Policjanci otworzyli samochód.
I wtedy zrobiło się naprawdę źle.
W środku znajdowały się przedmioty kojarzone z warszawskim półświatkiem początku lat dziewięćdziesiątych.
Narzędzia używane przez złodziei samochodów.
Amunicja.
Broń.
Naklejki do alkoholu.
Konrad Bogusławski stał z boku i wiedział jedno:
jeśli teraz zacznie mówić, może pogrążyć nie tylko siebie.
Nie powiedział nic.
— To pana?
Milczenie.
— Wie pan, co znaleźliśmy?
Znowu cisza.
Według jego późniejszej relacji na zabezpieczonych przedmiotach nie znaleziono jego odcisków palców. Pomogli mu również wpływowi znajomi.
Prokurator miał powiedzieć mu wprost:
— Ma pan bardzo wpływowych przyjaciół.
A potem padło zdanie jeszcze ważniejsze:
— Ma pan czterdzieści osiem godzin. Jeśli pan nie wyjedzie, przyjdzie następny papier i wtedy pana zamkną.
Konrad nie czekał.
Wyjechał do Niemiec.
Był rok 1992.

Ale to, co miało wydarzyć się za granicą, było dopiero następnym rozdziałem.
Bo zanim pojawiły się Niemcy, Szczecin, Pruszków i ludzie, których nazwiska później znała cała Polska, był chłopak z Saskiej Kępy, który dorastał w bogatej rodzinie…
i coraz bardziej zakochiwał się w ulicy.
Konrad Bogusławski przyszedł na świat w 1968 roku.
Pierwsze lata życia spędził w Warszawie, w okolicach Żelaznej Bramy.
Rodzina miała pieniądze.
Ojciec był związany z przemysłem motoryzacyjnym i pracował w FSO.
Według Konrada uczestniczył między innymi w procesach związanych z wprowadzeniem do Polski licencji Fiata.
Później odszedł z fabryki i zajął się własnymi interesami.
Bogusławscy nie byli więc rodziną walczącą każdego dnia o przetrwanie.
Wręcz przeciwnie.
Konrad sam mówił po latach:
— Miałem dzieciństwo jak z bajki.
Problem polegał na tym, że pieniądze nie oznaczały spokoju.
Po przeprowadzce do rodzinnej kamienicy na Saskiej Kępie jego relacje z matką stawały się coraz trudniejsze.
Ojciec coraz częściej znikał z jego codziennego życia.
Szkoła nie interesowała Konrada praktycznie wcale.
I wtedy kilka ulic dalej znalazł miejsce, które miało zmienić jego życie.
Klub Herkules.
Miał około dziewięciu lat, kiedy po raz pierwszy zaczął zaglądać przez okna.
W środku trenowali kulturyści.
Potężni mężczyźni.
Ciężary.
Pot.
Metal uderzający o podłogę.
Dla chłopaka było to fascynujące.
Najpierw przychodził grać w piłkarzyki.
Później pojawiły się automaty.
Flipper.
Wreszcie trening.
W Herkulesie ćwiczyli ludzie, którzy w warszawskim świecie siłowym mieli już wtedy mocne nazwiska.
Jednym z nich był Paweł Przedlacki.
To właśnie z nim Konrad zaczął poważniej ćwiczyć.
— Jadłem, spałem i trenowałem — wspominał.
Rezultaty przyszły błyskawicznie.
W tamtych czasach mężczyzna mający 185 centymetrów wzrostu uchodził za wysokiego.
Sto kilogramów robiło wrażenie.
Konrad jako bardzo młody człowiek miał ważyć około 120 kilogramów.
Nie uważał się za sportowca.
Nie interesowało go oglądanie zawodów.
Nie żył wynikami.
Lubił po prostu żelazo.
I lubił być silny.
Ta siła bardzo szybko zaczęła otwierać mu drzwi w miejscach, do których zwykły nastolatek nie miał dostępu.
Paradoksalnie Konrad przez pewien czas żył również zupełnie innym życiem.
Teatr.
Telewizja.
Rodzina miała związki ze światem artystycznym.
Jego babką była aktorka Olga Bielska.
Sam jako dziecko występował w teatrze młodzieżowym i miał epizody przed kamerą.
Pojawił się również w telewizyjnym projekcie „Paziowie króla Zygmunta”.

