Zuzanna Nowak nienawidziła trzech rzeczy w życiu: ciepłego piwa, poniedziałkowych poranków i technologii, która udawała, że zna ją lepiej niż ona sama. Dlatego gdy Filip, młodszy brat Jakuba, wyjął telefon z tym głupkowatym uśmiechem człowieka, który właśnie wymyślił koło, wiedziała, że ten wieczór skończy się katastrofą. – Stworzyłem aplikację. – oznajmił dwudziestoletni programista, rozświetlając się jak choinka.

– Algorytm kompatybilności romantycznej musi być testowany na żywych ludziach. – Nie – powiedziała Zuzanna, sięgając po kolejną garść chipsów. – Ależ tak – wtrąciła Magdalena, jej najlepsza przyjaciółka i mistrzyni wtrącania się w nie swoje sprawy. – Będzie zabawnie.
Zabawnie. Zuzanna przewróciła oczami. Siedziała na podłodze w mieszkaniu Oli, otoczona poduszkami i resztkami pizzy, podczas gdy to, co miało być zwykłym wieczorem gier planszowych, zamieniało się w cyrk. Wszyscy sięgali po telefony jak owce za judaszem.
– To tylko algorytm – rzucił głos z kanapy. Oczywiście. Jakub Domański. Trzydziestopięcioletni architekt, który prawdopodobnie projektował budynki, używając sarkazmu zamiast betonu.
Siedział rozparty, ze skrzyżowanymi nogami, wyglądając jak ktoś, kto właśnie wygrał argument, którego nikt jeszcze nie rozpoczął. – Algorytmy nie kłamią – dodał, patrząc wprost na nią. Zuzanna zacisnęła szczękę. Znała Jakuba od trzech lat.
Odkąd weszła do tego grona przyjaciół po spektakularnym potknięciu się o próg, on się głośno zaśmiał. Potem pomógł jej wstać, ale było już za późno. Od tamtej pory ich relacja polegała na wymianie uszczypliwości i unikaniu jakiejkolwiek normalnej konwersacji. – Dobrze!
– warknęła, wyciągając telefon. – Ale jak mi wyjdzie jakiś idiota, obwiniam cię, Filip. Pomieszczenie wypełniło się brzęczeniem telefonów i nerwowym śmiechem. Magdalena już chichotała, pokazując swój wynik Tomkowi, który wyglądał na zdesperowanego.
– 38% – jęknął. – To mniej niż moje szanse na awans. – To więcej niż twoje szanse na drugą randkę – odkrzyknęła Ola, a wszyscy parsknęli śmiechem. Zuzanna wpatrywała się w ekran.
Aplikacja zadawała pytania. Niektóre normalne – ulubiony kolor, styl życia – inne dziwnie szczegółowe. “Czy wolisz kawę bez cukru o świcie, czy herbatę z miodem o zmierzchu? ” Odpowiadała machinalnie, starając się nie myśleć o tym, że algorytm prawdopodobnie kategoryzuje ją jako samotną wariatkę z kotami, chociaż nie miała nawet kota.
– Gotowe? – zawołała Magdalena. – Sprawdzajmy. Kolejne minuty to była symfonia rozczarowań: 47%, 52%.
Tomek dostał 22% z Anią i wyglądał, jakby rozważał zmianę orientacji seksualnej. – A wy dwoje? – Filip nagle spojrzał na Zuzannę i Jakuba. Cisza.
Zuzanna poczuła, jak jej krew lodowacieje. Spojrzała na ekran i zesztywniała. – Niemożliwe. – Pokaż – zażądał Tomek, próbując wyrwać jej telefon.
– Nie – syknęła, przyciągając urządzenie do piersi jak cenną relikwię. Ale było już za późno. Magdalena, poruszająca się z prędkością kobiety wyczuwającej plotkę, już trzymała telefon Jakuba. – O mój Boże!
– wyszeptała. – Co? Wszyscy ruszyli jak stado wilków. Magdalena obróciła ekran.
– 99%. Pokój eksplodował. Ola zapiszczała. Tomek wybuchnął śmiechem tak głośnym, że sąsiedzi pewnie dzwonili na policję.
Filip wyglądał jak naukowiec, który właśnie odkrył nowy pierwiastek. – To musi być błąd – powiedział Jakub, ale jego głos brzmiał dziwnie napięty. – Algorytm się nie myli – odparł Filip. Zuzanna poczuła, jak twarz jej płonie.
99% z nim. Z mężczyzną, który śmiał się, gdy przewróciła się o próg. Z mężczyzną, który zawsze miał jakąś uszczypliwą uwagę. – Wolałabym umrzeć samotna, niż być z tobą – warknęła, nie patrząc na niego.
Cisza padła jak topór. Jakub wstał powoli. Był wysoki – metr osiemdziesiąt pięć czystej męskiej pewności siebie. Podszedł bliżej, patrząc na nią z góry, a Zuzanna musiała zadrzeć głowę, żeby utrzymać kontakt wzrokowy.
– Zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku – powiedział cicho, ale wystarczająco głośno, żeby wszyscy usłyszeli. To nie było pytanie. To była prowokacja. Obietnica.
Zagrożenie. Zuzanna poczuła, jak jej serce wali jak młot. Nienawidziła go. Nienawidziła jego pewności siebie.
Nienawidziła sposobu, w jaki patrzył na nią, jakby już wygrał. Ale najbardziej nienawidziła tego, że jej ciało zareagowało. Szybsze bicie serca, suchość w ustach, to przeklęte uczucie w żołądku. – Nigdy się tego nie dowiesz – odparła, chwytając kurtkę.
