Robert “CIELUŚ” Cieślak – lider “Mutantów” i sprawca strzelaniny w Magdalence

— POLICJA! RZUĆ BROŃ!

Odpowiedzią była seria z karabinu.

W jednej chwili spokojna noc w Magdalence zamieniła się w pole bitwy.

Była noc z 5 na 6 marca. Antyterroryści powoli zbliżali się do wynajętego domu, w którym mieli ukrywać się dwaj najbardziej poszukiwani gangsterzy w Polsce — Robert „Cieluś” Cieślak i Igor Pikus.

Policjanci wiedzieli, że mężczyźni mogą być uzbrojeni.

Nie wiedzieli jednak, że dom został przygotowany jak forteca.

Broń krótka. Karabiny maszynowe. Granaty. Miny. Pułapki przy ogrodzeniu i wejściu.

Wystarczył jeden krok za daleko.

Nagle eksplozja rozdarła ciemność.

— PADNIJ!

Huk. Krzyki. Serie strzałów.

Cieluś" strzelał do policjantów w Magdalence. Bała się go cała Polska

Ranni policjanci leżeli na ziemi, a kolejni próbowali przedostać się w stronę budynku. Akcja, która miała zakończyć się zatrzymaniem dwóch przestępców, przerodziła się w wielogodzinną walkę.

Nad ranem dwóch policjantów już nie żyło. Siedemnastu zostało rannych.

Cieślak i Pikus również nie wyszli z domu żywi.

Ale żeby zrozumieć, dlaczego dwóch ludzi było gotowych zamienić zwykły dom pod Warszawą w śmiertelną twierdzę, trzeba cofnąć się o wiele lat.

Do Piastowa.

Do miejsca, gdzie zaczęła się historia człowieka, którego półświatek poznał jako „Cielusia”.


Robert Cieślak urodził się w 1975 roku.

Dorastał w Piastowie, w okolicy ulicy Wysockiego, na terenie nazywanym przez mieszkańców „piastowskim kwadratem”. Miejsce miało opinię niebezpiecznego, ale ludzie, którzy znali młodego Roberta, zapamiętali go zupełnie inaczej.

Elokwentny.

Sympatyczny.

Nie pił. Stronił od używek. Kochał zwierzęta.

Nic nie wskazywało na to, że kilka lat później jego nazwisko będzie kojarzone z jednym z najbardziej brutalnych gangów w Polsce.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Cieślak próbował swoich sił w handlu elektroniką. Po transformacji ustrojowej zachodni sprzęt, zwłaszcza komputery, stawał się coraz bardziej pożądany.

Robert miał wejść w interes z Jackiem.

Układ wydawał się prosty.

Jacek kupował elektronikę w Niemczech i sprowadzał ją do Polski. Robert zajmował się sprzedażą.

Interes działał.

Do czasu rozliczenia.

— Robert, musimy w końcu policzyć pieniądze.

Cieślak zwlekał.

Przekładał spotkania.

Jacek naciskał coraz mocniej.

W końcu Robert wyznaczył termin.

Tego dnia Jacek pojechał na spotkanie.

I już nigdy nie wrócił.

Kilka tygodni później w lesie w okolicach Żyrardowa znaleziono jego pozbawione głowy ciało.

Policja dotarła do świadków, którzy mieli wskazywać Cieślaka jako zabójcę. Niedługo później zaczęli jednak wycofywać swoje zeznania.

Według nieoficjalnych informacji byli zastraszani.

Morderstwo z 1995 roku nigdy nie zostało Cieślakowi prawomocnie przypisane, ale w półświatku zaczynała rodzić się jego reputacja.

I właśnie wtedy jego życie zaczęło przyspieszać.


Na jednej z piastowskich siłowni Cieślak poznał Jerzego B., pseudonim „Jurij”.

Jurij był związany z ludźmi Jana G., „Malarza”, współpracującego z gangiem wołomińskim.

Robert otrzymał nowe pseudonimy.

„Robinson”.

Ale jeden przylgnął do niego najmocniej.

„Cieluś”.

Początkowo Cieluś i Jurij mieli kraść samochody. Szybko jednak zrozumieli, że na ulicy istnieją znacznie większe pieniądze.

Napady.

Haracze.

Porwania.

Broń.

