W dniu moich pięćdziesiątych drugich urodzin żona zostawiła mi na stole zimne pierogi i kartkę wyrwaną z notesu. „Masz obiad. Wszystkiego. ”
Stałem nad tym talerzem i patrzyłem.

Pierogi z marketu, sklejone na brzegach, blade. Zwykłe, przełożone na talerz, żeby udawały domowe. Tydzień wcześniej dla swojego brata Rafała Elżbieta potrafiła zorganizować tort z cukierni, balony przy furtce i wynajętego akordeonistę. Dla mnie nie znalazła nawet jednego ciepłego słowa.
Nie robię scen. Nigdy nie trzaskałem drzwiami, nie krzyczałem przez telefon, nie pakowałem walizki w środku nocy. Byłem od czego innego. Od punktualności, od „już jadę”, od „spokojnie załatwię”.
Od tego, żeby teściową zawieźć do przychodni, szwagierkę podrzucić na dworzec, sąsiadowi pomóc z wersalką, a potem jeszcze zapytać, czy komuś czegoś nie trzeba z miasta. Cały dzień nosiłem w sobie takie głupie, ciche czekanie. Może Elżbieta kupi sernik. Może powie: usiądź, zrobiłam kawę.
Dobre słowo czasem wystarczy człowiekowi bardziej niż prezent. Nic nie powiedziała. Zostawiła pierogi i poszła. Patrzyłem na te zimne pierogi i wtedy zrozumiałem coś, co bolało gorzej niż zapomnienie.
Ludzie zapominają, gubią daty, miewają ciężkie dni. Ale mnie nie zapomniano. Mnie przypisano do kategorii ludzi, którym nic się nie należy. Którzy nie potrzebują tortu, uścisku, jednego zdania z serca, bo oni są od spokojnie, od czekania, od podwożenia innych na cudze święta.
W przedpokoju wziąłem kurtkę, kluczyki do auta i te stare klucze od garażu Tadeusza, które od miesięcy leżały w szufladzie. Po prostu wyszedłem. Nie byłem głodny. Pierwszy raz w życiu nie chciałem przełykać tego, co mi podano.
Tadeusz mieszkał na obrzeżach, w małym domu z warsztatem. Od śmierci żony spał mało. Mówił, że łóżko zrobiło się za duże, a noc za głośna. Otworzył drzwi, zanim zdążyłem zapukać.
Spojrzał na mnie raz, bez grymasu, bez pytania. Po prostu zobaczył. — Kawa? — Mocna.
I to wszystko. Żadnego „co się stało”, żadnego grzebania palcem w cudzej ranie. Wszedłem za nim do garażu. Pachniało smarem, starym drewnem i zimnym betonem.
Na środku stał jego stary bus — zakurzony, przygarbiony, z lusterkiem owiniętym taśmą. Tadeusz kupił go po śmierci żony, żeby wozić starszych ludzi z okolicy do przychodni, na rynek, czasem na cmentarz. Obiecywałem mu, że pomogę go naprawić. Tyle razy.
Zawsze coś było. Halina do NFZ, Elżbieta z zakupami, Rafał z grillem. Całe moje życie było jedną wielką listą cudzych spraw. Wybrałem maskę.
Łatwiej było grzebać przy akumulatorze niż przy własnym życiu. Telefon zawibrował, kiedy pochylałem się nad reflektorem. „Gdzie jesteś? ”
Po kilku minutach: „Nie rób przedstawienia.
”
Potem: „Mama pyta, czy jutro ją zawieziesz do NFZ. ”
No i proszę. Znalazłem się. Nie jako mąż.
Nie jako człowiek, który wyszedł z domu w urodziny. Jako kierowca. Jako rozkład jazdy w spodniach. Tadeusz podał mi szmatę.
— Powiesz w końcu, czy mam zgadywać? Opowiedziałem o pierogach, o kartce, o działce u Rafała, o akordeoniście i girlandach, o tym, jak woziłem stoły, krzesła, gości i cudze dobre humory. O tym, jak Elżbieta machnęła ręką: „Ty przecież nie jesteś od takich ceregieli. Ty lubisz spokojnie.
”
Tadeusz słuchał, dolewając kawy. W końcu oparł się o błotnik. — Wiesz, autobus też czasem trzeba wycofać z trasy. Inaczej się rozleci.
