Podoba mi się. Chciałabym tu mieszkać – powiedziała synowa. Proszę bardzo, czekam na was – odpowiedziałem. A potem urządziłem im takie życie, że w końcu sami spakowali walizki i się wyprowadzili.

Jesień zawsze najbardziej pasowała mi do tego domu. Latem ogród był za głośny od ptaków, kosiarek i dzieci sąsiadów. Zimą wszystko zamierało. Jesienią robiło się spokojnie, liście z jabłoni spadały na trawnik, a powietrze pachniało wilgotną ziemią.
Mieszkałem tu od ponad trzydziestu lat. Zwykły piętrowy budynek z garażem, małym ogrodem i warsztatem z tyłu. Pół życia coś poprawiałem: raz dach, raz schody, potem taras. Moja żona zawsze się śmiała, że gdybym kiedyś skończył wszystkie remonty, pewnie zacząłbym rozbierać dom od początku, żeby mieć zajęcie.
Nie doczekała tego. Od kilku lat mieszkałem sam. Ludzie pytali, czy nie jest mi smutno w takim dużym domu. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Owszem, brakowało mi żony. Nie było dnia, żebym o niej nie pomyślał. Ale nie siedziałem od rana do wieczora i nie patrzyłem w ścianę. Miałem ogród, warsztat, sąsiadów, kilku starych znajomych.
W czwartki chodziłem na basen, w soboty na targ po warzywa. Samotność to jedno, spokój to zupełnie co innego. Tamtej niedzieli sprzątałem liście przy furtce, kiedy zobaczyłem samochód Pawła. Zaparkował przed domem, wysiadł razem z Ewą.
O, proszę, kontrola niezapowiedziana. Paweł się roześmiał. Dzwoniłem rano. Normalni ludzie w niedzielę śpią, ty nie, dlatego odebrałeś.
Ewa pocałowała mnie w policzek. Przywieźliśmy sernik. Już brzmi poważnie. Z tej cukierni, którą lubisz.
W takim razie możecie wejść. Poszliśmy do kuchni. Zaparzyłem kawę, Ewa rozpakowała sernik. Przez pół godziny rozmawialiśmy o zwyczajnych rzeczach: korki, praca, półka, którą zrobiłem do garażu.
Dopiero później zauważyłem, że oboje robią się dziwnie poważni. Paweł kręcił łyżeczką w filiżance, choć cukru nigdy nie używał. Tato, no – spojrzał na Ewę. To nie była zwykła niedzielna kawa.
Mamy trochę problemów z mieszkaniem. Właściciel chce podnieść czynsz. Dużo. Paweł podał kwotę, a ja gwizdnąłem cicho.
Ewa westchnęła. Opłaty, prąd, ogrzewanie, parking. Wszystko idzie w górę. Staramy się odkładać na swoje, ale stoimy w miejscu.
Kiwnąłem głową. Czasy były takie, jakie były. Po chwili ciszy Paweł odłożył filiżankę. Tato, może moglibyśmy pomieszkać u ciebie przez jakiś czas?
Nie odpowiedziałem od razu. Ewa szybko dodała: kilka miesięcy, może pół roku, żeby trochę odłożyć i spokojnie znaleźć coś swojego. Dom miał miejsca aż nadto. Dwie sypialnie na górze stały puste.
Paweł odchrząknął. Dokładalibyśmy się do rachunków i pomagali w domu. Oczywiście, powiedziałem. Ewa odetchnęła, ale zaraz znów spojrzała na Pawła.
Jest jeszcze jedna rzecz. Moja mama Teresa też ostatnio ma problemy. Właściciel mieszkania wspominał o sprzedaży. Gdyby kiedyś musiała się na jakiś czas przenieść…
Popatrzyłem na nią uważnie. Najpierw syn z żoną, potem być może jej matka. Duży dom, dużo pokoi, jeden starszy człowiek. Rachunek był prosty.
Zamiast powiedzieć nie ma mowy, nalałem sobie kawy. Dobrze. Skoro jesteśmy rodziną, spróbujmy. Ewa uśmiechnęła się tak szeroko, jakby właśnie dostała klucze.
Paweł wstał i klepnął mnie w ramię. Tato, uratowałeś nam życie. Bez przesady, macie gdzie mieszkać. Ustalaliśmy szczegóły.
Mieli przywieźć rzeczy w następny weekend. Kiedy odjeżdżali, stali przy furtce i wyglądali na wyraźnie lżejszych. Byli przekonani, że wszystko świetnie się ułożyło. Tylko jednej rzeczy żadne z nich nie zapytało.
Jak właściwie wygląda życie w moim domu. W następny piątek Paweł przyjechał z pierwszą partią rzeczy. Żadnej wielkiej przeprowadzki. Dwa kursy samochodem, kilka pudeł, walizki, komputer Ewy, trochę ubrań.