Wyszła, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, trzaskając drzwiami z satysfakcją. Na korytarzu oparła się o ścianę, zamykając oczy. 99%. Niemożliwe.
Absurdalne. Przerażające, bo gdzieś głęboko, w miejscu, którego nie chciała nazywać, wiedziała, że algorytm mógł mieć rację. A to była najgorsza część ze wszystkich. Jakub patrzył na zamknięte drzwi przez dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, co właśnie się stało.
99% z nią. Z kobietą, która patrzyła na niego jak na coś, co przykleiło się do podeszwy jej buta. – Gratulacje, bracie! – rzucił Filip, wciąż trzymając telefon jak świętą relikwię.
– Mój algorytm znalazł ci bratnią duszę. – Zamknij się! – warknął Jakub, siadając z powrotem na kanapę. – To fascynujące – ciągnął Filip, ignorując go całkowicie.
– Wskaźnik kompatybilności uwzględnia nie tylko wspólne zainteresowania, ale też wzorce językowe, czas reakcji na pytania, a nawet…
– Filip – przerwała mu Magdalena, ale jej oczy błyszczały jak u kota, który właśnie zobaczył kanarka. – Daj mu chwilę, żeby się pozbierał. – Nie muszę się zbierać – odparł Jakub, sięgając po piwo. – To tylko głupia aplikacja – mruknął.
– Która ma 99% trafności w predykcji długoterminowej kompatybilności – dodał Filip. – Testowałem ją na trzech tysiącach par. Margines błędu to 0,2%. Jakub spojrzał na brata.
Filip był geniuszem – irytującym, pozbawionym filtrów społecznych geniuszem, ale geniuszem. Jeśli mówił, że algorytm działa, to prawdopodobnie działał. Co nie znaczyło, że Jakub musiał się z tym zgadzać. – Ona mnie nienawidzi – stwierdził, jakby to wyjaśniało wszystko.
– Ona udaje, że cię nienawidzi – poprawiła go Ola. – To nie to samo. – To dokładnie to samo. – Nie, nie jest.
– Magdalena przysunęła się bliżej z tym groźnym błyskiem w oku. – Prawdziwa nienawiść jest obojętna. A ona zawsze na ciebie reaguje. To całkiem inna energia.
Jakub nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Więc pił piwo w ciszy. Trzy lata. Trzy lata odkąd Zuzanna pojawiła się w ich grupie, wnosząc ze sobą ten dziwny miks słodyczy i uporu, który go jednocześnie fascynował i irytował.
Pamiętał ten pierwszy wieczór, jak potknęła się o próg. Jej aparat fotograficzny odbił się na pasku, a ona spojrzała na niego tak, jakby to była jego wina. On się zaśmiał. Pewnie nie powinien, ale sytuacja była zabawna.
Od tamtej pory Zuzanna traktowała go jak wroga. A może – może on też zrobił wszystko, żeby tak było. – Musisz to naprawić – powiedział Tomek, zajadając ostatni kawałek pizzy. – Co naprawić?
– To, co jest między wami. – Tomek wzruszył ramionami. – Albo w końcu się całujecie, albo przestajecie truć nam życie tym napięciem seksualnym. – Nie ma żadnego napięcia – zaprzeczył Jakub.
Wszyscy parsknęli śmiechem. – Jasne! – mruknęła Ola. – I dlatego patrzysz na nią jak wilk za każdym razem, gdy myśli, że nie widzisz.
Jakub zacisnął szczękę. To nieprawda. On nie… Dobrze, może czasami patrzył, ale tylko dlatego, że Zuzanna miała ten irytujący zwyczaj gryzienia dolnej wargi, gdy była zdenerwowana. I sposób, w jaki włosy opadały jej na twarz, gdy pochylała się nad aparatem.
I jak śmiała się z żartów wszystkich oprócz jego. – Jesteś beznadziejny – stwierdziła Magdalena. – Dzięki – odburknął. – Nie, serio.
– Magdalena pochyliła się do przodu. – Masz przed sobą matematyczny dowód, że ta kobieta jest dla ciebie idealna, a ty siedzisz tu i pijesz piwo. Co masz zamiar zrobić? Pobiec za nią i powiedzieć: “Hej, telefon mówi, że powinniśmy być razem”?
– To był mój algorytm, nie telefon – poprawił Filip. – Nieważne. Filip poprawił okulary. Ten nerwowy gest, który zawsze robił, gdy się ekscytował.
– Właściwie dane sugerują, że optymalną strategią jest stopniowe zwiększanie interakcji społecznych, pozwalając na naturalny rozwój chemii, która już…
– Nikt nie pyta cię o dane – przerwał mu Jakub. Ale gdzieś w głębi umysłu kółka już zaczęły się kręcić. Jakub był architektem. Rozwiązywał problemy, projektował struktury.
A to – to był tylko inny rodzaj projektu. Projekt o nazwie “udowodnić, że ma rację”. Bo jeśli Zuzanna myślała, że może po prostu wyjść i zapomnieć o tym wieczorze, to bardzo się myliła. 99% nie było przypadkiem, a Jakub Domański nigdy nie odpuszczał wyzwania.
Uśmiechnął się. Ten wolny, pewny siebie uśmiech, który denerwował ludzi od lat. – Co kombinujesz? – zapytała podejrzliwie Magdalena.
– Nic – odparł, wstając. – Absolutnie nic. Wyszedł z mieszkania Oli, ignorując podejrzliwe spojrzenia. Na zewnątrz było chłodno.