Wtedy do garażu zajrzała pani Zofia z domu obok, malutka, w pikowanej kurtce, z siatką w ręku. — Tadziu, ty mówiłeś o tym busie. Ja jutro rano mam przychodnię, a autobus mi nie pasuje. Syn w pracy, wnuk na praktykach.
No i tak pytam, tylko pytam. Tadeusz spojrzał na busa, potem na mnie. — Jeszcze nie gotowy, Zosiu. — Nie, nie, to nic.
Ja jakoś… — Ja panią zawiozę. Usłyszałem własny głos. Oboje spojrzeli na mnie.
— Naprawdę? — Po drodze mam. Tylko że tym razem to nie było kłamstwo, którym zapędzałem się w cudze sprawy. Sam wybrałem tę drogę.
Później Tadeusz rozłożył mi wersalkę w pokoju za kuchnią. Dał koc, talerz kanapek i zapytał, czy jadłem. Nie czy mam jutro czas. Nie czy kogoś zawiozę.
Czy jadłem. Obcy człowiek zapytał, czy jadłem. W domu pytali tylko, czy jutro mam czas. Rano obudziłem się spokojniejszy niż u siebie.
Cudzy pokój, stary koc, a ja pierwszy raz od dawna nie czułem, że zaraz ktoś wejdzie i powie: „Wiktor, tylko jedna sprawa. ”
Tadeusz nalał mi kawy bez pytania. — Zosia będzie gotowa za kwadrans. — Pamiętam.
— Ty pamiętasz wszystko. Tylko czasem o sobie zapominasz. Pani Zofia czekała przed furtką w granatowym płaszczu, z torebką trzymaną obiema rękami, jakby jechała nie do przychodni, tylko do ministra zdrowia. — Panie Wiktorze, ja tu mam jabłka z działki.
Niech pan nie odmawia, bo się obrażę. — Pani Zofio, ja panią tylko podwożę. — No właśnie. Teraz ludzie za samo „dzień dobry” chcą pieniędzy, a pan mnie podwozi.
Jabłka się należą. Po drodze opowiadała o kolanie, o lekarzu, który raz był miły, a raz nie, zależnie od tego, czy komputer mu działał, i o wnuczce pod Poznaniem, która niby dzwoni, ale co z tego, jak człowiekowi trzeba czasem herbatę podać, a nie emotkę wysłać. Pod przychodnią pomogłem jej wysiąść. Podałem rękę, przytrzymałem drzwi, zaniosłem siatkę pod wejście.
Już miałem wracać do auta, kiedy pani Zofia złapała mnie za rękaw. — Pan wejdzie na chwilkę, bo ja się może pogubię. Wszedłem. W kolejce siedziało kilka osób.
Pani Zofia od razu zaczęła półgłosem: „To jest pan Wiktor. Pomógł mi dzisiaj. Porządny człowiek. ”
Kobieta w czerwonym berecie spojrzała na mnie uważnie.
— A pan może czasem do ZUS-u jeździ? Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo starszy pan z laską włączył się od razu. — Mnie w przyszłym tygodniu badania wypadają na Szwederowie. Córka mówi, że ma na radę, a taksówki teraz jak za złoto.
Ktoś zapytał o dworzec, ktoś o rynek. Przez chwilę chciałem się cofnąć i powiedzieć, że to nieporozumienie. Ale zauważyłem coś. Oni nie mówili: „Musisz”.
Nie mówili: „Przecież masz auto”. Pytali nieśmiało, czasem zawstydzeni, jakby prosili o zbyt wiele. Kobieta w berecie od razu dodała, że zapłaci za paliwo. Starszy pan obiecał słoik miodu od sąsiada.
Ktoś powiedział, że może upiec placek. Ich prośby nie ciążyły mi tak jak rodzinne rozkazy. Miały w sobie wdzięczność, zanim jeszcze cokolwiek zrobiłem. Kiedy wróciłem do Tadeusza, opowiedziałem mu o wszystkim.
Słuchał, czyszcząc starą część szmatą, która dawno nie miała koloru. — No to trzeba zeszyt. — Jaki zeszyt? — Normalny, w kratkę.
Żeby zapisać, kto, gdzie i kiedy. Bo jak się tego nie zapisze, to zaraz będziesz miał w głowie drugi dworzec. Wyciągnął stary zeszyt po rachunkach. Na pierwszej stronie napisał krzywym pismem: „Kursy Wiktora”.
— Brzmi jak firma transportowa z jednym kierowcą i zerowym kapitałem. — Nie firma. Pomoc sąsiedzka. To różnica.
