List przyszedł trzy dni po moim wyjeździe. Beata położyła go na stole, obok kubka z zimną kawą. Wiedziałem, że to od Oli, zanim jeszcze otworzyłem kopertę. Ale zamiast przeczytać, wsunąłem ją do kieszeni i poszedłem do pracy.

Do obiadu zostały dwie godziny, a ja przez całą zmianę nosiłem ten list przy sobie, jakby ważył tonę. Wieczorem, w wynajętym pokoju, rozłożyłem kartkę na łóżku. Ola pisała krótko, bez zbędnych słów. Pytała, czy wiem, że w domu już po mnie sprzątnięto.
Że Beata powiedziała sąsiadom, iż wyjechałem do brata. Że nikt nie zapytał, dlaczego właściwie zniknąłem. Wystarczyło mi to. Nie odpisałem.
List wydawał mi się bezpieczniejszy od głosu, bo nie słyszałbym jej oddechu po drugiej stronie słuchawki. Drugi list wysłałem w styczniu. Beata znów go otworzyła, zanim Ola zdążyła do niego dotrzeć. Zostawiła go na parapecie, w widocznym miejscu, jakby chciała, żeby wszyscy widzieli, że mam coś do ukrycia.
Ola przeczytała moje słowa dopiero po tygodniu. Napisałem wtedy, że chcę wrócić, ale nie wiem jak. Że boję się spojrzeć jej w oczy. Że ktoś musi w końcu powiedzieć prawdę o tym, co się stało.
W kwietniu wysłałem trzeci list. Tym razem z prośbą, żeby Ola sama go otworzyła. Nie prosiłem o nic więcej. Włożyła go do teczki, do szkoły, między sprawdziany i notatki.
Dopiero wieczorem, przy herbacie, przeczytała go sama. A potem zadała matce pytanie, które wisiało nad nami od miesięcy: dlaczego otworzyłaś pierwszy list? Beata nie odpowiedziała. Wstała od stołu, wzięła klucz do pokoju córki i zamknęła drzwi od środka.
Ola stała po drugiej stronie, z listem w ręku, i przez chwilę nie wiedziała, czy ma zapukać, czy odejść. W końcu włożyła teczkę do plecaka i wyszła do kawiarni, żeby pomyśleć. Nie namawiałem jej ani do pokazania listów, ani do ich schowania. To była jej decyzja.
Ale kiedy wróciła do pensjonatu, położyła przede mną wszystkie trzy koperty. Były rozpieczętowane, wgniecione, przeczytane po kilka razy. Ola powiedziała tylko: “Przeczytaj je jeszcze raz, dziadku. Ale tym razem na głos”.
Przeczytałem. Każde zdanie brzmiało inaczej, kiedy wypowiadałem je w jej obecności. Doszedłem do końca i odłożyłem kartki. A potem zrobiłem coś, czego się nie spodziewałem – wyciągnąłem klucz do mojego dawnego domu.
Ola spojrzała na niego, ale nie wyciągnęła ręki. “Nie jestem gotowa”, powiedziała. “Ale wiem, że kiedyś będę”. Zostawiłem klucz na stole, między listami.
Nie chowałem go do kieszeni. Ola wzięła go na koniec, niepewnie, i schowała do plecaka, obok teczki. Wtedy zrozumiałem, że to nie był koniec. To był początek czegoś, co musiało się zdarzyć.
I że pierwszy krok należał do mnie.


