksówki i jedzie podpisać akty notarialne. Więc zaświadczenie do USC ze szpitala też było fałszywe? Wzięłam do rąk mój prawdziwy dowód i pendrive.
To byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby ten dom należał do niego. Oznacza to, że dom należy do mojej firmy od sześciu miesięcy. Zostało 15 minut do audytu. „Tak, idę do mojej rodziny” – odpowiedziałam, uśmiechając się do ojca i Jakuba, i otworzyłam drzwi.
Jakub wszedł do środka po cichym zapukaniu. „Czas, by dowiedziała się, do kogo naprawdę należy ten dom” – pomyślałam, nie czując do niej ani milimetra litości. „Jakubie, dotarliśmy do nieruchomości. Przystępujemy do powiadomienia” – usłyszałam.
Potem dźwięk zamykanych drzwi samochodu i kroki zbliżające się do drzwi domu, w którym mieszkałam do wczoraj. „Zadzwonię do Aleksandra” – krzyknęła nagle Krystyna przez głośnik, mówiąc do telefonu prawnika. „Jeśli Aleksander pójdzie do więzienia, co ja pocznę sama? ” – zawodziła.
Ciepła atmosfera powróciła do mojego pokoju. Mój ojciec wszedł do środka. Z córką w ramionach podeszłam do okna.
Kiedy uchyliłam lekko szybę, rześka bryza wpłynęła do salonu.


