Kiedy gotowała pomidorową, nalewała drugą porcję do plastikowego pojemnika z niebieską pokrywką. W poniedziałki do obiadu często dochodziło coś słodkiego. Pytała z uśmiechem, zaglądając niemal od razu do pokoju socjalnego. Nie przyszłoby jej nawet do głowy, żeby po obiedzie powiedzieć: „Milena, oddaj mi za zakupy”.

Wszystko zaczęło się kilka lat wcześniej, kiedy Milena dopiero przyszła do ich firmy. Do wypłaty zostało jej jeszcze kilka dni, a Paulina bez wahania zapraszała ją do stołu. „Nie no, coś ty, Milena, przestań, nalewaj sobie” – mówiła, gdy tamta próbowała zapłacić za produkty. Przed wypłatą, kiedy Milena narzekała, że musi oszczędzać, Paulina po prostu wkładała do torby trochę więcej jedzenia.
Dlatego kiedy pewnego listopadowego poranka obudziła się z gorączką, bólem gardła i takim osłabieniem, że ledwie doszła z łóżka do kuchni, nie miała oporów, żeby zadzwonić do Mileny. „Milena, mam do ciebie małą prośbę. Temperatura trochę spadła, ale nie mam siły nawet iść do sklepu. Jak będziesz wracała z pracy, mogłabyś mi podrzucić coś do jedzenia?
” – poprosiła. Wieczorem Milena zadzwoniła do drzwi, przyniosła torbę z zakupami i uśmiechnięta powiedziała: „Masz, jedz i wracaj do żywych”. Paulina zjadła trochę zupy, wzięła lekarstwa i położyła się z powrotem do łóżka. Poczuła wdzięczność, ale też lekkie ukłucie niepokoju, gdy usłyszała: „No, Paulina, wszystko dobrze.
Tylko pamiętaj, że produkty kosztują”. Następnego ranka, gdy Paulina poczuła się lepiej, zadzwoniła do Mileny, żeby podziękować i zapytać, ile była winna. „No właśnie. Pierogi, które lepiłam wieczorem i pakowałam do dwóch pojemników” – powiedziała Milena.
„No pytaj”. Paulina poczuła, jak coś ściska ją w gardle. „No nie, przecież sama zaczęłaś przynosić” – próbowała zażartować. „Oj, Paulina, no nie przesadzaj.
No właśnie wypominasz. Masz co do grosza” – odpowiedziała tamta, a potem odłożyła telefon ekranem do dołu. Paulina wrzuciła telefon do torebki i poszła do pracy w poniedziałek. Przyszła z małą torbą, jednym pojemnikiem.
Milena podniosła wzrok, kiedy Paulina weszła do pokoju. „No to dobrze i tyle” – powiedziała i żadna z nich nie wróciła do rozmowy sprzed kilku dni. Paulina zdjęła płaszcz, włączyła komputer, potem zaniosła jedzenie do pokoju socjalnego. Wyjęła mleko do kawy i zamknęła lodówkę trochę mocniej niż trzeba.
W porze obiadowej wyjęła swój pojemnik i wstawiła go do mikrofalówki. Po raz pierwszy jadła swój obiad, nie czując, że połowa automatycznie należy do kogoś innego. Po kilku dniach Paulina usłyszała, jak Milena przy ekspresie mówi do jednej z koleżanek: „Ceny kompletnie oszalały. No wszędzie drogo.
Prawie 20 zł za nic”. Paulina nie musiała już patrzeć do garnka i zastanawiać się, czy wystarczy na dwie porcje. Nie musiała rano przekładać jedzenia do dwóch pudełek. W czwartek przyniosła do pracy gulasz.
„Wiesz, najgorsze są takie osoby, które najpierw same coś robią, a potem człowiek całe życie ma być wdzięczny” – usłyszała Milenę. W piątek rano Paulina weszła do pokoju socjalnego i zobaczyła Milenę stojącą przed otwartą lodówką. Tym razem Milena niczego nie powiedziała, ale po jej twarzy Paulina zobaczyła, że wreszcie dotarła do niej jedna rzecz. Zamiast odpowiedzieć, zaczęła powoli, ostrożnie wracać do swojego biurka bokiem, jakby próbowała sprawdzić, czy drzwi naprawdę są zamknięte.
I wróciła do pracy. Milena chyba liczyła na to, że z czasem wszystko samo wróci do dawnego porządku. Przy ekspresie do kawy wspomniała o Antku, który pojechał do Wrocławia. „No to właśnie nie rozumiem, o co ci chodziło” – powiedziała w końcu.
„Problemem było to, że w ogóle przyszło ci do głowy wystawić mi rachunek za miskę zupy” – odpowiedziała Paulina. Następnego dnia w pracy Milena podeszła do jej biurka. Paulina wróciła do ekranu i dopiero wtedy Milena chyba naprawdę zrozumiała, że tej relacji nie da się już naprawić kawą, żartem ani ofertą 25 zł za obiad. Każdy wspólny obiad w pokoju socjalnym, każde przypadkowe spotkanie przy ekspresie do kawy stało się teraz jedynie formalnością.
Wracając do swojego mieszkania, Paulina nagle się uśmiechnęła. Od lat przynosiła wtedy coś do biura, więc tym razem również nie zamierzała rezygnować. Przygotowała ciasto, przykryła je folią i schowała do torby. Tym razem nawet nie przyszło jej do głowy, żeby pakować drugą porcję.
Po drodze do domu zrobiła niewielkie zakupy. Nalała sobie zupy do miski, spróbowała. I po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że smakuje dokładnie tak, jak powinna.