Stałem w przedpokoju i patrzyłem, jak taszczy kolejne pudło. Co tam masz? Cegły, książki. Po co wam tyle książek, skoro czytacie wszystko w telefonie?
Tato, pytam tylko. Ewa weszła za nim z torbą. Jeszcze dwa kursy i będzie wszystko. Wygląda jakbyście otwierali sklep, powiedziałem.
Paweł prychnął. Dałem im większy pokój gościnny na piętrze. Obok była mała sypialnia, której od lat nie używałem. Ewa od razu zaczęła się rozglądać.
Tu mogłabym pracować. Możesz. Tylko biurko trzeba przesunąć pod okno. Nie trzeba.
Tam byłoby więcej światła. Możliwe. I ten regał można przenieść do korytarza. Można, ale nie będziemy.
Paweł wszedł z pudłem. Już zaczynacie? Ja tylko mówię. Podeszła do okna.
Tutaj naprawdę przydałby się większy taras. Latem można by jeść na zewnątrz. A ty właściwie korzystasz z obu pokoi na dole? Korzystam z całego domu.
Pomyślałam tylko, że może kiedyś byłoby ci wygodniej przenieść się na górę. Podniosłem rękę. Nie, niczego nie przestawiamy. Przecież przyjechaliście mieszkać ze mną, a nie ja z wami.
Zapadła cisza. Ewa pierwsza się roześmiała. Dobrze, tylko myślałam na głos. Myśleć wolno.
I na tym temat się skończył. Wieczorem zamówili pizzę. Paweł otworzył piwo, Ewa rozpakowywała kosmetyki. Siedziałem w kuchni i słuchałem, jak po piętrze chodzą tam i z powrotem.
Dom brzmiał inaczej. Więcej kroków, więcej drzwi, więcej głosów. Nie przeszkadzało mi to. Jeszcze nie.
Następnego ranka obudziłem się o szóstej. O szóstej dziesięć byłem w łazience, o szóstej trzydzieści zszedłem na dół, podniosłem rolety i włączyłem radio. Nie głośno, normalnie, jak codziennie. Nastawiłem kawę, pokroiłem chleb, wyjąłem masło, ser, pomidory.
O siódmej siedziałem przy stole. Z góry nie dochodził żaden dźwięk. Spojrzałem na zegarek, pomyślałem chwilę. W końcu wstałem i zapukałem do ich drzwi.
Cisza. Zapukałem jeszcze raz. Pobudka, śniadanie stygnie. Ze środka dobiegł jęk.
Drzwi uchyliły się i pojawił się Paweł z włosami postawionymi we wszystkie strony. Tato, co jest? Sobota. No właśnie, szkoda soboty na spanie.
Patrzył na mnie, jakbym powiedział, że przed śniadaniem zamierzamy przebiec maraton. Kawa jest. Ja nie piję kawy o tej porze. To się nauczysz.
Za jego plecami pojawiła się Ewa w szlafroku. Co się dzieje? Tata zrobił śniadanie. Zeszli kilka minut później.
Ty naprawdę zawsze tak wcześnie wstajesz? Zawsze. My w weekendy śpimy do dziewiątej. To sporo dnia tracicie.
Tato, ludzie odpoczywają. Ja też odpoczywam po obiedzie. Po śniadaniu poszedłem do garażu. Paweł i Ewa wrócili na górę.
Około ósmej usłyszałem, że zeszli. Kiedy przechodziłem przez korytarz, usłyszałem szept Ewy: on przecież nie będzie tak codziennie. Paweł coś mruknął. Nie zatrzymałem się nawet.
Codziennie – odpowiedziałem z korytarza. W niedzielę śpię do wpół do siódmej. Pełny weekend pod jednym dachem zaczął się dla Pawła źle. Już w piątek wieczorem powiedział przy kolacji: jutro o piętnastej jest mecz.
Wiem. Oglądasz może końcówkę. A co robisz wcześniej? My robimy.
Jak to my? W sobotę o szóstej wstałem jak zwykle. Tym razem nie budziłem ich od razu. Człowiek powinien czasem dostać chwilę złudnej nadziei.
O siódmej trzydzieści zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i wyszedłem do garażu. Przygotowałem farbę, pędzle, papier ścierny i deski do ogrodzenia. Od dawna miałem to wszystko zaplanowane. O ósmej Paweł zszedł w dresie z telefonem w ręku.
Jest kawa? Jest. Położyłem przed nim parę roboczych rękawic. Co to?
Rękawice. Ogrodzenie samo się nie pomalować. Tato, ja chciałem odpocząć. Odpoczniesz, jak skończymy.
Ale ja cały tydzień pracuję. Ja też kiedyś pracowałem, a w sobotę robiłem przy domu. Synu, sam mówiłeś, że będziemy sobie pomagać. Ewa zeszła kilka minut później.