Telefon oczywiście nie milczał. Elżbieta pisała coraz ostrzej. Rafał pytał, czy w sobotę przewiozę stoły. Potem: „Nie przesadzaj, wracaj do domu.
”
Najdłużej patrzyłem na wiadomość, która przyszła koło obiadu. „Przecież dostałeś obiad. O co ci chodzi? ”
W tym jednym zdaniu było całe nasze małżeństwo.
Dostałeś. Masz. Nie marudź. Nie pytaj, czy ktoś cię zauważył.
Po południu pojechałem z Mikołajem, wnukiem pani Zofii, na szrot pod Bydgoszczą. Chłopak miał może dwadzieścia lat, kaptur na głowie i minę, jakby świat od rana był mu coś winien. Ale na miejscu ożył, kiedy zobaczył, że nie daję się naciągnąć sprzedawcy. Kupiliśmy lusterko, lampę i dwa siedzenia.
W pewnym momencie zapytał:
— Pan tak wszystkich wozi? — Nie wszystkich. Tych, których sam wybiorę. Kiwnął głową i od tej pory pomagał już bez wzdychania.
Wieczorem pojechałem do mieszkania po parę rzeczy. Elżbieta była w przedpokoju, wśród toreb Rafała, składanych krzeseł i pudełek. — Dobrze, że jesteś. To trzeba zawieźć do mamy.
Nie spytała, gdzie spałem. Nie spytała, czy wszystko ze mną w porządku. Nie spytała nawet, czy zjadłem te pierogi. Minąłem ją bez słowa i poszedłem spakować torbę.
Ona nie zauważyła, że nie wróciłem. Zauważyła, że wrócił samochód. Pakowałem koszule, sweter, bieliznę, leki na ciśnienie. Człowiek może mieć kryzys małżeński, ale tabletki trzeba brać.
— Naprawdę będziesz to ciągnął? — zapytała z progu. — Co dokładnie? — Ten teatr.
Wyszedłeś z domu, nie odbierasz telefonu. Śpisz nie wiadomo gdzie. Bo co? Bo pierogi były zimne?
Powiedziała to takim tonem, że nie poczułem gniewu. Tylko zmęczenie. — Nie chodzi o pierogi, Ela. — A o co?
Bo naprawdę próbuję zrozumieć. Nie próbowała. Znałem ją za dobrze. Szukała wyjaśnienia, przy którym to ja wyjdę na przewrażliwionego.
— Dla Rafała potrafiłaś zrobić imieniny z akordeonistą, tortem i girlandami. Dla mnie nie potrafiłaś nawet podgrzać obiadu. — Bo ty nigdy nie lubiłeś takich rzeczy. — Nie.
Ty uznałaś, że nie lubię. To wygodne. — Zawsze byłeś spokojny. Nigdy niczego nie chciałeś.
— Chciałem. Tylko jak człowiek przez lata widzi, że jego chcenie przeszkadza innym, to przestaje mówić. Zapadła cisza. Elżbieta odwróciła wzrok.
— Przesadzasz. Każdy ma gorsze dni. Ja też jestem zmęczona. Sklep, dom, mama, Rafał, wszystko na mojej głowie.
— Na twojej głowie? Kto jeździł z twoją mamą po lekarzach? Kto woził Rafałowi krzesła, grilla, gości, skrzynki i ten jego przeklęty parasol ogrodowy, który nie mieścił się do windy? — Ale przecież ty lubisz pomagać.
To zdanie zawisło między nami jak mokry płaszcz. Ciężkie, zimne, znajome. — Pomagać? Tak.
Być używanym. Zadzwonił jej telefon. Spojrzała na ekran i odebrała. — Mama, teraz nie mogę…
Usłyszałem głos Haliny, ostry, pewny siebie:
— Daj go na głośnik. Niech nie udaje, że go nie ma. Elżbieta zawahała się, ale włączyła. — Wiktor!
Co ty wyprawiasz? Ela płacze. Rafał się denerwuje. Ja mam sanatorium w sobotę i nie będę się tłukła z walizką przez pół miasta.
— Dobry wieczór, Halino. — Nie dobry wieczór. Weź się w garść. Mężczyzna ma być potrzebny rodzinie.
Popatrzyłem na Elżbietę. Stała sztywno z telefonem w dłoni, jakby naprawdę wierzyła, że to zdanie mnie zawstydzi. — Byłem potrzebny jak kluczyki do auta. Nie jak człowiek.
