Powoli zapięłam guziki sukienki, a w głowie wciąż dudniło mi jedno zdanie szefowej: „Do jutra masz przygotować całą nową identyfikację wizualną. Ta, którą zrobiłaś, jest do kosza”. Patrzyłam w sufit do czwartej nad ranem, a o świcie wysłałam maila z wypowiedzeniem i kupiłam bilet do Wrocławia. We Wrocławiu zaczęłam od zera w małej firmie opakowaniowej, gdzie trafiłam do zespołu pakującego zamówienia.

Wieczorami wracałam do wynajętego mieszkania i rysowałam własne projekty. Po kilku miesiącach koleżanka Kasia szepnęła mi, że widziała ogłoszenie o współpracy z polską marką zapachów do domu. Wysłałam swoje portfolio, dostałam zlecenie, a potem kolejne. Budowałam własną markę „Biały Sen” w internecie.
Każdego wieczoru rysowałam do drugiej w nocy, a o trzeciej wstawałam, żeby zdążyć do pracy na siódmą. Po czterech latach moje konto obserwowało ponad 300 000 osób, a licencje i prawa autorskie przynosiły mi około 300 000 złotych rocznie. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Wiktor, dyrektor kreatywny z tamtej pierwszej firmy, dla której kiedyś pracowałam. Zaprosił mnie na rozmowę do Warszawy.
W recepcji przywitała mnie kobieta, która kiedyś była moją przełożoną. Stałam w holu i nie zaprosiłam jej do środka. Zaprowadziłam ją do kawiarni na parterze, a ona od razu przeszła do rzeczy: „Chcielibyśmy zaprosić panią do wykonania ilustracji okładkowej do naszego najbliższego numeru oraz do krótkiego wywiadu. Do przyszłego tygodnia pan Grabowski potrzebuje odpowiedzi”.
Spojrzałam na nią i zapytałam: „Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Kiedyś wyrzuciłaś cały mój projekt do kosza i kazałaś mi zaczynać od nowa, a potem przypisałaś sobie zasługi”. Spuściła wzrok i powiedziała cicho: „To była moja wina. Wiedziałam, że to twoja praca, ale bałam się o swoje stanowisko”.
Wstałam, zostawiłam na stole wizytówkę z ceną i powiedziałam: „Do przyszłego piątku wyślę projekt. Ale prawa autorskie zawsze należą do mnie”. W piątek wysłałam projekt. Zadzwonił Wiktor i powiedział, że Grabowski chce się spotkać osobiście.
W przeszklonej sali konferencyjnej Grabowski przerzucał moje prace i zapytał o system kolorystyczny w projekcie dla „Rzanej Rosy”. Odpowiedziałam, że stworzyłam go sama. Przewrócił kartki do trzeciej strony, gdzie był projekt serii zakładek do książek. Zatrzymał się i powiedział: „Te same linie.
Tak rysuje ktoś, kto ma własny, kompletny system wizualny”. Grabowski przesunął mi przez stół dokument: „Linia produktów zostanie rozszerzona do dziesięciu kategorii. Zespół z ośmiu osób urośnie do dwudziestu. Zostawiam pani pełną swobodę twórczą.
Tu jest limit budżetu. Reszta należy do pani”. Wzięłam długopis, ale zanim podpisałam, powiedziałam: „Mogę dać Marce prawo pierwszeństwa do współpracy, ale prawa autorskie zawsze należą do mnie”. Spojrzał na mnie i skinął głową.
Tego wieczoru zadzwonił Wiktor. Powiedział, że Marek, mój dawny kierownik, próbował przedstawić sobie całą współpracę. Ale do wpisu dołączyłam serię dowodów – pliki źródłowe, daty, wersje projektów. Napisałam: „Do każdej pracy przechowuję pliki źródłowe.
Nie pozwolę, żeby ktoś przypisał sobie moją pracę”. Od ucieczki do zakorzenienia, od ukrywania do ujawnienia, od samotnej pracy do własnego zespołu. Mój album ilustracji został wydany, a pierwszy nakład trzydziestu tysięcy egzemplarzy sprzedał się w tydzień. Zamknęłam drzwi balkonowe i poszłam do kuchni, żeby zajrzeć do lodówki.
Na blacie leżała koperta z logo ich firmy. W środku był list od Grabowskiego: „Chcę, żeby poprowadziła pani cały nowy dział kreatywny. Ale najpierw musi pani wiedzieć, co zrobiliśmy z Markiem”.