Co robicie? Rodzinny dzień gospodarczy. Jaki dzień? Dla ciebie też coś mam.
Zaprowadziłem ją do spiżarni. Trzeba przejrzeć daty, posegregować słoiki, zrobić miejsce na nowe rzeczy. Ewa rozejrzała się. Wszystko?
Nie, to byłoby za łatwe. Potem pomożesz mi wynieść pudła z piwnicy. Tadeusz, ty to planowałeś od miesiąca? Oczywiście.
A nie mogłeś przełożyć? Mogłem. Zrobiła pauzę. I nie przełożyłem.
Pracowaliśmy do południa. Paweł szlifował i malował ogrodzenie, narzekając mniej więcej co dziesięć minut. Tato, ta farba śmierdzi. Farba ma pachnieć?
Mogłaby mniej. Następnym razem kupimy waniliową. Ewa zrobiła porządek w spiżarni szybciej, niż się spodziewałem. Potem zeszła ze mną do piwnicy.
Przy trzecim pudle zapytała, co tam jest. Kabel. Całe pudło kabli. Przydadzą się.
Jak będą potrzebne, to ci powiem. Po południu zrobiłem prosty obiad. Paweł spojrzał na zegarek. Mecz za godzinę.
To świetnie. Czyli koniec. Czego? Wyszedłem do ogrodu i wskazałem stertę liści.
Jeszcze to. I gałęzie przy jabłoni. Mecz jest nagrany. To nie to samo.
Oczywiście, że nie. Nagraniu możesz przewinąć reklamy. Ewa zaczęła się śmiać. Dostała grabie.
Przestała. Przez następne dwie godziny ogarnialiśmy ogród. Liście poszły do worków, gałęzie na stos. Paweł przenosił worki z ziemią i z każdym kolejnym wyglądał coraz mniej jak człowiek, który kilka dni wcześniej cieszył się z dużego domu.
Ja za to byłem w doskonałym humorze. Ale dobrze mieć rodzinę pod ręką – powiedziałem. Człowiek od razu szybciej wszystko robi. Paweł spojrzał spod kaptura.
Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie. Jeszcze nie skończyliśmy. Oczywiście, że nie. Wieczorem usiedliśmy w kuchni.
Paweł wyjął telefon. Zamówię pizzę. Po co wydawać? Zajrzałem do lodówki.
Został bigos. Paweł zastygł. Tato, jedliśmy go wczoraj. I dlatego dzisiaj jest jeszcze lepszy.
Później, kiedy szedłem korytarzem, usłyszałem ich rozmowę. Ewa mówiła ściszonym głosem: musimy jakoś ustalić granicę. Potem głos Pawła: my… jeszcze jedna pauza.
W jego domu. Uśmiechnąłem się pod nosem i poszedłem spać. Po dwóch tygodniach Paweł i Ewa zaczęli się przyzwyczajać. Paweł nauczył się, że jeśli chce obejrzeć mecz, najlepiej wcześniej zapytać, czy nie mam akurat w planach przycinania żywopłotu albo wynoszenia drewna.
Ewa urządziła sobie kącik do pracy przy starym biurku. I właśnie wtedy zadzwonił Rysiek, mój kuzyn. Rysiek potrafił rozmawiać dużo, długo, na każdy temat. Tadziu, mam sprawę.
Rura mi pękła w łazience. Fachowcy mówią, że dwa, trzy tygodnie. Sąsiadka patrzy na mnie jak na zbrodniarza, a kolega, u którego mieszkam, ma kawalerkę, kota i narzeczoną. Przyjedź do mnie.
Naprawdę? A czemu nie? Wieczorem powiedziałem o tym przy kolacji. Jutro przyjedzie Rysiek.
Paweł podniósł wzrok znad talerza. Jaki Rysiek? Mój kuzyn. Ewa przestała kroić kotleta.
Na kawę. Nie pomieszka z nami. Jak długo? Dwa tygodnie, może trochę dłużej.
U nas? U mnie. Paweł zakaszlał, żeby ukryć śmiech. Ale gdzie on będzie spał?
W małym pokoju. Ewa zawiesiła widelec. W tym, gdzie pracuję. Tak, ale ja tam pracuję.
Ewa, Rysiek jest tylko na dwa tygodnie. Przecież rodziny się nie wyrzuca. Spojrzała na mnie, potem na Pawła. Paweł nagle zainteresował się ziemniakami.
Rozpoznała własne słowa. Nie skomentowała. Rysiek przyjechał następnego dnia. Ledwo zdjął kurtkę, już zaczął: a pamiętacie, jak kiedyś człowiek jechał do rodziny i zawsze coś wiózł?
Kiełbasę, kawę, czekoladę. A teraz ludzie pytają o hasło do WiFi. Paweł wyszedł z salonu. Pierwszego ranka Rysiek wstał piętnaście po szóstej.