Mógł pójść w stronę sztuki.
Mógł zostać aktorem.
Ale ulica oferowała mu coś, czego scena nie dawała.
Pieniądze.
Pozycję.
Natychmiastowe uznanie.
— Tam zaczynałem być kimś — mówił później.
I z czasem teatr przegrał.
Mając około piętnastu lat, Konrad zaczął pracować na bazarze.
Różycki.
Warszawski handel lat osiemdziesiątych.
Kasety.
Towar z zagranicy.
Waluty.
Złoto.
Ludzie, którzy potrafili załatwić praktycznie wszystko.
To nie były jeszcze czasy klasycznych gangów znanych z lat dziewięćdziesiątych.
Autorytet budowało się inaczej.
Trzeba było znać ludzi.
Umieć z nimi rozmawiać.
Być przydatnym.
Konrad miał jedną ogromną przewagę.
Potrafił nawiązywać kontakty.
Dzięki rodzinie łatwo otrzymywał paszport.
Miał również dostęp do ambasad.
A paszport w PRL-u był czymś znacznie więcej niż dokumentem.
Był przepustką.
Koledzy potrzebowali wiz.
Konrad brał paszporty.
Po kilkanaście naraz.
Pieniądze do kieszeni.
Wchodził do ambasady.
Załatwiał formalności.
Po południu wracał z dokumentami.
Dzielili się zarobkiem.
Działało.
Jednocześnie obracał się w środowisku ludzi z warszawskich klubów i siłowni.
Herkules otworzył mu wiele drzwi.
Poznał ludzi związanych z bramkami klubowymi.
Hybrydy.
Remont.
Stodoła.
Interclub.
W tamtym świecie ogromny, młody i pewny siebie chłopak szybko stawał się użyteczny.
Zaczął pracować na bramkach.
Jednym z miejsc, które zapamiętał szczególnie, była sala Kongresowa.
Ochrona wielkich koncertów.
Tysiące ludzi.
A Konrad zauważył coś prostego.
Ludzie bez biletów byli gotowi płacić.
Zaczął ich wpuszczać.
Według własnej relacji brał od nich kwoty odpowiadające mniej więcej cenie biletu, dzielił się pieniędzmi z ludźmi pilnującymi wejść i wprowadzał kolejne osoby.
Dziesięć.
Potem następne.
I następne.
Tej nocy wydawało mu się, że znalazł genialny interes.
Dopiero następnego dnia zobaczył w telewizji zdjęcia z koncertu.
Sala była przepełniona.
I wtedy dotarło do niego, co naprawdę zrobił.
— Jakby wybuchł pożar…
Nie dokończył.
Po latach mówił o tym bez dumy.
Bo właśnie w takich chwilach zaczynał rozumieć coś, czego wtedy jeszcze nie chciał przyjąć.
Łatwe pieniądze miały cenę.
Ale w tamtym momencie pieniędzy było coraz więcej.
Konrad zaczął pojawiać się również przy bankach.
Cinkciarze.
Dolary.
Marki.
Kursy zmieniające się kilka razy dziennie.
Jedna pensja przeciętnego Polaka mogła wynosić równowartość kilkudziesięciu dolarów.
Konrad twierdził, że sam w dobry dzień potrafił zarobić między 80 a 120 dolarów.
Dziennie.
Dla młodego chłopaka była to fortuna.
Ale pieniędzy nie wydawał od razu.
— Kitrałem je. Szanowałem.
Obserwował starszych.
Uczył się.
Zaczął interesować się złotem.
Poznał jubilerów.
Handlarzy.
Ludzi stojących pomiędzy legalnym biznesem a szarą strefą.
Wreszcie zdecydował się zrobić coś, co odróżniało go od wielu znajomych.
Założyć legalną działalność.
Naprzeciwko Ministerstwa Rolnictwa przy ulicy Wspólnej otworzył sklep jubilerski i lombard.
Równolegle inni znajomi otwierali kantory.
Warszawa przeżywała finansową rewolucję.
Kto rozumiał waluty, złoto i różnice kursowe, mógł w krótkim czasie zarobić majątek.
Konrad pojechał również na kurs dotyczący złota dewizowego.
Tam poznał jubilera z Krakowa.
Starszy mężczyzna był pod wrażeniem jego praktycznej wiedzy.
