Magdalena pod Warszawą, 6 marca 2003 roku, godzina 5:40. To, co miało być rutynową akcją zatrzymania niebezpiecznych przestępców, przerodziło się w najkrwawszy epizod walki z polską mafią w XXI wieku. Dwaj najbardziej poszukiwani gangsterzy w kraju – Robert Cieślak ps.
Cieluś i Igor Pikus – nie mieli zamiaru oddać się w ręce policji. Zamiast tego zamienili wynajęty dom w Magdalence w twierdzę, która na zawsze zapisze się w historii polskiej kryminalistyki jako miejsce, gdzie zginęło dwóch funkcjonariuszy, a siedemnastu innych odniosło rany. To była wojna, którą Cieluś wypowiedział państwu, i którą przegrał, ale ceną, jaką zapłaciły służby, okazała się druzgocąca.
Robert Cieślak, zanim stał się synonimem bezwzględności, był chłopakiem z Piastowa, dzielnicy, która w latach 90. uchodziła za jeden z najbardziej niebezpiecznych zakątków Warszawy. Urodzony w 1975 roku, wychowywał się przy ulicy Wysockiego, na osiedlu nazywanym “Piastowskim Kwadratem”.
Sąsiedzi wspominają go dziś jako osobę elokwentną, sympatyczną, stroniącą od alkoholu i używek, z zamiłowaniem do zwierząt. Ta schizofrenia – kulturalny młodzieniec o uśmiechu, który mógłby sugerować niewinność – kontrastowała z drogą, jaką obrał. Na początku lat 90.
Cieślak wciągnął się w handel elektroniką z Zachodu, co było wówczas jednym z najpopularniejszych źródeł dochodu dla początkujących przestępców. Jego wspólnik, Jacek, zajmował się transportem sprzętu z Niemiec, podczas gdy Cieślak miał go sprzedawać na miejscu. Gdy Jacek zażądał rozliczenia, Cieślak zwlekał, a następnie wyznaczył termin spotkania, z którego jego wspólnik już nigdy nie wrócił.
Kilka tygodni później ciało Jacka, bez głowy, odnaleziono w lesie pod Żyrardowem. Świadkowie początkowo wskazali Cieślaka jako zabójcę, ale szybko wycofali zeznania – zastraszeni. To było pierwsze morderstwo, które przypisuje się Cielusiowi, choć nigdy nie został za nie skazany.
Kariera Cieślaka nabrała tempa, gdy poznał Jerzego B. ps. Julia, człowieka związanego z gangiem wołomińskim, filtrowanym przez Mariana Klepackiego ps.
Klepak i Ludwika D. ps. Ludek.
To właśnie Julia dostrzegł w Cieślaku potencjał i zaczął go wprowadzać w świat poważnej przestępczości. Razem zaczynali od kradzieży samochodów, by szybko przejść do napadów rabunkowych. Wokół siebie zgromadzili grupę ludzi z Piastowa – znajomych z dzieciństwa, kolegów z siłowni, ludzi, którym ufali bezgranicznie.
Gdy w grudniu 1997 roku zastrzelono ich protektora, Malarza, gangsterzy z Piastowa nawiązali współpracę z Andrzejem K. ps. Kikir, liderem gangu markowskiego.
To właśnie Kikir, widząc po raz pierwszy umięśnionych, młodych mężczyzn z Piastowa, miał wypowiedzieć słowa, które przeszły do historii: “Niezłych mam mutantów”. Tak narodził się Gang Mutantów – grupa, która miała terroryzować nie tylko konkurencję, ale i całą aglomerację warszawską.
Mutanci, dowodzeni przez Cieślaka, Julię i Igora Pikusa – Białorusina podającego się za byłego żołnierza specnazu – szybko zdobyli reputację najbardziej bezwzględnych przestępców w Polsce. Ich specjalnością stały się napady na kantory i jubilerów. W marcu 1998 roku zrabowali blisko 150 tysięcy złotych, a 24 listopada 1999 roku przeprowadzili napad, podczas którego zastrzelono właściciela kantoru i zegarmistrza, zdobywając około 100 tysięcy złotych w różnych walutach oraz markowe zegarki.
Kikir był dumny ze swoich “ochroniarzy”, ale nie zdawał sobie sprawy, że wkrótce to on stanie się ich celem. Konflikt wewnątrz gangu narastał, a iskrą zapalną było porwanie dla okupu syna biznesmena Tadeusza W. W lipcu 2000 roku Mutanci porwali 17-letniego Kamila, żądając miliona dolarów okupu.
Po 24 dniach negocjacji, w które zaangażowany był Krzysztof Rutkowski, chłopak został uwolniony po wpłaceniu około 100 tysięcy dolarów. Kikir, wściekły, że Mutanci działali na własną rękę, postanowił ich ukarać. To był wyrok śmierci dla niego samego.
23 września 2000 roku, gdy Kikir wracał z wesela w miejscowości Emilianów, Cieluś, Pikus i dwóch innych członków gangu zajechało mu drogę i otworzyło ogień z broni automatycznej. Postrzelony Kikir trafił do szpitala na Szaserów, czując się bezpiecznie pod opieką policji. Mutanci jednak nie odpuścili.
Zwerbowali Alika, ukraińskiego płatnego mordercę działającego w lubelskim gangu Andrzeja P. ps. Persz.
