13 sierpnia 2002 roku.
Warszawa.
Późny wieczór.
Tomasz „Komandos” S. zatrzymuje się na stacji benzynowej przy ulicy Radzymińskiej.
Nie wygląda jak człowiek, który właśnie znajduje się na celowniku.
Tankuje swoje BMW serii 7.
Potem zaczyna odkurzać wnętrze samochodu.
Zwykła czynność.
Zwykły wieczór.
Ale dla człowieka, który przez lata żył w świecie przemocy, spokój często był tylko chwilą przed burzą.
Godzina 22:50.
Kamery rejestrują mężczyznę z naciągniętą czapką zasłaniającą oczy.
Podchodzi.
Kilka sekund później padają strzały.

Komandos zostaje trafiony.
Napastnik odchodzi.
Według relacji miał wejść jeszcze do budynku stacji i powiedzieć, że przy samochodzie leży martwy człowiek.
Potem znika.
Policja przyjeżdża na miejsce.
Ratownicy nie mogą już pomóc.
Tomasz S. nie żyje.
Człowiek, którego warszawski półświatek znał jako brutalnego i bezwzględnego gangstera, kończy życie na zwykłej stacji benzynowej.
Ale jego śmierć nie była przypadkiem.
Była kolejnym rozdziałem wojny, która od lat trwała o wpływy na Żoliborzu, bazar Wolumen i pieniądze płynące z przestępczych interesów.
Kim był człowiek, którego jedni nazywali bezwzględnym gangsterem, a inni wspominali jako zabawnego i lojalnego kolegę?
Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do Warszawy lat siedemdziesiątych.
Tomasz S. urodził się w 1968 roku w Warszawie.
Jego dzieciństwo nie przypominało historii przyszłego gangstera.
Rodzina szybko się rozpadła.
Kiedy miał osiem lat, rodzice się rozwiedli.
Matka miała przestać interesować się dziećmi.
Od dziewiątego roku życia Tomasz wychowywał się w domu dziecka na warszawskiej Woli.
To właśnie tam, według późniejszych relacji, miał kształtować swój charakter.
Samodzielność.
Twardość.
Brak zaufania.
Świat, w którym nikt niczego nie dawał za darmo.
Mimo trudnego dzieciństwa dobrze radził sobie z nauką.
Ukończył szkołę podstawową.
Później technikum samochodowe.
Zdobył zawód.
Mógł prowadzić normalne życie.
Ale Warszawa końca lat osiemdziesiątych dawała młodym ludziom zupełnie inne możliwości.
Zwłaszcza tym, którzy potrafili wykorzystać siłę i kontakty.
Mając osiemnaście lat, Tomasz opuścił dom dziecka.
Zamieszkał na Żoliborzu.
Rozpoczął pracę w wyuczonym zawodzie.
Ale szybko poznał ludzi, którzy mieli większy wpływ na jego przyszłość niż zwykła praca.
Bracia Artur i Piotr M.
Razem mieli wejść na drogę przestępczą.
Pierwsze przestępstwa były stosunkowo proste.
Napady.
Rabunki.
Jedną z metod miała być tak zwana akcja „na kanara”.
Przestępcy podszywali się pod kontrolerów biletów.

Osoby bez biletu miały być wyprowadzane z pojazdów.
A później atakowane i okradane.
Później grupa miała zajmować się napadami na listonoszy.
Moment był idealny.
Końcówka PRL-u.
Państwo słabło.
Ulice zaczynały żyć własnymi zasadami.
W 1993 roku Tomasz razem z jednym z braci został zatrzymany.
Powodem była napaść na pracownika poczty.
Dostał wyrok.
Trzy lata więzienia.
Ale więzienie nie zakończyło jego historii.
Wręcz przeciwnie.
Po wyjściu w 1994 roku znalazł się w środowisku, które miało stworzyć jeden z najbardziej znanych odłamów warszawskiego półświatka.
Gang żoliborski.
Liderem grupy był Stefan K., pseudonim „Ksiądz”.
To od terenu działania — Żoliborza — grupa otrzymała swoją nazwę.
Tomasz miał wówczas używać pseudonimu „Komandos”.
Według jednych wersji nawiązywał on do jego wysportowanej sylwetki.
Według innych miał nadać mu go sam Ksiądz.
Jedno było pewne.