Październikowa bryza niosła zapach jesiennych liści. Warszawa nocą była inna – cichsza, bardziej intymna. Wyciągnął telefon, patrząc na ekran aplikacji. 99%.
“Zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku” – powiedział jej. Nie było to pytanie, to była obietnica. A Jakub Domański zawsze dotrzymywał obietnic, szczególnie tych, które denerwowały właściwe osoby. Następne dni będą interesujące.
Bardzo interesujące. Zuzanna miała swoje ulubione miejsce w Warszawie – małą kawiarnię na Pradze, gdzie większość klientów stanowili artyści, freelancerzy i ludzie, którzy udawali, że piszą powieści. Nikt jej tu nie znał, nikt nie zadawał pytań. Mogła siedzieć w kącie, edytować zdjęcia i udawać, że reszta świata nie istnieje.
Szczególnie świat, w którym aplikacje kompatybilności istniały. Minęły trzy dni od tamtego przeklętego wieczoru. Trzy dni, podczas których ignorowała wiadomości od Magdaleny, unikała grupowych czatów i starała się nie myśleć o tym, jak na nią patrzył przed wyjściem. “Zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku.
” Arogancki palant. – Latte z mlekiem sojowym, podwójne espresso bez cukru – usłyszała głos zza pleców. Zuzanna zastygła. Nie, nie, nie, nie.
Odwróciła się. I tam stał Jakub Domański we własnej osobie, trzymający dwa kubki z kawą i uśmiechający się tym irytującym, zwycięskim uśmiechem. – Co ty tu robisz? – wysyczała.
– To publiczne miejsce – odparł, stawiając jeden z kubków przed nią. – Wolny kraj. Warszawa ma setkę kawiarni, a ta ma najlepszą kawę i najładniejszy widok. Jego spojrzenie nie schodziło z jej twarzy.
Zuzanna poczuła, jak się rumieni. – Skąd wiedziałeś, co piję? – Magdalena lubi rozmawiać. Oczywiście.
Zdrajczyni. Jakub usiadł naprzeciwko niej, bez zaproszenia, rozparty na krześle jak król na tronie. Miał na sobie ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami odsłaniającymi przedramiona i ten pewny siebie wyraz twarzy, który sprawiał, że chciała go uderzyć albo pocałować. Nie.
Zdecydowanie uderzyć. – Wiesz, że to graniczy ze stalkingiem, prawda? – zapytała, nie dotykając kawy, chociaż wyglądała idealnie. – To się nazywa bycie uważnym – poprawił ją.
– Widzisz, algorytm Filipa pokazał coś interesującego. – Przestań mówić o tym głupim algorytmie. – Pokazał, że mamy 87% zgodności w preferencjach kulinarnych. – Jakub pochylił się do przodu, opierając łokcie na stole.
– Oboje nienawidzimy głośnej muzyki w restauracjach. Oboje pijemy kawę bez cukru. Oboje czytaliśmy “Małego Księcia” siedem razy. Zuzanna wpatrywała się w niego.
– Skąd Filip ma dostęp do tych danych? – Uciął – mrugnął. – To nielegalne. – To nauka.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Zuzanna mogła poczuć, jak jej serce przyspiesza. To było absurdalne. On był absurdalny.
Siedział tam, wyglądając jak uosobienie pewności siebie, i po prostu patrzył na nią. – Czego ty chcesz, Jakub? – zapytała w końcu, zmęczona. Jego twarz złagodniała.
– Tylko trochę czasu. Chcę udowodnić, że algorytm ma rację. – Dlaczego? – Bo jesteś zdenerwowana.
Zuzanna zacisnęła szczękę. – Nie jestem zdenerwowana. – Jesteś – powiedział cicho, a potem zrobił coś, czego się nie spodziewała. Wyciągnął rękę przez stół i delikatnie odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Jego palce musnęły jej policzek. Zuzanna zamarła. Dotyk był tak naturalny, tak intymny, że zabrał jej oddech. – Widać lepiej – dodał.
A w jego głosie było coś ciepłego, co nie pasowało do sarkazmu. Zuzanna odsunęła się gwałtownie, przewracając przy tym kubek z kawą. Płyn rozlał się po stole, kapał na podłogę. – O cholera!
Jakub już był przy niej z serwetkami, ale miał ten uśmiech. Ten irytujący, triumfalny uśmiech. – Nerwowa? – zapytał cicho, zbyt blisko.
– Zamknij się – burknęła, próbując ratować swój laptop przed zalewą. Kelnerka przybiegła z szmatką, przepraszając, chociaż to nie była jej wina. Jakub przejął kontrolę nad sytuacją z łatwością kogoś, kto zawsze miał kontrolę nad wszystkim – ścierając stół, zajmując się bałaganem. A Zuzanna siedziała tam, patrząc na swoje drżące ręce i zastanawiając się, jak do diabła dotyk włosów mógł ją tak wytrącić z równowagi.
– Następnym razem będę uważniejszy – powiedział Jakub, siadając z powrotem. – Nie będzie następnego razu. – Będzie. Pewność w jego głosie była denerwująca i jednocześnie ekscytująca.
– Jesteś niemożliwy – jęknęła. – Tak mi mówią. – Wstał, ale przed wyjściem pochylił się, jego usta blisko jej ucha. – Ale ty też nie jesteś łatwa.
Dlatego to będzie zabawne. I po prostu wyszedł, zostawiając ją z bijącym sercem i nową kawą, za którą zostawił kelnerce pieniądze. Zuzanna opadła na krzesło, oddychając ciężko. 99%.
Może algorytm był geniuszem. Albo sadystą. Prawdopodobnie obydwoma. Jakub siedział w swojej pracowni architektonicznej, próbując skupić się na projekcie nowego kompleksu mieszkaniowego.