Konrad potrafił oceniać monety.
Znał sposoby naprawiania uszkodzeń.
Rozumiał handel.
Jubiler powiedział mu:
— Pan może być Rockefellerem.
Początkowo Konrad potraktował to jak komplement.
Nie wiedział, że ten człowiek za chwilę otworzy mu drzwi, których praktycznie nikt inny wtedy nie miał.
Po zakończeniu kursu Konrad odwiedził jubilera w Krakowie.
Rozmawiali.
Wymieniali się wiedzą.
W pewnym momencie gospodarz podał mu dokument.
— Proszę podpisać.
— Co to jest?
— Niech pan podpisze. Zobaczy pan.
Konrad podpisał.
Wrócił do Warszawy.
Zapomniał.
Kilka tygodni później w jego lombardzie pojawiło się pismo.
Narodowy Bank Polski.
Zaproszenie na rozmowę.
Konrad nie rozumiał, czego bank może od niego chcieć.
Dopiero na miejscu usłyszał:
miał zezwolenie pozwalające mu legalnie obracać określonym złotem dewizowym z bankiem.
Według jego relacji przez pewien czas był jedną z zaledwie kilku osób posiadających takie możliwości.
Mówił nawet, że posiadał zezwolenie z numerem dwa.
I wtedy zauważył ogromną różnicę cenową.
Kupić na rynku.
Sprzedać do banku.
Różnica zostawała w kieszeni.
Pierwsza niewielka partia przyniosła zarobek.
Druga jeszcze większy.
Konrad i jego wspólnicy zaczęli skupować monety.
Więcej.
Jeszcze więcej.
Pieniądze rosły w tempie, którego wcześniej nie znał nawet z ulicy.
Przez pewien czas wszystko wyglądało perfekcyjnie.
Legalny biznes.
Złoto.
Bank.
Ogromne obroty.
Młody człowiek, który jeszcze niedawno chodził po bazarze, nagle obracał kapitałem nieosiągalnym dla większości Polaków.
A potem rynek się odwrócił.
Cena złota zaczęła spadać.
Konrad nie miał doświadczenia finansowego pozwalającego mu odpowiednio wcześnie rozpoznać zagrożenie.
Według jego wspomnień na światowy rynek trafiały duże ilości złota.
Wartość zapasów spadała.
Kapitał topniał.
W końcu biznes runął.
— Zbankrutowałem.
Nie częściowo.
Nie straciłem trochę.
Zbankrutowałem.
Człowiek, który chwilę wcześniej widział przed sobą legalną finansową przyszłość, nagle znów znalazł się niemal w punkcie wyjścia.
I wtedy pomyślał w sposób charakterystyczny dla środowiska, w którym dorastał:
skoro legalnie się nie udało…
trzeba wrócić na ulicę.
Wokół niego środowisko również się zmieniało.
Dawni znajomi z klubów, bazarów, gier i cinkciarskich punktów zaczynali tworzyć nowe struktury.
Niektóre z nich zostaną później nazwane gangami.
W Pruszkowie rosła grupa ludzi, których nazwiska będą przez lata pojawiać się w gazetach.
Konrad znał część z nich jeszcze z wcześniejszych czasów.
Masę.
Kiełbasę.
Pershinga.
Ale po latach bardzo mocno podkreślał jedną rzecz.
— Nie byłem członkiem pierwszego składu Pruszkowa.
Byłem przy tych ludziach, kiedy ta grupa powstawała.
To nie to samo.
Według niego późniejsze relacje często wrzucały wszystkich znajomych tego środowiska do jednego worka.
Tymczasem granice były bardziej płynne.
Ktoś grał razem.
Ktoś pożyczał pieniądze.
Ktoś obracał walutą.
Ktoś pomagał przy interesie.
To jeszcze nie oznaczało formalnego członkostwa.
Konrad pozostawał blisko.
Ale starał się działać po swojemu.
— Wilki polują w stadzie — mówił.
— Ale w stadzie też się zagryzają.
Jednym z jego źródeł dochodu stała się lichwa.
Pożyczki.
Duże pieniądze.
Długi.
Ludzie, którzy czasem bardziej bali się wierzyciela niż policji.
Równocześnie Konrad miał obracać pieniędzmi należącymi do ludzi związanych z Pruszkowem.