To akurat mi odpowiadało. Problem polegał na tym, że o szóstej dwadzieścia wszedł do łazienki i wyszedł prawie pół godziny później. Paweł stał w korytarzu z ręcznikiem. Wujek, jeszcze długo?
Już wychodzę, tylko się ogolę. On tam jest od pół godziny. Człowiek chce wyglądać porządnie. Ja mam spotkanie o ósmej.
To dobrze, że wstałeś wcześniej. Przy śniadaniu też nie było szybko. Rysiek jadł spokojnie i opowiadał: a pamiętacie, jak kiedyś masło było pakowane inaczej? Nie pamiętaliśmy.
To mu nie przeszkadzało. Temat zszedł na talony, oranżadę, kolejki przed sklepami. Ewa próbowała pracować, ale co chwilę słyszała: Ewa, a pamiętasz? W końcu odpowiedziała: Rysiek, ja się urodziłam dużo później.
No właśnie, to ja ci opowiem. W niedzielę usiedliśmy do śniadania. Rysiek zaczął od niewinnego zdania: a pamiętacie, jak pojechaliśmy maluchem na Mazury? Ja pamiętałem niestety.
Historia miała wszystko: fiata 126p, cztery osoby, namiot, zepsuty pasek klinowy, burzę, kanister benzyny, milicjanta i kurę na drodze. Po czterdziestu minutach Ewa przestała udawać, że czyta wiadomości. Po godzinie Paweł zaczął jeść szybciej. Rysiek dopiero dochodził do momentu, kiedy maluch zagotował się po raz drugi.
I wtedy mówię do Tadzia… Paweł wstał. Ja już skończyłem. Siadaj, najlepsze dopiero będzie.
Paweł spojrzał na zegarek. Muszę coś zrobić. Co? Rozejrzał się po kuchni.
Cokolwiek. Wziął kubek i wyszedł. Ja tylko się uśmiechnąłem i dolałem sobie kawy. Rysiek wyjechał w poniedziałek rano.
Paweł odprowadził go do furtki z miną człowieka, który żegna bardzo sympatycznego krewnego, ale przez następne pół roku wolałby go oglądać tylko na zdjęciach. Wpadnij kiedyś – powiedział pewnie. Kiedy samochód zniknął za rogiem, Ewa stanęła w kuchni i powiedziała: ale cicho. Nie przyzwyczajaj się – odpowiedziałem.
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Nic więcej nie powiedziałem. Kilka dni wcześniej spotkałem Bożenę w domu kultury. Prowadziła zajęcia dla ludzi po pięćdziesiątce.
Narzekała, że sala będzie zamknięta, bo remontują podłogę. Grupa się rozpadnie, jeśli przez miesiąc nic nie zrobimy. Ile osób? Osiem, czasem dziewięć.
Pomyślałem o podwórku. Przyjdźcie do mnie. Bożena się zatrzymała. Do ciebie?
A czemu nie? Z matami? Bez mat byłoby niewygodnie. Umówiliśmy się na wtorek i piątek rano.
We wtorek wstałem jak zwykle. Przed siódmą wyszedłem otworzyć furtkę. Zaczęli schodzić się ludzie. Siedem kobiet i jeden mężczyzna, każdy z matą.
Tadeusz, ty też ćwiczysz – oznajmiła Bożena. Ja tylko udostępniam teren. Nie ma takich numerów. Gospodarz daje przykład.
Przyniosłem stary koc, rozłożyłem go obok grupy. Bożena klasnęła. Plecy prosto. Właśnie wtedy na piętrze rozsunęły się zasłony.
Ewa stała w oknie. Najpierw patrzyła na mnie, potem na Bożenę, potem na osiem osób na matach. Pomachałem jej. Nie odmachała.
Kilka minut później zeszła na dół w swetrze narzuconym na piżamę. Tadeusz, co tu się dzieje? Joga dla kręgosłupa. Zapraszamy.
Ewa zamrugała. Tutaj? Tutaj jest świetnie. Powietrze, cisza, trawa.
W tym momencie sąsiad odpalił kosiarkę. Prawie cisza. Ty się na to zgodziłeś? Sam zaproponowałem.
Na jak długo? Dwa razy w tygodniu, dopóki nie skończą remontu. Westchnęła i wróciła do domu. Bożena uniosła brwi.
Synowa. Nie ćwiczy. Jeszcze o tym nie wie. Po chwili Paweł wyszedł ubrany do pracy.
Zobaczył nas i zwolnił. Próbował przejść bokiem przy płocie, jakby liczył, że nikt go nie zauważy. Bożena zauważyła. Panie Pawle, mamy wolną matę.
Paweł zatrzymał się. Dziękuję, ja do pracy. Pięć minut rozciągania nikogo nie spóźniło. Mnie może.