Ale jego umysł wracał do tego poranka – do sposobu, w jaki Zuzanna zamarła, gdy dotknął jej włosów, do drżenia jej rąk, do tego błysku w oczach, mieszanki złości i czegoś innego. Czegoś, co sprawiło, że chciał więcej. – Tracimy cię – powiedział Marcin, jego wspólnik, machając ręką przed jego twarzą. – Trzecia projekcja tego tygodnia.
– Przepraszam – mruknął Jakub, wracając do rysunków. – To ta kobieta z aplikacji, prawda? – Marcin uśmiechnął się szeroko. – Filip dzwonił wczoraj.
Nie mógł się zamknąć o tym 99%. – Zabiję mojego brata. – Nie zabijaj go – roześmiał się Marcin. – Jest geniuszem i najwyraźniej ma rację.
Nigdy cię nie widziałem tak rozkojarzonym. Jakub otworzył usta, żeby zaprzeczyć, gdy jego telefon zabrzęczał. Wiadomość od Filipa: “Analiza z wczoraj. Twój czas reakcji na jej obecność wykazuje wzrost poziomu kortyzolu i dopaminy o 340%.
To fascynujące. Chcesz zobaczyć wykresy? ” “Nie. ” “Wysyłam i tak.
”
Sekundę później telefon zapełnił się kolorowymi grafikami, które wyglądały jak coś z filmów science fiction. – Twój brat jest wariatem – stwierdził Marcin, patrząc przez ramię. – Powiedz mi coś, czego nie wiem. Kolejna wiadomość: “BTW.
Zauważyłem wzorzec. Gdy jesteście w tym samym pomieszczeniu, twoje ruchy mimowolnie ją naśladują. Neurony lustrzane. Oznaka głębokiej kompatybilności.
Też ją widać u niej. ”
Jakub westchnął. – Czy on w ogóle śpi? – Wątpię – odparł Marcin.
– Ale jest uroczy w swoim stalkerskim zapale. Następna wiadomość Filipa zawierała jeszcze więcej danych: “Magdalena dzwoniła. Ma plan. Piątek, 19:00.
Kolacja u Tomasza. Przypadkowo będzie nieparzysta liczba gości. Możesz podziękować później. ”
Jakub pokręcił głową, ale uśmiechnął się mimo woli.
Zuzanna właśnie skończyła sesję zdjęciową z klientką, gdy jej telefon zaczął dzwonić. Magdalena. Oczywiście. – Co?
– warknęła do słuchawki. – Też cię kocham – odparła wesoło Magdalena. – Słuchaj, Tomasz robi kolację w piątek. Przyjdziesz?
– Nie. – Dlaczego? – Bo wiem, że coś kombinujesz. – Ja?
– Magdalena zabrzmiała urażona. – Nigdy niczego nie kombinuję. – Kłamiesz jak z nut. – Dobrze, kombinuję – przyznała bez śladu wstydu.
– Ale tylko dlatego, że jesteś głupia i uparcie ignorujesz oczywiste. Zuzanna zamknęła oczy. – Magda. 99%.
Zuza, 99% to nie przypadek. To aplikacja stworzona przez dwudziestolatka, który pracował dla Google’a, zanim skończył dwadzieścia trzy lata. Filip nie jest głupi. A ty też nie.
Więc przestań udawać, że nie czujesz tego, co wszyscy widzimy. Zuzanna przygryzła wargę. To była ta cholerna wada. Ten nerwowy tik, który Jakub najwyraźniej zauważył i komentował na każdym kroku.
– On mnie denerwuje – powiedziała słabo. – Bo się go boisz. – Nie boję się go. – Boisz się tego, co czujesz – poprawiła ją Magdalena.
– A to nie to samo. – Jej głos złagodniał. – Zuza, przez trzy lata udawałaś, że go nie widzisz, a on robił to samo. Może teraz jest czas przestać udawać.
Zuzanna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Bo gdzieś głęboko, w miejscu, którego nie chciała badać, wiedziała, że Magdalena ma rację. – Przyjdę – westchnęła w końcu. – Ale jeśli to będzie dziwne, zabiję cię.
– Akceptuję te warunki – roześmiała się Magdalena i rozłączyła się. Piątkowy wieczór przyszedł szybciej, niż Zuzanna chciała. Stała przed mieszkaniem Tomasza, nerwowo poprawiając włosy, przeklinając siebie za to, że założyła tę zieloną sukienkę zamiast dżinsów. Drzwi otworzyły się i tam stał Tomasz z szerokim uśmiechem.
– Zuzanna, wchodź! Potem, ciszej, szepnął:
– Magdalena kazała mi powiedzieć, że nic nie kombinujemy, co oznacza, że kombinujecie. – Burknęła, wchodząc do środka. I tam oczywiście stał Jakub.
W ciemnych dżinsach i białej koszuli, wyglądając jak coś z reklamy perfum. Ich spojrzenia spotkały się przez pokój i Zuzanna poczuła to znowu. To przeklęte przyciąganie. – Zuzanna – powiedział, kiwając głową.
– Jakub – odparła sztywno. Magdalena pojawiła się z kuchni z dwoma kieliszkami wina. – O, dobrze, wszyscy już są. Niestety, Ola zachorowała, a Anna odwołała w ostatniej chwili, więc jesteśmy w dziwnej liczbie.
– Jej uśmiech był zbyt niewinny. – Jakub, Zuzanna, będziecie musieli się ciągle dzielić rzeczami. Nie mam wystarczająco talerzy. Zuzanna spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Serio? – Całkiem serio – powiedziała Magdalena, mrugając. To będzie długi wieczór. Bardzo długi wieczór.