Po drugiej stronie zapadła cisza. — Ty się chyba z kimś zadałeś. Ktoś ci głupot nagadał. Wtedy zadzwonił mój telefon.
Tadeusz. — Hamulce. Coś mi nie gra. Jak masz siłę, przyjedź.
Zapiąłem torbę. — Jadę. — Wiktor, nie wyjdziesz. — Teraz wyjdę.
— A moja mama? — Twoja mama ma dorosłego syna, dorosłą córkę i telefon. Poradzi sobie. Nie trzasnąłem drzwiami.
Po prostu je zamknąłem. U Tadeusza garaż był otwarty. Bus stał z podniesioną maską. Mikołaj przyszedł w bluzie z kapturem, pani Zofia przyniosła zupę w słoiku owiniętym ręcznikiem.
Ktoś przyniósł koce, ktoś termos herbaty. W garażu zrobiło się ciasno, ciepło i dziwnie domowo. Pracowaliśmy do późna. Hamulce, przewody, odpowietrzanie.
Ręce bolały aż po łokcie, ale ten ból miał sens. Każda dokręcona śruba prowadziła do tego, że bus naprawdę mógł ruszyć. W końcu Tadeusz usiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk. Silnik zakaszlał, zatrząsł się i zaskoczył.
Nierówno, głośno, cudownie. Pani Zofia klasnęła. Mikołaj parsknął śmiechem. Tadeusz wysiadł, poklepał busa po masce.
— No panie kierowco. Teraz to już nie jest grat. To jest nadzieja. Telefon zawibrował.
Elżbieta: „Jak jutro nie przyjedziesz po mamę, wszyscy zobaczą, jaki naprawdę jesteś. ”
Rozejrzałem się po garażu. I pierwszy raz nie przestraszyłem się tego, że wszyscy zobaczą. Następnego dnia ruszyliśmy.
Tadeusz przykleił na przedniej szybie kartkę: „Sąsiedzki kurs”. Pani Zofia poprawiła mu literkę, bo według niej „S” wyglądało jak „5″. Tadeusz się oburzył, Mikołaj parsknął śmiechem, a pan Józef powiedział, że najważniejsze, żeby hamulce działały, a nie literki. Pierwsza wsiadła pani Zofia z siatką, z której od razu coś zaszeleściło.
— Cukierki. Na drogę. Człowiek nigdy nie wie, kiedy cukier spadnie. Za nią pan Józef, wysoki, chudy, z laską i teczką — do ZUS-u, bo tam zawsze coś chcą, tylko sami nie wiedzą co.
Potem pani Celina w czarnym płaszczu z bukietem goździków owiniętych w papier. Nie mówiła wiele. Na końcu wskoczył Mikołaj z plecakiem, bo miał praktyki u lakiernika. Jechaliśmy i słuchałem ich przekomarzania.
Ktoś szukał chusteczki, ktoś pytał, czy można uchylić okno, bo pachnie garażem. Pani Zofia rozdawała cukierki tak stanowczo, że odmowa groziła wykreśleniem z listy porządnych ludzi. Pan Józef opowiadał, jak kiedyś zgubił numerek w urzędzie, ale nie kolejkę, bo kolejkę to człowiek nosi w oczach. Mikołaj przewracał oczami, ale pomagał pani Celinie poprawić bukiet, kiedy papier się rozsunął.
I wtedy dotarło do mnie coś prostego. Ja nadal lubiłem wozić ludzi. Nadal lubiłem pomóc komuś wejść, poczekać minutę, podać rękę. To nie dobroć mnie zmęczyła.
Zmęczyło mnie to, że niektórzy zrobili z mojej dobroci obowiązek. Różnica niby mała, a jednak taka, że człowiek albo oddycha, albo się dusi. Telefon zaczął wibrować, kiedy zatrzymałem się pod przychodnią. Nie odebrałem.
Pomogłem pani Zofii wysiąść, potem pod ZUS pan Józef położył mi na desce rozdzielczej dwa jabłka od córki. — Niech pan nie oddaje, bo się obrażę. — Wszyscy się dziś obrażają, jak czegoś nie wezmę. — Bo pan musi się nauczyć brać.
Dawanie już pan umie. Pani Celina poprosiła, żebym zawiózł ją na cmentarz boczną bramą. Miała rocznicę śmierci męża. Trzymała goździki na kolanach tak delikatnie, jakby to nie były kwiaty, tylko czyjaś ręka.