Wokół nich zaczęli pojawiać się młodzi mężczyźni z Piastowa — znajomi z dzieciństwa, ludzie z osiedla i potężnie zbudowani bywalcy lokalnych siłowni.

11 grudnia 1997 roku „Malarz” został zastrzelony przed swoim domem w Międzylesiu.

Po jego śmierci ludzie z Piastowa nawiązali współpracę z Andrzejem C., pseudonim „Kikir”, jednym z liderów grupy markowskiej.

Kiedy Kikir po raz pierwszy zobaczył Cielusia, Jurija i ich ludzi, miał rzucić z uznaniem:

— Niezłych mam mutantów.

Nazwa została.

Gang Mutantów.

Młodzi, umięśnieni, bezwzględni.

A przede wszystkim coraz bardziej niebezpieczni.


Pod skrzydłami Kikira grupa zaczęła zdobywać pozycję w warszawskim półświatku.

Jednym z podstawowych źródeł pieniędzy były napady na kantory i jubilerów.

W marcu 1998 roku podczas jednego ze skoków łup miał wynieść około 150 tysięcy złotych.

24 listopada 1999 roku doszło do kolejnego napadu.

Tym razem zrabowano blisko 100 tysięcy złotych w różnych walutach oraz markowe zegarki.

Ale tym razem na podłodze została również krew.

Zastrzelono właściciela kantoru i zegarmistrza.

Gang przestawał być grupą osiłków dokonujących napadów.

Stawał się organizacją, której zaczynali bać się nawet inni przestępcy.

W jego otoczeniu pojawił się również Igor Pikus — Białorusin, który twierdził, że wcześniej służył w Specnazie.

To właśnie on wiele lat później znajdzie się obok Cielusia w domu w Magdalence.

Na razie jednak Mutanci rośli w siłę.

I wkrótce popełnili błąd, który miał rozpętać wojnę.


Grupa rozszerzała wpływy na Konstancin i Piaseczno.

Tam zaczęły się konflikty z ludźmi związanymi z „młodym Pruszkowem”.

W 1999 roku kilku członków Mutantów zostało brutalnie pobitych.

Cieluś i jego ludzie nie zamierzali tego zostawić.

Na początku 2000 roku porwano Jacka R., pseudonim „Matyś”.

Mimo intensywnych poszukiwań nigdy go nie odnaleziono. Śledczy uznali, że został zamordowany.

Fetched image 3

Ale Mutanci nie ograniczali się do porachunków.

Zaczęli porywać ludzi dla okupu.

Biznesmenów.

Członków ich rodzin.

A nawet ludzi ze świata przestępczego.

W maju 2000 roku pojawił się plan porwania Tadeusza W., przedsiębiorcy z branży mięsnej.

Problem polegał na tym, że biznesmen znał jednego z najważniejszych ludzi Pruszkowa.

Mutanci otrzymali ostrzeżenie:

— Zostawcie go.

Nie posłuchali.

Zmienili jedynie cel.

9 lipca 2000 roku obserwowali siedemnastoletniego syna biznesmena, Kamila, bawiącego się w dyskotece w Brańszczyku.

Kiedy chłopak opuścił lokal, ruszyli za nim.

W pewnym momencie samochód Kamila został zablokowany.

Napastnicy wyskoczyli z auta.

Metalowa rurka.

Uderzenia.

Krzyk.

Chwilę później siedemnastolatek zniknął.

Cena za jego życie?

Milion dolarów.

Negocjacje trwały 24 dni. Rodzina zatrudniła Krzysztofa Rutkowskiego. Ostatecznie Kamil odzyskał wolność po zapłaceniu okupu, którego dokładnej wysokości nie ujawniono; mówiło się o około stu tysiącach dolarów.

Kiedy Kikir dowiedział się, że jego ludzie zignorowali ostrzeżenie, wściekł się.

Doszło do spotkania.

Atmosfera była napięta.

Cieluś i jego ludzie nie zamierzali już słuchać dawnego protektora.

To nie była kłótnia.

To było wypowiedzenie wojny.


23 września 2000 roku Kikir wracał z wesela w Emilianowie razem z żoną i ochroniarzem.

Nagle drogę zablokował samochód.

W środku mieli być Cieluś, Igor Pikus i dwóch innych członków Mutantów.

Drzwi się otworzyły.