Kolacja u Tomasza była torturą. Słodką, irytującą torturą. Zuzanna siedziała na kanapie – tej samej kanapie co Jakub, bo oczywiście wszystkie krzesła były zajęte – ich uda niemal się stykały, a ona czuła każdy jego ruch, każdy oddech. – Przepraszam – mruknął Jakub, gdy ich kolana się zetknęły po raz piąty.
– Pewnie! – odparła, przesuwając się centymetr w lewo, co dało jej dokładnie zero przestrzeni dodatkowej. Tomasz przyniósł talerz z przystawkami. Dokładnie jeden talerz.
I postawił go między nimi. – Macie się dzielić – oznajmił z szerokim uśmiechem. – Nie miałem czasu zrobić więcej. – Masz sześć talerzy w szafce – zauważyła Zuzanna.
– Och, faktycznie. – Tomasz udał zaskoczenie tak źle, że Filip prawdopodobnie stworzyłby algorytm do mierzenia kłamstw. – Cóż, teraz już za późno. Jakub westchnął, ale sięgnął po oliwkę.
Jego palce musnęły jej dłoń, gdy ona robiła to samo. – Po tobie – powiedział cicho. – Nie, proszę – odparła, cofając rękę. – Zuzanna, weź tę cholerną oliwkę.
– Jakub, weź ty tę cholerną oliwkę. Magdalena chichotała w kuchni tak głośno, że prawdopodobnie słyszeli ją sąsiedzi. Filip wszedł do pokoju z laptopem, co nigdy nie wróżyło nic dobrego. – Muszę wam pokazać aktualizację – oznajmił, stawiając komputer na stoliku.
– Dodałem nową funkcję śledzenia mikroekspresji. – Filip, nie – jęknął Jakub. – Filip, tak – poprawił go brat. – Patrz.
– obrócił ekran. – Widzicie ten wykres? Rejestruje poziom endorfin na podstawie wzorców mowy. Gdy jesteście w tym samym pokoju, wasze poziomy rosną o 72%.
– To inwazyjne – powiedziała Zuzanna. – To nauka – odparł Filip, tak samo jak jego brat wcześniej. – To rodzinne? – zapytała.
– Ta irytująca cecha? Jakub parsknął śmiechem. Prawdziwym, głębokim śmiechem, który sprawił, że coś w jej klatce piersiowej zaczęło się rozluźniać. – Ona ma rację – przyznał, patrząc na brata.
– Jesteś denerwujący. – Ale mądry – dodał Filip bez urazy. – I mam rację. Poczekajcie miesiąc.
Będziecie razem. – Założymy się – wyzwała go Zuzanna, zanim zdążyła się powstrzymać. Pokój ucichł. Wszyscy patrzyli na nią.
– O co? – zapytał Filip, pochylając się do przodu z błyskiem w oku. Zuzanna otworzyła usta, zdając sobie sprawę, że właśnie popełniła błąd. Ale teraz było za późno na wycofanie się.
– Jeśli twój algorytm ma rację i cokolwiek… – machnęła ręką nieokreślenie – …wydarzy się między nami w ciągu miesiąca, przyznam, że technologia jest lepsza od intuicji. A jeśli nie, Filip przyznaje, że jego aplikacja jest do kitu i nigdy więcej nie wspomina o tym 99%. Filip spojrzał na brata. – Co ty na to?
Jakub patrzył na Zuzannę z tym swoim nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem powoli się uśmiechnął. Tym swoim pewnym siebie, irytującym uśmiechem. – Akceptuję warunki.
Serce Zuzanny zabiło szybciej. Co ona właśnie zrobiła? – Doskonale – powiedział Filip, już wpisując coś w laptopa. – Oficjalny zakład.
Jeden miesiąc od dzisiaj. Termin: 22 listopada. – To świetne – Tomasz klasnął w dłonie. – Wreszcie jakiś dramat w naszych nudnych życiach.
– Wasze życie jest nudne – poprawiła go Magdalena. – Moje jest fascynujące. Kolacja była dziwna po tym. Zuzanna była zbyt świadoma Jakuba obok niej – sposobu, w jaki brał łyk wina, jak przekrzywiał głowę, gdy ktoś mówił coś zabawnego, jak jego udo co jakiś czas ocierało się o jej.
Gdy wszyscy przeszli do deserów – pojedynczy deser, oczywiście, który musiała dzielić z Jakubem – sytuacja osiągnęła punkt kulminacyjny. – To jest śmieszne! – mruknęła, patrząc na tiramisu. – To jest planowanie – poprawił ją Jakub, biorąc łyżeczkę.
– Oni są beznadziejni w subtelności. – Tak, podał jej łyżeczkę – ale mają dobre intencje. Ich palce spotkały się na łyżeczce i Zuzanna poczuła ten przeklęty przypływ ciepła. Zerknęła na niego i złapała go, jak patrzy na jej usta.
– Co? – zapytała obronnie. – Nic – odparł, ale jego głos był niższy. – Tylko gryziesz wargę.
– Nie gryzę. – Gryziesz. Zawsze, gdy jesteś zdenerwowana. – Nie jestem zdenerwowana.
– Jesteś. – Pochylił się bliżej. Tak blisko, że mogła poczuć zapach jego wody kolońskiej. Coś drzewnego i świeżego.
– I właśnie zastanawiam się, dlaczego. Zuzanna nie oddychała. Siedzieli tam, w pokoju pełnym ludzi, ale mogliby być sami. Świat zwężał się do jego oczu, jego bliskości, tego przytłaczającego poczucia, że coś się zmienia.