Spojrzał na mnie błagalnie. Tato, no chodź. Kręgosłup masz jeden. Tym bardziej trzeba o niego dbać.
Grupa się roześmiała. Paweł przyspieszył. Po zajęciach zaprosiłem wszystkich na herbatę. Czajnik, kubki, sok, herbatniki.
W ciągu dziesięciu minut kuchnia była pełna. Ktoś pytał o ogród, ktoś o przepis na nalewkę. Ewa zeszła po kawę i zatrzymała się w drzwiach. Jedna z kobiet przesunęła krzesło.
Proszę usiąść. Ewa usiadła. Nie wyglądała na zachwyconą, ale była zbyt dobrze wychowana, żeby odmówić. Paweł wrócił po południu.
Kiedy wszedł do kuchni, zapytał: Bożeny już nie ma? Nie, w piątek wróci. Zamarł. Wieczorem siedzieliśmy przy kolacji.
Dom znowu był cichy. Cieszę się, że dom znowu żyje – powiedziałem. Paweł spojrzał na Ewę, Ewa na Pawła. Jeszcze niedawno właśnie tego chcieli.
Dużego domu, rodziny pod jednym dachem. Tylko coraz wyraźniej widziałem, że każde z nas inaczej rozumiało słowo razem. Z Włodkiem znaliśmy się z dawnych czasów. Miał jedną rzecz, której nie odpuszczał od lat: akordeon.
Grał dobrze, naprawdę dobrze. Prowadził małą grupę w domu kultury. Spotkałem go przy sklepie. Tadziu, katastrofa.
Zamknęli nam salę. Instalacje robią trzy tygodnie. Pomyślałem chwilę. Salon miałem duży.
Przyjdźcie do mnie. Włodek spojrzał na mnie jakbym zaproponował orkiestrę dętą. Z akordeonami? Nie, z nartami.
Pytam poważnie. Ja też. Uśmiechnął się. Wieczorem powiedziałem o tym przy kolacji.
Od jutra Włodek będzie prowadził tu zajęcia z akordeonu. Ewa zakrztusiła się kawą. Paweł odłożył widelec. Z czego?
Z akordeonu. Tutaj, w salonie. Ilu ludzi? Włodek i trzech uczniów.
Cztery akordeony jednocześnie? Inaczej trudno prowadzić zajęcia grupowe. Kiedy? We wtorki i czwartki o osiemnastej.
I długo to potrwa? Dopóki nie otworzą sali. Pierwsze zajęcia zaczęły się punktualnie. Halina grała od pół roku, Mirek miał słuch, tylko ręce nie nadążały, a Zbyszek był przypadkiem osobnym.
Bardzo sympatyczny, bardzo zmotywowany i zupełnie niezdolny wejść w odpowiednim momencie. Ustawili krzesła w półkolu. Włodek usiadł naprzeciwko. Dzisiaj jeszcze raz, polka.
Pierwszy takt zabrzmiał przyzwoicie. Drugi gorzej. Przy trzecim wszedł Zbyszek, pół taktu za późno. Włodek przerwał.
Zbyszek, razem. Ja gram razem. Nie, ty grasz po nas. Ale słyszę was.
No właśnie. Za długo słyszysz. Wtedy Ewa zeszła na dół. Tadeusz, naprawdę muszą ćwiczyć tutaj?
A gdzie? Nie wiem, gdziekolwiek. Sala jest zamknięta, ale tutaj też ludzie mieszkają. Wiem.
I pracują. Wiem. Oparłem się o blat. Przecież mamy duży dom.
Jej twarz zmieniła się od razu. Sama mówiłaś, że szkoda, żeby tyle miejsca stało puste. Przez chwilę nic nie powiedziała. To nie to samo.
Dlaczego? Bo ja miałam na myśli… urwała. Co?
Nieważne. Po godzinie zajęcia się skończyły. Włodek był zachwycony. Akustyka jest świetna.
Paweł właśnie schodził po schodach. Usłyszał. Zatrzymał się na ostatnim stopniu. Naprawdę?
Naprawdę. Dźwięk się dobrze niesie. Włodek zaczął pakować nuty. Tadziu, jak tak dalej pójdzie, to przed Bożym Narodzeniem moglibyśmy zrobić tutaj mały koncert.
Jaki koncert? Domowy. Rodzina, znajomi, kolędy, może dwie polki. Paweł spojrzał na mnie.
Na jego twarzy widać było najpierw niedowierzanie, potem strach, a na końcu coś, co wyglądało już prawie jak pogodzenie się z losem. Borys pojawił się trochę przypadkiem. Jego właściciel, Stefan, szedł do szpitala na operację kolana. Tadziu, mam problem.
Z kolanem? Z psem. On jest zdrowy jak koń. I właśnie to jest problem.