Alik, przebrany za księdza, wszedł do szpitala i z broni z tłumikiem zastrzelił Kikira. To morderstwo ugruntowało pozycję Mutantów jako grupy, która nie cofnie się przed niczym, nawet przed zamachem w szpitalu pod okiem funkcjonariuszy.
Po śmierci Kikira Gang Mutantów wszedł w konflikt z gangiem mokotowskim, jednym z najpotężniejszych w Warszawie. Powodem były interesy narkotykowe. Alik, który wykonał wyrok na Kikirze, otrzymał zlecenie na Andrzeja H.
ps. Korek, lidera mokotowskiego gangu. Podczas libacji alkoholowej Alik, podpuszczony przez towarzyszy, zadzwonił do Koreka i oznajmił mu, co planuje.
19 kwietnia 2001 roku Alik został zastrzelony pod własnym blokiem na Woli. W odwecie Mutanci porwali i zamordowali dwóch gangsterów z Piaseczna, Jacka P. ps.
Postek i Tomasza R. ps. Max, którzy zostali wywiezieni do lasu i brutalnie zabici.
Wojna między gangami pochłaniała kolejne ofiary, a Cieluś zyskiwał coraz bardziej mroczną legendę. Mówiono, że to on osobiście zastrzelił Tomasza S. ps.
Komandos, lidera młodego Żoliborza, choć nigdy tego nie potwierdzono.
Przełomowym momentem w działalności gangu była strzelanina w Parolach, do której doszło 23 marca 2003 roku. Dzień wcześniej Mutanci napadli na ciężarówkę przewożącą elektronikę wartą około miliona złotych, porzucając ją na placu w miejscowości Parole. Policja otrzymała anonimowe zgłoszenie o porzuconym pojeździe i wysłała patrol, który rozpoczął zabezpieczanie towaru.
Wtedy na miejscu pojawili się gangsterzy, przekonani, że konkurencja próbuje ukraść ich łup. Wjechali na plac i od razu otworzyli ogień. Pomimo krzyków funkcjonariuszy: “Jesteśmy z policji!”
, usłyszeli w odpowiedzi: “My też!” W wyniku strzelaniny zginął podkomisarz Mirosław Żak, postrzelony w twarz, a ranny został Igor Pikus. To morderstwo policjanta stało się punktem zwrotnym – sprawa otrzymała status priorytetowy, a Gang Mutantów został otoczony przez obławę na niespotykaną dotąd skalę.
Po wydarzeniach w Parolach Mutanci zeszli do podziemia. Cieluś i Pikus wybrali dom w Magdalence, który wynajęli, widząc ogłoszenie w gazecie. Zamienili go w fortecę: zgromadzili pistolety, karabiny maszynowe, granaty, a nawet miny, które Pikus rozmieścił wokół posesji.
Wiedzieli, że za śmierć policjanta czeka ich obława i że nie mają nic do stracenia. Policja, dzięki intensywnej inwigilacji, ustaliła ich kryjówkę. W nocy z 5 na 6 marca 2003 roku antyterroryści rozpoczęli akcję.
Gdy tylko zbliżyli się do posesji, zostali ostrzelani. W momencie wtargnięcia do budynku eksplodowały bomby-pułapki wypełnione gwoździami i ostrymi przedmiotami. Bitwa trwała całą noc.
Ostatecznie Cieluś i Pikus zginęli, ale nie od kul – zaczadzili się w wyniku pożaru, który wybuchł podczas wymiany ognia. Straty po stronie policji były ogromne: zginął podkomisarz Dariusz Marciniak oraz komisarz Marian Szczucki, który dowodził akcją. Siedemnastu innych funkcjonariuszy odniosło rany, a wielu z nich przeszło traumę, która zakończyła ich kariery zawodowe.
Śmierć Cieślaka w Magdalence nie zakończyła jednak historii Gangu Mutantów. Wielu jego członków zostało aresztowanych w kolejnych miesiącach, ale część uniknęła sprawiedliwości. Jacek K.
ps. Kalbar, który zaginął po strzelaninie w Parolach, do dziś widnieje na liście osób poszukiwanych – jego ciała nigdy nie odnaleziono, a według nieoficjalnych informacji to sam Cieluś miał go zastrzelić, obawiając się, że Kalbar mógłby współpracować z policją. Podobny los spotkał Sebastiana S.
ps. Sopel, którego ciało znaleziono na pruszkowskim złomowisku wraz ze zwłokami Piotra J. ps.
Krajniak. Gang Mutantów, który przez lata siał postrach w całej Warszawie, rozpadł się, ale jego legenda – legenda o bezwzględnym Cielusiu, który nie bał się nikogo i niczego – przetrwała. Robert Cieślak, człowiek, który zaczynał od kradzieży elektroniki, a skończył jako dowódca jednej z najbardziej brutalnych organizacji przestępczych w Polsce, udowodnił, że jego pseudonim nie wziął się znikąd.
Był mutantem – w sensie dosłownym i przenośnym – odmieńcem, który wymknął się spod wszelkich norm, zasad i ludzkich odruchów. Jego śmierć w zadymionej piwnicy w Magdalence była finałem, który mógł przewidzieć tylko on sam – brutalnym, chaotycznym i pozbawionym jakiegokolwiek honoru, którym tak bardzo chciał się szczycić.