– Jakub… – zaczęła, nie wiedząc, co powie. – Deser! – krzyknął Filip, wchodząc do pokoju. – Kto chce kawy?
Moment prysnął jak bańka mydlana. Zuzanna odsunęła się, serce walące jak oszalałe. Jakub zaśmiał się cicho, potrząsając głową. – Twój timing jest beznadziejny, bracie.
– Przepraszam – Filip wyglądał na szczerze zdezorientowanego. – Nieważne – mruknął Jakub. Ale gdy Filip odszedł, Jakub pochylił się ponownie. Jego usta tuż przy jej uchu.
– To się nie skończyło – szepnął. A Zuzanna, nienawidząc siebie za to, uwierzyła mu. Bo miesiąc nagle wydawał się bardzo, bardzo krótki. I bardzo niebezpieczny.
Jakub Domański miał wszystko pod kontrolą. Zawsze miał. W pracy, w życiu, w każdej sytuacji. Był tym, który planował, rozwiązywał, wygrywał.
Ale odkąd rozpoczął ten absurdalny zakład, kontrola rozpływała mu się między palcami jak piasek. I wszystko przez jedną denerwującą, piękną, nieustępliwą fotografkę. Siedział w swoim biurze w poniedziałek rano, próbując skupić się na projekcie, gdy zadzwonił telefon. Nieznany numer.
– Domański – odebrał. – Dzień dobry – usłyszał zbyt wesoły głos. – Mówi pani Kowalska z galerii sztuki współczesnej. Czy to prawda, że pan Domański i pani Nowak pracują wspólnie nad projektem?
Jakub zmarszczył brwi. – Słucham? – Magdalena Wiśniewska podała mi pana numer. Powiedziała, że pan i pani Nowak jesteście doskonałym duetem.
Fotografia i architektura. Chcielibyśmy zaprosić państwa do udziału w naszej wystawie “Przestrzeń i światło”. Magdalena. Oczywiście.
– Pani Kowalska – zaczął Jakub ostrożnie. – Obawiam się, że to nieporozumienie. – Doskonale. – przerwała mu.
– Wysyłam szczegóły mailem. Wernisaż za trzy tygodnie. Do zobaczenia. Rozłączyła się, zanim zdążył zaprotestować.
Jakub wpatrywał się w telefon, potem wybrał numer Magdaleny. – Co zrobiłaś? – zapytał bez powitania. – Dzień dobry, Jakub – odparła słodko.
– Jak się masz? – Magdalena. – Dobrze, dobrze. – Westchnęła dramatycznie.
– Spotkałam kuratorkę z galerii w zeszłym tygodniu. Wspomniałam, że znam utalentowanego architekta i wspaniałą fotografkę. Ona sama doszła do wniosku, że bylibyście świetnym zespołem. – Skłamałaś.
– Doprecyzowałam rzeczywistość – poprawiła go. – Poza tym to doskonała okazja. Trzy tygodnie wspólnej pracy. W zamkniętych przestrzeniach, zmuszeni do współpracy.
– Jesteś szalona. – Ja jestem pomocna. – Roześmiała się. – Poza tym zakład jest zakładem.
Czas płynie, a wy nadal udajecie, że się nienawidzicie. Jakub rozłączył się, czując mieszankę frustracji i czegoś innego. Czegoś, co groźnie przypominało podekscytowanie. Zuzanna właśnie wróciła do domu po sesji, gdy zadzwonił jej telefon.
– Magdalena, jeśli to kolejna kolacja z dziwną liczbą gości, odmawiam – powiedziała zamiast powitania. – Lepiej – odparła Magdalena. – Masz wystawę w galerii. – Co?
– Z Jakubem. “Przestrzeń i światło”. Architektura spotyka fotografię. – Magdalena brzmiała bardzo zadowolona z siebie.
– Wernisaż 20 listopada. – Magdalena, co ty zrobiłaś? – Pomogłam wam obojgu zawodowo. Jesteś mi winna.
– Zabiję cię – warknęła Zuzanna. – Później. Najpierw idź spotkać się z Jakubem. Ma jakieś pomysły na projekt?
– Nie mam zamiaru…
Ale Magdalena już się rozłączyła. Jakub czekał w kawiarni – nie tej samej, w której ją zaskoczył, ale mniejszej, cichszej. Gdy Zuzanna wpadła, wyglądając jak burza w ludzkiej postaci. – To twoja wina – warknęła, rzucając torebkę na krzesło.
– Jak to moja wina? – Ty i twój cholerny algorytm i ten głupi zakład. Teraz Magdalena myśli, że może zarządzać moim życiem. – Naszymi życiami – poprawił ją Jakub.
– Ona zarządza obojgiem. Zuzanna usiadła ciężko, przecierając twarz dłońmi. – Nie mogę z nim pracować. – Dzięki – mruknął.
– Wiesz, co mam na myśli. – Spojrzała na niego, a w jej oczach była szczera frustracja. – To jest zbyt dużo. Jakub poczuł dziwne ściśnięcie w klatce piersiowej.
Widział ją. Naprawdę ją widział. Po raz pierwszy bez tej maski ironii i złości. Widział lęk.
– Możemy odmówić – powiedział cicho. – Naprawdę? – Oczywiście. – Pochylił się do przodu.
– Mogę zadzwonić do galerii i powiedzieć, że to pomyłka. Nikt nie będzie nas zmuszał. Ale to dobra okazja. – Przerwała mu.