Borysa znałem. Duży labrador, wiecznie zadowolony. Taki pies, który człowieka nie wita, tylko na niego wpada. Na jak długo?
Tydzień, może dziesięć dni. Przywieź. Paweł dowiedział się następnego dnia. Pies Borys.
Ten wielki? Nie wielki, tylko konkretny. Ewa spojrzała na mnie znad kubka. On będzie w domu?
A gdzie ma być, w garażu? Borys przyjechał po południu, wpadł do przedpokoju, obwąchał wszystkich, a potem złapał kapeć Pawła i pobiegł z nim do salonu. Ej! Boris uznał to za świetną zabawę.
Oddaj! Pies pobiegł w drugą stronę. Nie ganiaj go, jeszcze pomyśli, że to zabawa. On już tak myśli.
Wieczorem Borys położył się dokładnie na środku korytarza. Ewa próbowała przejść do łazienki. Borys, przesuń się. Spojrzał na nią, westchnął i nawet nie drgnął.
Tadeusz, on blokuje przejście. To go obejdź. Nie ma jak. Jest bokiem.
Pierwszy spacer przypadł oczywiście mnie. O szóstej rano Borys stał przy drzwiach ze smyczą w pysku. Skąd wiedział, że jest szósta? Nie mam pojęcia.
Może słyszał ekspres do kawy. Wróciliśmy po czterdziestu minutach. Borys napił się wody i przyniósł piłkę. Nie.
Położył mi ją pod nogi. Nie. Odepchnął piłkę nosem. Ty naprawdę nie rozumiesz tego słowa?
Machnął ogonem. Przy śniadaniu ustaliłem grafik. Poniedziałek ja, wtorek Paweł, środa Ewa. Paweł podniósł głowę.
Czego grafik? Spacerów o szóstej rano. Tato, przecież pomagamy sobie jak rodzina. Ewa zamknęła oczy.
Paweł spojrzał na nią. Nic nie mów. We wtorek o szóstej pięćdziesiąt zapukałem do ich drzwi. Paweł, Borys czeka.
Boże. Drzwi się otworzyły. Syn stał w dresie z twarzą człowieka, który nie pamięta, dlaczego wstał. Borys zobaczył smycz i oszalał z radości.
Spokojnie! Borys skoczył. Tato, on się cieszy, widzę. Następnego dnia Ewa wróciła po pół godzinie z rozwianymi włosami.
Ten pies ciągnie jak traktor. Ma energię. On ma silnik. I właśnie wtedy pojawił się Gucio.
Jego właścicielka wyjeżdżała na kilka dni i szukała kogoś, kto zajmie się papugą. Papuga była zielona, duża i bardzo rozmowna. Tylko trochę powtarza – uprzedziła mnie. To trochę okazało się dość szerokim pojęciem.
Postawiłem klatkę w salonie. Gucio pierwszego dnia słuchał, drugiego zaczął próbować. Najpierw nauczył się kawa gotowa. Ewa podskoczyła.
Kto to powiedział? Gucio. Papuga przekrzywiła głowę. Kawa gotowa.
Potem poszło szybko. Najczęściej słyszał mnie rano, więc powtarzał właśnie te zdania: pobudka, Paweł do roboty, drzwi zamknij. Najgorsze było to, że mówił je moim tonem. Pierwszy raz obudził wszystkich chwilę po szóstej.
Pobudka. Z góry dobiegło: tato? Siedziałem już w kuchni. To nie ja.
Paweł, do roboty! – krzyknął Gucio. Przy śniadaniu Paweł patrzył na papugę z niechęcią. Ten pies jest ciężki.
Lubi cię. A papuga też. Nie mam takiego wrażenia. Gucio spojrzał prosto na niego.
Drzwi zamknij. W tym momencie przez okno zobaczyłem Bożenę z grupą. O, joga – powiedziałem. Paweł znieruchomiał z kubkiem przy ustach.
Gucio nabrał powietrza. Pobudka. Paweł powoli odstawił kawę. Ewa, może jednak poszukamy mieszkania?
Kiedy Paweł po raz pierwszy powiedział, że może powinni poszukać mieszkania, Ewa od razu zaczęła liczyć. Czynsz, opłaty, prąd, internet, parking. Wyliczała przy kolacji. I znowu będziemy odkładać połowę tego, co teraz.
Paweł wzruszył ramionami. Ale będziemy mieli spokój. Ewa spojrzała na niego. Spokój kosztuje.
Już wiem. Siedziałem przy stole, jadłem kanapkę i słuchałem. Nie powiedziałem nic. Temat wrócił następnego ranka, tylko z innej strony.
Telefon Ewy zadzwonił podczas śniadania. Spojrzała na ekran. Mama. Wyszła do salonu.
Rozmawiała długo. Najpierw spokojnie, potem ciszej, a na końcu usłyszałem: mamo, nie wiem. Muszę porozmawiać z Pawłem i Tadeuszem. Ewa wróciła po kilku minutach.