W busie zrobiło się ciszej. Nawet pani Zofia przestała szeleścić cukierkami. Wtedy zadzwoniła Elżbieta. Odebrałem, bo wiedziałem, że będzie dzwonić do skutku.
— No wreszcie. Mama stoi z walizką. Rafałowi coś wypadło. Zrób coś.
Spojrzałem w lusterko. Pani Celina siedziała prosto z bukietem przy piersi, patrząc na drogę prowadzącą do cmentarza. — Nie mogę. Mam kurs.
— Jaki kurs? Wiktor, moja mama ma sanatorium. Ona stoi z walizką pod blokiem. Jaki kurs jest ważniejszy od rodziny?
Słuchałem przez chwilę silnika i stukania w tylnej części busa. — Taki, na który ktoś czeka z wdzięcznością, nie z pretensją. Rozłączyłem się. Pani Celina nic nie powiedziała, kiedy wysiadała przy cmentarzu.
Tylko położyła mi dłoń na ramieniu, krótkim, lekkim ruchem. I to wystarczyło. Halina pojechała taksówką. Dowiedziałem się od Elżbiety, która wieczorem czekała na mnie pod garażem z twarzą tak napiętą, jakby trzymała w zębach wszystkie pretensje świata.
— Mama zapłaciła majątek. Wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę. Numery taksówek, rozkład PKP, kontakt do prywatnego przewoźnika. — Teraz będzie tak, że nie jestem jedynym rozwiązaniem.
Nie odpowiedziała. Zgniotła kartkę, ale jej nie wyrzuciła. Wieczorem siedzieliśmy z Tadeuszem w garażu. Bus stygł po pierwszym dniu.
— Wiesz, to trzeba by jakoś ogarnąć — powiedział. — Może stowarzyszenie przy osiedlu. Legalnie, żeby ludzie wiedzieli, kiedy jedziemy. Żeby nie było na wariata.
Poczułem, jak żołądek mi się ściska. — Tadziu, ja nie wiem, czy ja się nadaję do takich rzeczy. — Do bycia wykorzystywanym nadawałeś się przez tyle lat. Do pomagania po swojemu też się nadasz.
Popatrzyłem na zeszyt w kratkę, na wpisane nazwiska, godziny, miejsca. „Kursy Wiktora” na pierwszej stronie. I pierwszy raz ta odpowiedzialność nie wyglądała jak kajdanki. Wyglądała jak kierownica.
Przygotowania do otwarcia wyglądały tak, jak wyglądają wszystkie ważne rzeczy na polskich osiedlach. Trochę krzywo, trochę na ostatnią chwilę, ale z sercem większym niż budżet. Tadeusz chodził z miarką, jakbyśmy otwierali dworzec. Pani Zofia przyniosła ciasto drożdżowe pod ściereczką i kazała nie dotykać, dopóki wszyscy nie zobaczą, że ładnie wyrosło.
Pan Józef ustawiał trzy krzesła, potem przestawił je o pół metra, potem wrócił do pierwszej wersji. Na szybie busa zawisła nowa kartka: „Sąsiedzki kurs. Do przychodni, ZUS i na rynek. ”
Sam bus wyglądał inaczej.
Nadal był stary, nadal miał rysę na drzwiach, ale już nie sprawiał wrażenia rzeczy porzuconej. Ktoś umył szyby, ktoś przetarł siedzenia. Pani Celina zawiesiła przy lusterku woreczek z lawendą, bo w pojeździe dla ludzi musi pachnieć ludźmi, nie piwnicą. Stałem trochę z boku.
Ludzie podchodzili, klepali po ramieniu, dziękowali. Bez wielkich przemówień, bez łez jak w telewizji. Pani Zofia, krojąc ciasto, powiedziała, że dzięki mnie nie musiała prosić zięcia, a on potem trzy dni wypomina. Pan Józef podał słoik ogórków.
Pani Celina wcisnęła mi w ręce szalik własnoręcznie zrobiony. — Na zimne poranki kierowca nie może marznąć. Człowiek przez lata słyszy głównie „możesz, musisz, podjedź, zrób”. A potem nagle jedno zdanie sprawia, że coś w środku puszcza, jakby ktoś odkręcił zardzewiały zawór.
Mikołaj podszedł ostatni. Kopał czubkiem buta w żwir. — Ja tylko chciałem powiedzieć… że gdyby nie te kursy, to chyba rzuciłbym praktyki.
Serio. Z dojazdami była masakra. — To dobrze. — No i dzięki.
