17 stycznia 2011 roku.
Kraków.
Dzielnica Kurdwanów.
Godziny poranne.
Tomasz „Człowiek” C. wychodzi ze swojego mieszkania.
To miał być zwykły dzień.
Miał zawieźć czteroletniego syna do przedszkola.
Jego partnerka była w zaawansowanej ciąży.
Za kilka miesięcy rodzina miała się powiększyć.
Ale tego dnia Tomasz wychodzi sam.
Wsiada do srebrnego Audi.
Nie wie jeszcze, że ktoś już czeka.
Od początku drogi za jego samochodem jedzie inne Audi.
Obserwuje.
Śledzi.
Człowiek prawdopodobnie zauważa zagrożenie.
Przyspiesza.
Próbuje uciec.

Wtedy pojawia się drugi samochód.
Jeep z ogromną siłą uderza w bok jego auta.
Audi traci kontrolę.
Samochody rozbijają się.
Ale to nie jest zwykły wypadek.
To początek egzekucji.
Człowiek ledwo wydostaje się z samochodu.
I wtedy ruszają na niego.
Kilkunastu ludzi.
Maczety.
Noże.
Siekierki.
Pałki.
Mężczyzna próbuje uciekać pomiędzy blokami Kurdwanowa.
Kamery rejestrują dramatyczną scenę.
Ranny człowiek biegnie.
Upada.
Wstaje.
Próbuje znaleźć schronienie.
W końcu dociera do samochodu komunalnego.
Śmieciarki.
Chce się ukryć.
Ale napastnicy dopadają go ponownie.
Nie dają mu szans.
Według ustaleń biegłych Tomasz otrzymał dziesiątki ciosów.
Niektóre zadane miały być ostrymi narzędziami.
Mimo przyjazdu ratowników jego życia nie udało się uratować.
Zmarł na miejscu.
Miał 32 lata.
Człowiek, którego w krakowskim środowisku kibicowskim znali niemal wszyscy, zginął w sposób, który pokazał skalę wojny toczącej się na ulicach miasta.
Ale żeby zrozumieć, dlaczego ktoś zdecydował się na tak brutalny atak…
trzeba cofnąć się o wiele lat.
Do Krakowa.
Miasta, które miało swoją własną historię przestępczości.
Kraków zawsze różnił się od Warszawy.
Podczas gdy stolica kojarzyła się z bombami, strzelaninami i wielkimi strukturami mafijnymi, Kraków przez lata miał własne zasady.
Tutaj konflikty często rozwiązywano inaczej.
Bliżej ulicy.
Bliżej stadionów.
Bliżej grup kibicowskich.
Już w latach osiemdziesiątych krakowscy chuligani zyskali reputację ludzi, którzy często używali broni białej.
Noży.
Tasaków.
Później nawet maczet.
To właśnie dlatego Kraków przez lata otrzymał ponurą łatkę.
Miasta noży.
A później miasta maczet.
Symbolika broni stała się częścią ulicznej kultury.
Na murach pojawiały się graffiti.
Naklejki.
Prowokacje wymierzone w przeciwników.
Wrogie grupy przypominały sobie nawzajem o dawnych ofiarach.
To nie była już tylko rywalizacja sportowa.
Z czasem za barwami klubów zaczęły pojawiać się pieniądze.
W Krakowie istniały również klasyczne grupy przestępcze.
Jedną z pierwszych ważnych postaci był Jacek M., pseudonim „Marchewa”.
Pochodził z robotniczej Nowej Huty.
Zaczynał od drobnych kradzieży.
Włamań do piwnic.
Później zajmował się fałszowaniem dokumentów.
Z czasem miał stworzyć własne struktury związane między innymi z agencjami towarzyskimi.
U jego boku pojawił się Zbigniew E., pseudonim „Pyza”.
Początkowo człowiek Marchewy.
Później samodzielny gracz.
Współpracując z Januszem T., pseudonim „Krakowiak”, stworzył własną pozycję w krakowskim półświatku.
Ale prawdziwa siła miała później wyjść ze środowiska stadionowego.
Wisła.
Cracovia.
Dwie strony jednego miasta.
Od końca lat osiemdziesiątych grupy związane z dwoma klubami zaczęły coraz bardziej się organizować.
Wisła Sharks.
Jude Gang związany z Cracovią.
Nazwy klubowe były tylko początkiem.
W rzeczywistości chodziło o wpływy.
Narkotyki.
Pożyczki na procent.
Agencje towarzyskie.
Kontrolowanie terenów.
Kraków był idealnym miejscem.
Miasto turystyczne.