Kupował dla nich dolary.
Zarabiał na różnicy kursowej.
Pieniądze przechodziły przez jego ręce.
A pieniądze zawsze oznaczały konflikty.
Pojawiło się również spięcie z Pershingiem.
Według Konrada powodem były rozliczenia i informacje przekazywane przez osoby trzecie.
Nie doszło jednak do wojny.
— Pokłóciliśmy się.
Tyle.
Po latach mówił o tym niemal z irytacją, bo internetowa legenda lubi zamieniać każdą sprzeczkę gangsterów w próbę zabójstwa.
Rzeczywistość bywała bardziej banalna.
A czasami znacznie bardziej niebezpieczna.
Konrad był już poszukiwany.
Ukrywał ludzi.
Pożyczał samochody znajomym ściganym przez policję.
Obracał pieniędzmi.
Znał złodziei samochodowych.
Bywał w miejscach, w których każdy znał każdego.
I wtedy jedna zwykła decyzja uruchomiła lawinę.
Pojechał na spotkanie z człowiekiem nazywanym Bolkiem.
Ten miał być specjalistą od kradzionych samochodów.
Według późniejszej relacji ktoś przekazał policji informację.
Funkcjonariusze ruszyli.
Spóźnili się.
Konrad zdążył wyjechać.
Ale popełnił jeden błąd.
Wrócił.
Po marynarkę.
I kosmetyczkę.
Wtedy policjanci go dopadli.
Samochód został przeszukany.
Znaleziono rzeczy, których w takim momencie nikt nie chciał mieć obok siebie.
Narzędzia kojarzone z kradzieżami samochodów.
Nalepki.
Amunicję.
Broń.
Konrad wiedział, że nie jest sam w tej historii.
Byli ludzie, których nazwiska mógł podać.
Nie zrobił tego.
Trafił do zatrzymania.
Potem ruszyły telefony.
Znajomi.
Kontakty.
Według jego relacji jeden z wpływowych ludzi pomógł mu odzyskać wolność.
Brak jego odcisków na części zabezpieczonych przedmiotów również miał działać na jego korzyść.
Ale prokurator nie pozostawił złudzeń.
To nie był koniec.
To była przerwa.
— Ma pan czterdzieści osiem godzin.
Konrad zrozumiał.
Jeśli zostanie w Polsce, następny nakaz może oznaczać areszt.
Spakował się.
Niemcy.
Był rok 1992.
Do tego momentu jego życie wyglądało już jak kilka różnych biografii sklejonych w jedną.
Dziecko z bogatego domu.
Młody aktor.
Chłopak z Herkulesa.
Potężny bramkarz.
Człowiek z bazaru.
Cinkciarz.
Jubiler.
Lombardzista.
Posiadacz wyjątkowego zezwolenia na obrót złotem.
Bankrut.
Lichwiarz.
Człowiek obracający się obok przyszłych gangsterów Pruszkowa.
I wreszcie uciekinier jadący do Niemiec.
Konrad Bogusławski po latach powiedział jednak coś najważniejszego.
Kiedy ludzie słuchają historii z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, często słyszą tylko:
drogie samochody.
pieniądze.
kluby.
kobiety.
gry.
nocne życie.
Ludzi bez strachu.
Ale on pamiętał coś zupełnie innego.
— Nic w tym nie było fajnego.
Bo za każdym razem, kiedy ktoś zarabiał błyskawicznie pieniądze, gdzieś obok był człowiek gotowy mu je odebrać.
Za każdym razem, kiedy ktoś zaczynał być „kimś”, pojawiał się ktoś silniejszy.
A człowiek mógł zginąć za rzecz, która następnego dnia nie miała już żadnego znaczenia.
Dlatego gdy po latach pytano Konrada Bogusławskiego, czy uważa swoje życie za fascynujące, odpowiadał inaczej:
— Nie jestem ciekawą postacią.
— Jestem postacią tragiczną.
I w 1992 roku ta tragedia dopiero zaczynała się naprawdę.
Bo po wyjeździe do Niemiec miały nadejść wydarzenia, które połączą jego historię z ludźmi Pruszkowa, Szczecina i światem, w którym jeden błąd potrafił kosztować znacznie więcej niż wszystkie zarobione wcześniej pieniądze.