— Nie ma za co. — Jest za co. Burknął i szybko odszedł, zanim zrobiło się zbyt poważnie. Wtedy zobaczyłem Elżbietę.
Stała przy chodniku, obok auta Rafała. Halina była na tylnym siedzeniu, sztywna jak królowa. Elżbieta wysiadła i ruszyła w moją stronę powoli, ostrożnie. Jak ktoś, kto wszedł do pokoju i nagle zrozumiał, że wszyscy tam wiedzą coś, czego ona nie wie.
Ludzie ucichli trochę. Nawet pani Zofia kroiła ciasto wolniej. Tadeusz stanął obok mnie bez słowa. Elżbieta zatrzymała się przede mną.
Była zmęczona. Pierwszy raz od dawna zobaczyłem to wyraźnie. Nie tylko złość, nie tylko dumę. — Nie wiedziałam, że ty tu coś takiego robisz.
— Mówiłem. — Nie tak. Może miała rację. Może nie da się opowiedzieć komuś o zmianie, jeśli ten ktoś słucha tylko po to, żeby znaleźć lukę i wstawić tam własną pretensję.
Spojrzała na ludzi, na busa, na kartkę za szybą. — Wszyscy mówią, że im pomagasz. — Pomagam. — A nam już nie?
W tym zdaniu nie było dawnej ostrości. Był żal, ale też to stare przekonanie, że rodzina ma pierwszeństwo do człowieka, nawet jeśli nigdy nie pytała, ile go jeszcze zostało. — Ela. Ja wam pomagałem latami.
— Może rzeczywiście trochę cię nie doceniałam. To „trochę” spadło między nami jak kamyk do studni. Nadal nie potrafiła powiedzieć: nie widziałam cię. Nadal musiała zostawić sobie wyjście awaryjne.
— Wróć do domu. Będzie inaczej. Nie odpowiedziałem od razu. Nie chciałem jej zranić.
Przez tyle lat ją kochałem, nawet jeśli ta miłość zrobiła się z czasem bardziej obowiązkiem niż ciepłem. Ale nie chciałem też znowu położyć własnego życia na stole jak te zimne pierogi i udawać, że to wystarczy. — Na razie wynajmę pokój u Tadeusza. Potem zobaczę.
Będę pracował normalnie, a po godzinach zrobimy kursy legalnie przez stowarzyszenie. — Czyli naprawdę odchodzisz? — Ja już od dawna odchodziłem, Ela. Tylko wcześniej sam tego nie widziałem.
Spuściła wzrok. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Może coś prawdziwego. Ale z auta dobiegł klakson Rafała.
Krótki, niecierpliwy. Elżbieta drgnęła. Znałem ten odruch. Ten sam, który przez lata miałem ja.
Ktoś zatrąbił, ktoś zawołał, ktoś czegoś chciał. Trzeba było biec. — Elu, ja nie chcę już wracać na trasę, gdzie przystanek nazywa się „Wiktor, zrób”. Nie rozpłakała się, nie zrobiła sceny.
Odeszła powoli do auta. Rafał coś do niej mówił, Halina gestykulowała przez szybę, ale Elżbieta nie odpowiadała. Stała jeszcze chwilę przy drzwiach, patrząc w naszą stronę. Tadeusz dotknął mojego ramienia.
— Jedziemy. Wsiadłem za kierownicę. Za mną wsiadali ludzie. Pani Zofia z torbą, pan Józef z teczką, pani Celina z chustką pod szyją, Mikołaj z plecakiem.
Ktoś zapytał, czy można uchylić okno. Ktoś zażartował, że jak będą korki, to pani Zofia powinna kierować ruchem, bo i tak wszystkich ustawia. W busie zrobiło się gwarno. Zwyczajnie, po ludzku.
Tadeusz usiadł obok mnie, zapiął pas. — No panie kierowco. Włączyłem silnik. Bus zadrżał, ale ruszył pewnie.
Przy wyjeździe zobaczyłem Elżbietę stojącą przy aucie Rafała. Nie machała, nie podeszła. Po prostu patrzyła. Nie zatrąbiłem.
Nie odwróciłem głowy teatralnie. Nie chciałem wygrać tej sceny. Chciałem ją przejechać i pojechać dalej. Wrzuciłem bieg i ruszyłem.
Pierwszy raz w życiu nie byłem niczyim zapasowym kierowcą. Byłem człowiekiem, który sam wybrał trasę.