Mama ma problem. Właściciel jednak sprzedaje mieszkanie. Dał jej trochę czasu, ale musi się wyprowadzić. Kiedy?
Za kilka tygodni. Paweł westchnął. Ewa zaczęła mówić ostrożnie. Ona szuka czegoś nowego, tylko ceny są straszne.
Pomyślałam, że może przyjechałaby na kilka dni, tak próbnie. Spojrzała na mnie, jakby spodziewała się długiej dyskusji. Oczywiście. Ewa zamrugała.
Naprawdę? Skoro mamy mieszkać jak jedna wielka rodzina, nie możemy zostawić twojej mamy samej. Paweł spuścił głowę. Widziałem, że zaciska usta.
Ewa nie wyglądała na tak zadowoloną, jak powinna. Tylko kilka dni – zaznaczyła. Teresa przyjechała w czwartek w południe. Nie miałem do niej nic.
Była uprzejmą, trochę nerwową, ale sympatyczną kobietą. Przywiozła torbę, małą walizkę i pudełko ciastek. W tym domu to już tradycja – powiedziałem. Pierwszego dnia wszystko było dobrze.
Drugiego odkryliśmy, że Teresa lubi telewizję bardzo. Wiadomości rano, serial po obiedzie, teleturniej wieczorem. A jeśli nic nie leciało, znajdowała powtórkę. Do tego dużo rozmawiała przez telefon.
Tak, jestem u Ewy. Warunki bardzo dobre. Duży dom, ogród też jest. Tadeusz bardzo samodzielny.
Słyszałem to z kuchni. Uśmiechnąłem się pod nosem. Najbardziej jednak Teresa interesowała się jedzeniem. Nie swoim, cudzym.
W piątek rano Paweł nalał sobie drugą kawę. Paweł, tyle kawy pijesz? Dwie rano? Tak.
Ja po drugiej już bym serce czuła. Po godzinie zrobił trzecią. Teresa spojrzała na kubek. Znowu.
Paweł zatrzymał się. To ostatnia. Ale po co ci tyle? Żeby nie zasnąć na stojąco.
Gucio się obudził. Kawa gotowa. Jakby tego było mało, tego dnia wszystko zbiegło się naraz. Borys od szóstej chodził ze smyczą.
Bożena przyszła z grupą. Włodek zadzwonił, że wieczorem zrobią dodatkową próbę, bo Zbyszek wreszcie prawie trafia. A Rysiek, który miał odebrać torbę z narzędziami, wpadł tylko na chwilę. Jego chwila trwała prawie godzinę.
A pamiętacie jak… Paweł spojrzał na mnie. Nie. Rysiek się roześmiał.
To opowiem. W kuchni Teresa tłumaczyła Ewie, że jogurt naturalny lepiej jeść rano niż wieczorem. Za oknem Bożena wołała: plecy prosto! Gucio krzyknął: Paweł, do roboty!
Borys przebiegł przez korytarz z czyjąś skarpetką. Stanąłem na środku tego wszystkiego i poczułem coś bardzo przyjemnego. Dom rzeczywiście żył pełną piersią. W sobotę rano powiedziałem przy śniadaniu: po południu robimy garaż.
Paweł powoli podniósł głowę. Jaki garaż? Porządki. Trzeba przejrzeć półki, wynieść złom, poukładać narzędzia.
Teresa dodała: bardzo dobrze, porządek musi być. Paweł nic nie odpowiedział. Wieczorem usiedliśmy do kolacji. Atmosfera była dziwnie oficjalna.
Paweł popatrzył na Ewę, Ewa kiwnęła głową. Tato – zaczął. Znaleźliśmy mieszkanie. Odłożyłem widelec.
Małe, dwa pokoje. Gdzie? Podali dzielnicę. Bliżej pracy Ewy.
To dobrze. Jest trochę droższe, niż chcieliśmy – ciągnął syn. Ale chyba damy radę. Ewa poprawiła włosy.
Doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy własnej przestrzeni. Popatrzyłem na jedno, potem na drugie. Własnej przestrzeni? Tak – powiedzieli prawie jednocześnie.
Pokiwałem głową. A przecież chcieliście mieszkać jak jedna wielka rodzina. Zapadła cisza. Ewa patrzyła w talerz.
Teresa zerknęła na córkę. Ja czekałem. Paweł wytrzymał może pięć sekund. Potem parsknął, spróbował się opanować, ale nie dał rady.
Zaczął się śmiać. Tato – powiedział, ocierając oczy. Dobra, wygrałeś. Ja?
Ty przecież nic nie zrobiłem. To rozśmieszyło go jeszcze bardziej. Wyprowadzali się w następną sobotę. Tym razem pudeł było więcej niż wtedy, kiedy się wprowadzali.