Komandos szybko zaczął zdobywać pozycję.
Poznał Artura A., pseudonim „Czacha”.
Obaj mieli stać się bliskimi współpracownikami.
Wykonywali zadania dla Księdza.
Między innymi mieli zajmować się egzekwowaniem należności z bazaru Wolumen.
Tamtejsze interesy były warte dużo pieniędzy.
A pieniądze zawsze przyciągały konflikty.
W 1996 roku Ksiądz trafił na kilka miesięcy do więzienia.
Młodsi gangsterzy zobaczyli swoją szansę.
Mariusz B. „Mario”.
Wojciech B. „Brzoza”.
Piotr W. „Łańcuch”.
Stworzyli własną grupę.
Nazwali ją młodym Żoliborzem.
Kiedy Ksiądz wyszedł z aresztu i pojawił się w swoim lokalu Technopat przy ulicy Nałkowskiej, czekała na niego niespodzianka.
Młodzi gangsterzy przyjechali.
Według relacji mieli wywieźć dawnego lidera do lasu.
Pobić.
Pokazać, że czasy się zmieniły.
To wydarzenie rozpoczęło wojnę wewnątrz żoliborskiego półświatka.
Po jednej stronie:
Ksiądz.
Komandos.
Czacha.
Po drugiej:
Mario.
Brzoza.
Łańcuch.
I młodzi ludzie, którzy chcieli przejąć władzę.
Konflikt szybko zamienił się w przemoc.
Obie strony zaczęły przejmować punkty, z których pobierano haracze.
Komandos podczas jednej z takich sytuacji miał dowiedzieć się, że przed nim w danym miejscu pojawili się inni gangsterzy.
Informacja trafiła do Księdza.
Ten zorganizował spotkanie.

Tak zwana „rozkminka”.
Czyli rozmowa, która miała rozwiązać konflikt.
Ale zamiast zakończenia sporu doszło do eskalacji.
Według materiału pierwszą dużą ofiarą wojny miał być Wojciech B. „Brzoza”.
22 października 1997 roku.
Ulica Braci Załuskich.
Brzoza znajduje się niedaleko swojego miejsca zamieszkania.
Świadek miał widzieć dwóch ludzi wychodzących z pobliskiego parku.
Podbiegli.
Oddali strzały.
Uciekli Polonezem.
Na miejscu pozostawiono magazynek.
Policja szybko odnalazła samochód.
Zabezpieczono ślady.
Według ustaleń odciski miały wskazywać na Komandosa i Czachę.
Następnego dnia obaj zostali zatrzymani.
Proces zakończył się wyrokiem.
Otrzymali kary więzienia.
Komandos miał spędzić za kratami osiem lat.
Ale świat, który stworzył na ulicy, nadal istniał.
17 stycznia 2000 roku.
Komandos przebywa w więzieniu.
Dociera do niego wiadomość.
Stefan „Ksiądz” nie żyje.
Został postrzelony w pubie Technopat.
Mimo reanimacji zmarł.
Dla wielu ludzi z dawnego środowiska oznaczało to koniec pewnej epoki.
Ale Komandos niespodziewanie szybko wrócił na wolność.
Po około trzech i pół roku więzienia otrzymał możliwość odpowiadania z wolnej stopy w sprawie zabójstwa Brzozy.
25 marca 2001 roku wyszedł.
I zrobił to, czego można było się spodziewać.
Spróbował odbudować pozycję.
Warszawa początku XXI wieku była już innym miejscem.
Stare grupy słabły.
Nowe powstawały.
Komandos zaczął budować własną strukturę.
Współpracował z dawnymi ludźmi młodego Żoliborza.
W jego otoczeniu pojawiali się:
Artur M. „Budyń”.
Szymon z Łomianek.
Piotr W. „Łańcuch”.
Czacha.
Orzech.
Uszaty.
Śmigacz.
Do końca 2001 roku miał być jedną z ważniejszych postaci Żoliborza.
Kontrolował część dzielnicy.
Miał kontakty również poza nią.
Współpracował między innymi z ludźmi związanymi z Mokotowem.
Ale im większa była władza, tym więcej pojawiało się przeciwników.
Jednym z najważniejszych punktów konfliktu był bazar Wolumen.
Miejsce ogromnych pieniędzy.
Handel elektroniką.
Sprzętem.