– Galeria jest prestiżowa. To mogłoby… – urwała. – Mogłoby co? – Pomóc mojej karierze – przyznała niechętnie.
– Byłam tam raz. Marzenie. Jakub patrzył na nią. Na sposób, w jaki bawiła się krawędzią serwetki, unikając jego wzroku.
I nagle wszystko stało się jasne. Ona chciała tego. Chciała tej wystawy. Ale bała się pracować z nim.
– Zrobimy to – powiedział. – Ale posłuchaj. – Czekał, aż na niego spojrzy. – Zrobimy to profesjonalnie.
Bez dramatu. Ja projektuję przestrzenie, ty robisz zdjęcia. Jesteśmy dorośli. Damy radę.
– I nie będziesz próbował niczego. – Jak czego? – Wiesz! – burknęła, rumieniąc się.
– Tego, co robisz. Tych rzeczy? – Jakich rzeczy? – zapytał, choć dokładnie wiedział, o czym mówi.
– Dotykania moich włosów. Patrzenia na mnie. Mówienia takich… takich… takich…
– Podpowiedział, uśmiechając się. – Takich seksownych rzeczy!
– wybuchła, a potem zakryła twarz dłońmi. – Boże, nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam. Jakub parsknął śmiechem. Głębokim, szczerym śmiechem.
– Uważasz, że mówię seksowne rzeczy? – zapytał, wciąż się śmiejąc. – Zamknij się. – To bardzo interesujące.
– Jakub! – W porządku, w porządku. – Podniósł ręce w obronnym geście. – Obiecuję.
Profesjonalizm. Zero seksownych rzeczy. – Wyciągnął rękę przez stół. – Zakład na zakład.
Zuzanna patrzyła na jego dłoń, potem na jego twarz, potem powoli uścisnęła jego rękę. – Zakład na zakład. Jej dłoń była ciepła i mała w jego. Jakub poczuł coś w żołądku.
Coś niepokojącego i ekscytującego jednocześnie. Trzy tygodnie wspólnej pracy. Profesjonalnej pracy. To nie może być aż tak trudne, prawda?
Być może właśnie skłamał sam sobie po raz pierwszy w życiu. Pierwsze spotkanie w pracowni Jakuba było katastrofą. Nie dlatego, że się kłócili. Wręcz przeciwnie.
Problem polegał na tym, że wszystko działało zbyt dobrze. Zuzanna pojawiła się punktualnie o 9:00 rano, niosąc aparat i notes. Jakub czekał już z kawą – bez cukru, oczywiście – i rozłożonymi planami. – Pomyślałem o koncepcji – zaczął, pokazując szkice.
– Przestrzeń jako rama dla światła. Twoje zdjęcia będą głównym elementem, a moje projekty architektoniczne stworzą kontekst. Zuzanna nachyliła się nad rysunkami, przygryzając wargę. Jakub starał się nie patrzeć.
– To jest naprawdę dobre – przyznała niechętnie. – Myślałam, że zaproponujesz coś pretensjonalnego. – Dziękuję za wiarę w moje umiejętności – odparł sucho. – Nie o to mi chodziło.
– Uśmiechnęła się lekko. Pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki mu dała. – Po prostu… to są naprawdę dobre. Coś w klatce piersiowej Jakuba zaczęło się rozluźniać.
Następne dwie godziny spędzili na planowaniu. Zuzanna pokazała mu portfolio – zdjęcia, których nigdy wcześniej nie widział. Stare kamienice w złotym świetle zmierzchu, puste ulice w deszczu, cienie na betonowych ścianach. – Masz oko do geometrii – zauważył, przyglądając się jednemu zdjęciu.
– Wszystkie linie prowadzą wzrok do centrum. – Studiowałam kompozycję – wyjaśniła. – Chciałam być malarką, ale nie miałam cierpliwości. – Więc zostałaś fotografką.
– Więc zabieram momenty, zanim znikną. – Spojrzała na niego. – Architektura jest odwrotna. Ty tworzysz rzeczy, które zostają.
– Nie zawsze – odparł. – Niektóre budynki są tymczasowe. Jak momenty. Ich spojrzenia spotkały się i przez sekundę Jakub zapomniał o profesjonalizmie, o zakładzie, o wszystkim oprócz jej oczu.
– Powinniśmy… – zaczęła Zuzanna. – Tak – przerwał jej szybko. – Powinniśmy kontynuować. Ale koncentracja była już stracona.
Popołudnie przyniosło nowy problem. Musieli odwiedzić kilka lokacji w mieście, żeby zrobić zdjęcia testowe, co oznaczało spędzanie czasu w samochodzie Jakuba. W małej, zamkniętej przestrzeni. – Możemy wziąć dwa auta – zaproponowała Zuzanna.
– Po co tracić paliwo? – Jakub otworzył drzwi pasażera. – Jestem doskonałym kierowcą. – To właśnie powiedziałby ktoś, kto nie jest doskonałym kierowcą.
– Po prostu wsiadaj. Zuzanna wsiadła, przewracając oczami. Samochód pachniał skórą i tą samą drzewną wodą kolońską, którą czuła podczas kolacji. To było zbyt intymne.
– Dokąd najpierw? – zapytał Jakub, włączając silnik. – Praga. Stara fabryka na Brzeskiej.
Jechali w ciszy, ale to nie była niewygodna cisza. Jakub włączył radio i Zuzanna niemal upuściła telefon, gdy usłyszała piosenkę. – To jest… – zaczęła. – “Hallelujah”.
Jeffa Buckleya – dokończył. – Filip wspominał, że to twoja ulubiona. – On naprawdę ma obsesję na naszym punkcie. – Ma obsesję na punkcie danych – poprawił ją Jakub.