I rozpętało się piekło.

Serie z broni automatycznej przeszyły samochód.

Kikir przeżył.

Ciężko ranny trafił do szpitala przy Szaserów.

Tam czuł się bezpieczny.

Był przecież w szpitalu. Pod obserwacją.

Mutanci jednak nie zamierzali kończyć sprawy w połowie.

Do wykonania zadania miał zostać wynajęty ukraiński gangster Albert P., pseudonim „Alik”, znany jako płatny zabójca.

Cena miała wynosić 100 tysięcy złotych.

Plan był niemal filmowy.

Alik przebrał się za księdza.

Wszedł do szpitala.

Nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi.

Dotarł do sali Kikira.

Spod ubrania wyjął broń z tłumikiem.

Kilka chwil później Kikir nie żył.

Po tej egzekucji reputacja Mutantów eksplodowała.

W warszawskim półświatku zaczęto mówić, że ludzi z Piastowa boją się nawet doświadczeni gangsterzy.

Ale strach ma jedną wadę.

Przyciąga wrogów.


W 2001 roku Mutanci weszli w konflikt z gangiem mokotowskim.

Stawką były wpływy i narkotyki.

Sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej niebezpieczna, kiedy Alik miał otrzymać zlecenie na jednego z ważnych ludzi Mokotowa — Andrzeja H., pseudonim „Korek”.

Według relacji krążących w półświatku podczas alkoholowej libacji Alik zrobił coś niewiarygodnego.

Zadzwonił do człowieka, którego miał zabić.

I powiedział mu, co planuje.

19 kwietnia 2001 roku Alik wyszedł ze swoim psem przed blok na warszawskiej Woli.

Nie wrócił.

Zginął od kul.

Wojna trwała dalej.

Ginęli kolejni ludzie.

Jacek P., „Postek”, i Tomasz R., „Max”, związani z piastowską grupą, zostali porwani z lokalu na Mokotowie, wywiezieni do lasu i zamordowani.

W półświatku krążyły również pogłoski, że sam Cieluś miał uczestniczyć w zabójstwie Tomasza S., „Komandosa”, lidera młodego Żoliborza.

Nigdy nie zostało to jednak potwierdzone przed sądem.

Lista trupów rosła.

A granica między przestępcami a policją właśnie miała zniknąć.


W 2002 roku podczas próby zatrzymania dwóch ludzi związanych z grupą doszło do strzelaniny z policją.

Obaj gangsterzy zginęli.

Dla Mutantów był to jasny sygnał.

Policja była coraz bliżej.

Jednocześnie wojna z konkurencją pochłaniała ogromne pieniądze.

Potrzebowali gotówki.

Natychmiast.

Wrócili więc do tego, co potrafili najlepiej.

Cieluś" strzelał do policjantów w Magdalence. Bała się go cała Polska

Napadów.

Ich łupem padały kantory, jubilerzy i transporty elektroniki.

21 marca 2003 roku Mutanci przejęli ciężarówkę z elektroniką wartą blisko milion złotych.

Pojazd z towarem pozostawiono na placu w niewielkiej miejscowości.

Dwa dni później policja otrzymała zgłoszenie o ciężarówce stojącej tam od dłuższego czasu.

Funkcjonariusze przyjechali na miejsce.

Otworzyli plandekę.

W środku znajdował się skradziony towar.

Rozpoczęli zabezpieczanie ładunku.

Nie wiedzieli, że ktoś właśnie powiadomił gangsterów:

— Ktoś grzebie przy ciężarówce.

Mutanci byli przekonani, że konkurencyjna grupa próbuje ukraść ich łup.

Samochód gangsterów wjechał na plac.

Nie było ostrzeżenia.

Padły strzały.

— POLICJA! JESTEŚMY Z POLICJI!

Według relacji odpowiedź miała brzmieć:

— MY TEŻ!

I ogień nie ustał.

Igor Pikus został postrzelony w twarz.

Podkomisarz Mirosław Żak został zabity na miejscu.

W jednej chwili wszystko się zmieniło.

To nie był już kolejny gangsterski konflikt.

Zginął policjant.

A państwo zaczęło polowanie.


Po strzelaninie grupa zeszła do podziemia.

Cieluś przestał ufać nawet własnym ludziom.