Towarem często pochodzącym z szarej strefy.
Kontrola nad bazarem oznaczała wpływy.
I właśnie o te wpływy miała rozpocząć się kolejna wojna.
W tle pojawiły się konflikty z Szymonem z Łomianek.
Sprawa zabójstwa człowieka związanego ze środowiskiem narkotykowym.
Różne wersje.
Różne zeznania.
Według jednej z nich Komandos miał być odpowiedzialny za część działań przeciwko konkurencji.
Według innej sam miał stać się celem wewnętrznej rozgrywki.
Jedno było pewne.
Relacje w środowisku zaczęły się rozpadać.
31 maja 2002 roku.
Centrum Handlowe Klif.
Warszawa, Wola.
Popołudnie.
W lokalu spotykają się ludzie związani z młodym Żoliborzem.
Budyń.
Krzysztof B.
Artur „Enzo”.
Komandos.
Pojawia się również Szymon z Łomianek.
Według jednej wersji miał wskazać osoby przeznaczone do likwidacji.
Według jego własnych późniejszych wyjaśnień spotkanie miało dotyczyć interesów.
Nagle od grupy odchodzi Szymon.
Chwilę później pojawia się mężczyzna w czapce zasłaniającej oczy.
Wyciąga broń.
Tłumik.
Pierwsze strzały.
Zaskoczenie.
Panika.
Budyń ginie na miejscu.
Krzysztof B. również.
Artur zostaje ranny, ale przeżywa.
Komandos ucieka do podziemnego garażu.
Znika.
Do dziś istnieją różne wersje tego wydarzenia.
Według jednej z nich za zamachem mieli stać Szymon z Łomianek, Rafał S. „Szkatuła” i inni gangsterzy.
Mieli wynająć płatnego zabójcę.
Taką wersję przyjęto między innymi na podstawie zeznań Piotra K. „Klima”, który rozpoczął współpracę z organami ścigania.
Druga wersja pochodziła od samego Szymona.
Według niej za wszystkim miał stać Komandos.
Miał wykorzystać spotkanie jako pułapkę.
Pozbyć się Budynia.
A następnie przejąć większą kontrolę nad Żoliborzem.
Która wersja była prawdziwa?
Do końca nie wyjaśniono wszystkich szczegółów.
Po wydarzeniach w Klifie Komandos zaczął się ukrywać.
Unikał publicznych miejsc.
Spotykał się z ludźmi głównie wieczorami.
Według relacji coraz bardziej obawiał się o swoje życie.
Jednocześnie miał problemy związane z narkotykami.
A ludzie z jego otoczenia zauważali, że kiedy je zażywał, tracił ostrożność.
To właśnie miało go zgubić.
13 sierpnia 2002 roku.
Stacja benzynowa przy ulicy Radzymińskiej.
BMW serii 7.
Odkurzanie samochodu.
Kilka minut spokoju.
Potem śmierć.
Mężczyzna podobny do zabójcy z Klifu.
Czapka.
Zakryta twarz.
Strzały.
Komandos ginie.
Policja bada miejsce.
Psy tropiące prowadzą ślad.
Ale kończy się on w okolicach torów.
Według śledczych możliwe było, że zabójca miał tam czekać na transport.
Kolejny raz świat warszawskich gangsterów rozwiązał konflikt własnymi metodami.
Tomasz „Komandos” S. był człowiekiem pełnym sprzeczności.
Dla jednych:
brutalny gangster.
Człowiek odpowiedzialny za przemoc.
Dla innych:
lojalny kolega.
Wesoły człowiek.
Ktoś, kto potrafił rozbawić całe otoczenie.
Ale jedno pozostaje niezmienne.
Wybrał świat, w którym każdy awans oznaczał nowych wrogów.
Każdy konflikt mógł zakończyć się śmiercią.
A każda zdrada mogła kosztować życie.
Miał zaledwie trzydzieści cztery lata, kiedy jego historia zakończyła się na stacji benzynowej.
Człowiek, który kiedyś miał być bokserem.
Sportowcem.
Kimś zupełnie innym.
Został jednym z symboli brutalnych wojen warszawskiego półświatka początku XXI wieku.
Bo w świecie, w którym wszyscy walczą o władzę…
największym zwycięzcą często okazuje się nie ten, kto wygrał.
Tylko ten, kto przeżył.