Nie wiem, jak to działa, ale człowiek przyjeżdża z pięcioma kartonami, a po kilku tygodniach wyjeżdża z dwunastoma. Skąd wy macie tyle rzeczy? Nie wiem. To bardzo dobra odpowiedź.
Tato, nie zaczynaj. Ja nic nie zaczynam, tylko obserwuję. Ewa pakowała kuchenne drobiazgi. Teresa siedziała przy stole i co kilka minut pytała, czy na pewno zabrali wszystko.
Ewa, ładowarka. Mam. Dokumenty? Mam.
Sweter? Mamo, mam wszystko. Pytam tylko. Paweł przechodząc szepnął: widzisz, to nie tylko ty.
Rodzina – odpowiedziałem. Spojrzał na mnie groźnie, ale się uśmiechnął. Borys wrócił już do Stefana. Kolano goiło się dobrze, choć Stefan twierdził, że po dziesięciu dniach bez psa odzwyczaił się od szukania kapci.
Gucio natomiast został. Jego właścicielka zadzwoniła i powiedziała, że skoro papuga tak dobrze się u mnie czuje, może zostać jeszcze trochę. Nie protestowałem. Paweł protestował za nas obu.
Jeszcze trochę? Ile? Nie wiem. Tato, on mówi twoim głosem.
To znaczy, że ma dobry słuch. Gucio od razu zawołał: Paweł, do roboty. Uznałem temat za zamknięty. W dniu przeprowadzki pomagałem normalnie.
Zniosłem dwa cięższe pudła, rozkręciłem regał Ewy, dałem Pawłowi starą składaną drabinę. Weź, w mieszkaniu zawsze się przyda. Ale to twoja. Mam drugą.
Dołożyłem pudełko z narzędziami. Paweł zajrzał do środka. Młotek, kombinerki, śrubokręty, poziomica. Po co mi poziomica?
Żebyś nie wieszał obrazów krzywo. Ja nie wieszam obrazów. Ewa będzie. Ewa wychyliła się z korytarza.
Będę. Widzisz? Paweł pokręcił głową. Kiedy ostatni karton znalazł się w samochodzie, stanęliśmy przy furtce.
Teresa miała pojechać z nimi obejrzeć nowe mieszkanie, a później wrócić do wynajętego pokoju niedaleko córki. Ewa wyglądała na zmęczoną, ale jakoś lżej. Tadeusz – powiedziała. Dziękuję, że mogliśmy tu zostać.
Nie ma za co. Jest. Przez moment się wahała. Chyba trochę inaczej to wszystko sobie wyobrażałam.
Co dokładnie? Spojrzała na dom. Myślałam, że skoro jest duży, to jest dużo wolnego miejsca. A teraz…
uśmiechnęła się. Teraz wiem, że wolny pokój nie znaczy, że czyjeś życie jest wolne do zagospodarowania. Paweł zamknął bagażnik i podszedł do nas. Tato, mogę cię o coś zapytać?
Możesz. Ty to wszystko zrobiłeś specjalnie? Co? Wszystko.
Rysiek miał zalane mieszkanie. Joga, Bożena nie miała sali. Akordeony, Włodek też nie miał sali. Borys, Stefan miał operację.
Papuga. Zastanowiłem się. Gucio rzeczywiście był bonusem. Ewa parsknęła śmiechem.
Paweł nie odpuszczał. Czyli chcesz mi powiedzieć, że to wszystko był przypadek? Nie powiedziałem tego. Nikogo nie wymyśliłem.
Ale wykorzystałeś okazję. Synu – spojrzałem na niego. Chcieliście mieszkać jak jedna wielka rodzina. Paweł zaczął się śmiać.
Ja tylko potraktowałem was poważnie. Za poważnie. Jak się człowiek o coś prosi, powinien wiedzieć, o co. Paweł objął mnie przed wyjazdem.
Przyjadę w przyszłą niedzielę. Zadzwoń wcześniej. Cofnął się i spojrzał na mnie. Serio?
Dobrze. I przyjedź na obiad. Będzie bigos. Jak zostanie, to może jednak zadzwonię w sobotę.
Odjechali. Tydzień później Paweł rzeczywiście przyjechał sam. Zadzwonił wcześniej. Punktualnie w południe otworzyłem mu drzwi i wtedy z salonu rozległo się: pobudka, do roboty.
Paweł zatrzymał się w progu. Tato, Gucio nadal tu jest? A gdzie ma być? Papuga przekrzywiła głowę.
Kawa gotowa. Uśmiechnąłem się. To już rodzina. Paweł pokręcił głową i wszedł do środka.
I chyba właśnie wtedy obaj zrozumieliśmy, że rodzina wcale nie musi mieszkać pod jednym dachem. Czasem dużo lepiej się kocha, kiedy każdy ma własne klucze, własne zasady i własny adres.