Gang, który jeszcze niedawno budził strach w całej Warszawie, zaczął rozpadać się od środka.

Jacek K., „Kalbar”, zniknął. Według krążących relacji miał zostać osobiście zastrzelony przez Cielusia. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Sebastian S., „Sopel”, również zginął. Jego ciało znaleziono na złomowisku w Pruszkowie razem z ciałem innego gangstera.

Kolejni członkowie grupy trafiali w ręce policji.

Ale trzech najważniejszych ludzi wciąż pozostawało na wolności.

Jurij.

Igor Pikus.

I Cieluś.

Policja szukała ich w całej Polsce.

Cieślak i Pikus potrzebowali miejsca, w którym mogliby przeczekać obławę.

Wtedy znaleźli ogłoszenie.

Dom do wynajęcia.

Magdalenka.

Z zewnątrz wyglądał zwyczajnie.

W środku zaczęli przygotowywać się do wojny.


Pistolety.

Karabiny maszynowe.

Granaty.

Materiały wybuchowe.

Igor Pikus miał konstruować pułapki i minować okolice ogrodzenia oraz wejście.

Nie planowali łatwego poddania.

Wiedzieli, co ich czeka.

Śmierć policjanta oznaczała, że funkcjonariusze nie odpuszczą.

A jeśli zostaną schwytani żywi — przed nimi mogą być dziesięciolecia więzienia albo dożywocie.

Policja tymczasem prowadziła intensywną obserwację.

W końcu ustalono miejsce ich pobytu.

Noc z 5 na 6 marca.

Magdalenka.

Antyterroryści ruszyli.

W ciemności kolejne zespoły zbliżały się do posesji.

Każdy wiedział, że w środku są niebezpieczni ludzie.

Ale skala przygotowanych pułapek okazała się czymś, czego funkcjonariusze nie byli w stanie w pełni przewidzieć.

Pierwsze strzały padły niemal natychmiast.

Potem eksplodowały ładunki.

Odłamki przecięły noc.

— RANNY! MAMY RANNEGO!

Kolejne serie.

Kolejne eksplozje.

Policjanci próbowali dostać się do domu, a znajdujący się wewnątrz gangsterzy prowadzili ogień.

Minuty zamieniały się w godziny.

Akcja przerodziła się w regularne oblężenie.

W pewnym momencie nie chodziło już tylko o zatrzymanie Cielusia i Pikusa.

Chodziło o wydostanie własnych ludzi żywych.

Kiedy nadszedł ranek, bilans był tragiczny.

Podkomisarz Dariusz Marciniak nie żył.

Dowodzący akcją komisarz Marian Szczucki również zginął.

Siedemnastu policjantów zostało rannych.

Dla części z nich trauma tamtej nocy oznaczała później przedwczesny koniec służby.

Wewnątrz domu znaleziono dwóch ludzi, których policja ścigała od miesięcy.

Roberta „Cielusia” Cieślaka.

Igora Pikusa.

Obaj nie żyli.

Według ustaleń zginęli wskutek zaczadzenia.

Tak zakończyła się historia człowieka, który zaczynał jako młody handlarz elektroniką z Piastowa, a skończył w oblężonym domu otoczonym przez antyterrorystów.

Robert Cieślak miał zaledwie dwadzieścia kilka lat, kiedy jego nazwisko zaczęło budzić strach w półświatku.

Kilka lat później był już jednym z najbardziej poszukiwanych gangsterów w kraju.

Ale Magdalenka pozostawiła po sobie coś znacznie większego niż legendę „Cielusia”.

Pozostawiła zabitych policjantów, siedemnastu rannych funkcjonariuszy i pytania o przygotowanie jednej z najbardziej dramatycznych operacji policyjnych tamtych lat.

Gang Mutantów praktycznie przestał istnieć.

Ludzie, którzy kiedyś mieli wzbudzać strach wśród konkurencyjnych grup, trafiali do więzień, ginęli albo znikali.

A dom w Magdalence stał się symbolem chwili, w której wojna warszawskiego półświatka uderzyła bezpośrednio w tych, którzy mieli ją zakończyć.

Bo tamtej nocy policjanci nie weszli po prostu do kryjówki dwóch gangsterów.

Weszli do przygotowanej wcześniej fortecy.

I zanim wzeszło słońce, cena tej decyzji okazała się tragiczna.