Studenckie.
Pełne pieniędzy.
Każda dzielnica mogła oznaczać nowy rynek.

Każdy lokal — nowe źródło dochodu.
Dlatego wojna trwała latami.
I była brutalna.
Tomasz C. urodził się 3 grudnia 1978 roku.
Od młodych lat był związany z Cracovią.
Dla wielu ludzi ze środowiska był symbolem oddania klubowi.
Trenował sporty walki.
Miał warunki fizyczne.
Charakter.
Szybko awansował w hierarchii kibicowskiej.
Zdjęcia z tamtych lat pokazywały go wśród ludzi związanych z Cracovią oraz zaprzyjaźnionymi ekipami.
Między innymi Arką Gdynia.
W środowisku wszyscy znali go po pseudonimie od nazwiska.
Człowiek.
Nie był jednak wyłącznie kibicem.
Według policji miał być jednym z liderów grupy Jude Gang.
Oficjalnie pracował jako trener kickboxingu.
Miał również plany prowadzenia sklepu z pamiątkami klubowymi.
Jednocześnie śledczy wskazywali, że jego działalność miała obejmować również przestępcze interesy.
W 2007 roku Tomasz został ojcem.
Narodziny syna zmieniły jego życie prywatne.
Miał rodzinę.
Odpowiedzialność.
Powód, aby odejść od ulicznego świata.
Ale według służb jego pozycja w środowisku nadal rosła.
Był człowiekiem, którego inni słuchali.
A w świecie grup przestępczych szacunek często oznacza również wrogów.
Rok 2010.
Wojna Krakowa osiąga nowy poziom.
Dochodzi do zamachu na Krzysztofa R., jednego z ludzi związanych z Wisłą Sharks.
Wieczór.
Wola Justowska.
Mężczyzna wychodzi z luksusowego mieszkania.
Gdy zbliża się do samochodu, zostaje zaatakowany.
Obrażenia są bardzo poważne.
Według relacji jeden z ciosów powoduje ciężkie obrażenia ręki.
Mężczyzna przeżywa.
Lekarze ratują jego życie.
Ale dla obu stron konfliktu jest to jasny sygnał.
Wojna nie skończy się na groźbach.
Ktoś będzie musiał odpowiedzieć.
17 stycznia 2011 roku odpowiedź przychodzi.
Ofiarą zostaje Tomasz „Człowiek” C.
Według relacji atak przygotowano dokładnie.
Samochód śledzący.
Uderzenie Jeepem.
Grupa napastników.
Broń biała.
Brutalność, która wstrząsa nawet ludźmi przyzwyczajonymi do ulicznych porachunków.
Pracownicy firmy komunalnej widzą całe zdarzenie.
Jeden z nich dzwoni po pomoc:
— Proszę przysłać karetkę, bo napadają chłopaka… mają siekiery, widły.
W tym samym czasie Tomasz, będąc już ciężko ranny, ma zadzwonić do swojej partnerki.
Informuje ją, że został zaatakowany.
Że umiera.
Kobieta zawiadamia policję.
Ale pomoc przychodzi za późno.
Śledztwo pokazuje skalę całej operacji.
Według ustaleń w ataku miało uczestniczyć około dwudziestu osób bezpośrednio oraz kolejne osoby pomagające logistycznie.
Część podejrzanych miała opuścić kraj.
Pierwszy proces rozpoczął się kilka lat później.
W 2013 roku zapadły pierwsze wyroki.
Kolejne osoby były skazywane w następnych postępowaniach.
Finał sprawy przypadł na 2018 rok.
Sądy skazały ostatnich oskarżonych.
Śmierć Tomasza „Człowieka” C. stała się symbolem końca pewnej epoki.
Pokazała, że konflikty kibicowskie dawno przestały być wyłącznie walką o barwy.
Za hasłami klubowymi kryły się interesy.
Pieniądze.
Wpływy.
Rynek.
I właśnie dlatego zwykła wojna dwóch grup mogła zamienić się w brutalną walkę o życie.
Tomasz miał swoich zwolenników.
Ludzi, którzy wspominali go jako charyzmatycznego i lojalnego człowieka.
Ale miał również przeciwników.
Bo świat, który wybrał, działał według jednej zasady:
im wyżej ktoś stoi…
tym więcej osób chce zobaczyć jego upadek.
Człowiek zdobył pozycję.
Zdobył respekt.
Stał się jednym z symboli krakowskiej ulicy.
Ale w świecie, gdzie odpowiedzią na każdy cios jest kolejny cios…
największy szacunek często nie chroni przed śmiercią.