– My jesteśmy tylko najciekawszym przypadkiem testowym. – To mnie nie pociesza. Jakub roześmiał się i Zuzanna poczuła to samo dziwne ciepło, co wcześniej. Starała się to zignorować.
Gdy dotarli na Pragę, słońce zaczynało się przesuwać w idealny kąt. Zuzanna wyciągnęła aparat, ale Jakub już chodził po przestrzeni, oceniając ją wzrokiem architekta. – Widzisz te kolumny? – wskazał.
– Tworzą naturalną ramę. Jeśli staniesz tam, złapiesz światło przez okno. Zuzanna poszła tam, gdzie wskazał. I miał rację.
Obraz był idealny. – Skąd wiedziałeś? – zapytała, robiąc zdjęcie. – To moja praca – odparł, stając za nią.
– Rozumiem przestrzeń. Był zbyt blisko. Zuzanna mogła poczuć ciepło jego ciała za sobą. – Jakub…
– Przepraszam – cofnął się szybko.
– Profesjonalizm. Pamiętam. Ale szkoda była wyrządzona. Zuzanna nie mogła się skupić przez następne piętnaście minut.
Wieczorem wrócili do pracowni Jakuba, żeby przejrzeć zdjęcia. Zuzanna podłączyła aparat do jego komputera i zaczęli przeglądać. – To jest dobre – mruknął Jakub, wskazując jedno zdjęcie. – Tylko dobre?
– Bardzo dobre. Lepiej pracowali w ciszy, ale to była inna cisza niż w samochodzie. To była cisza dwojga ludzi, którzy rozumieli się bez słów. Jakub wskazywał na szczegóły w zdjęciach, których nawet ona nie zauważyła.
Zuzanna sugerowała zmiany w jego szkicach, które je poprawiały. Była 21:00, gdy Zuzanna w końcu przeciągnęła się. – Jestem wykończona – przyznała. – Ja też.
– Jakub patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy. – Zuzanna…
– Co? – Nic. – Pokręcił głową.
– Po prostu… dzisiaj było dobrze. – Tak – zgodziła się cicho. I to był problem. Bo jeśli jeden dzień mógł być taki dobry, co stanie się przez następne trzy tygodnie?
Gdy Zuzanna wróciła do domu tej nocy, Magdalena już tam była. Siedziała na jej kanapie z winem. – Masz klucz do mojego mieszkania! – stwierdziła Zuzanna zamiast powitania.
– Tak – Magdalena uśmiechnęła się. – I ty masz do mojego. W czym problem? – W tym, że używasz go, żeby mnie śledzić.
– Nazywam to byciem dobrą przyjaciółką. – Magdalena nalała jej kieliszek. – Więc jak było? Zuzanna opadła na kanapę, zabierając wino.
– Było okropnie. Niezręcznie. Katastrofalnie. – Dobre.
Magdalena zamarła w połowie picia. – Dobre? – Tak. – Zuzanna westchnęła.
– Naprawdę dobre. On jest utalentowany. Rozumie przestrzeń w sposób, który… który uzupełnia moje zdjęcia. Jakbyśmy myśleli tym samym językiem.
– 99% – szepnęła Magdalena. – Nie zaczynaj. – Ale to prawda. – Magdalena odstawiła kieliszek, obracając się do niej.
– Zuza, czy to nie jest oczywiste? Wy pasujecie do siebie. Zawsze pasowaliście. Po prostu byliście zbyt uparci, żeby to zauważyć.
– My się nie znamy – zaprotestowała Zuzanna słabo. – Znacie się lepiej, niż myślisz. – Magdalena wzięła jej rękę. – Wiem, że się boisz.
Wiem, że twoje ostatnie związki były trudne. Ale Jakub nie jest jak inni. – Skąd wiesz? – Bo widzę, jak na ciebie patrzy.
– Magdalena powiedziała cicho. – Patrzy na ciebie jak na coś cennego. Jak na coś, co chce chronić. Zuzanna poczuła łzy w oczach i mrugnęła szybko.
– A jeśli to nie wystarczy? – A jeśli wystarczy? – Magdalena uśmiechnęła się. – Czasami trzeba zaryzykować, żeby się dowiedzieć.
Tej nocy Zuzanna leżała w łóżku, myśląc o tym dniu. O sposobie, w jaki Jakub patrzył na jej zdjęcia z prawdziwym podziwem. O tym, jak śmiał się z jej żartów. O tym, jak był ostrożny, żeby nie być zbyt blisko, chociaż ona czuła, że chciał.
Może Magdalena miała rację. Może warto było zaryzykować. Ale najpierw musiała przetrwać kolejne dwa tygodnie i te dni bez zakochiwania się. Chociaż, jeśli była ze sobą szczera, to był już przegrany cel.
Tydzień pracy zmienił wszystko i nic jednocześnie. Jakub i Zuzanna spotykali się codziennie – w jego pracowni, w jej małym studio, w kawiarniach rozsianych po całej Warszawie. Projekt nabierał kształtu, stawał się czymś pięknym i spójnym. Ale napięcie między nimi rosło jak sprężyna.
Coraz mocniej zwijana. Małe rzeczy zaczęły się kumulować. Sposób, w jaki Jakub przynosił jej kawę bez pytania. Jak Zuzanna pamiętała, że jego telefon musi być na blacie pod odpowiednim kątem, bo światło odbija się źle.
Jak się synchronizowali – on mówił, ona rozumiała; ona pokazywała, on widział. – To jest niebezpieczne – powiedziała Magdalena podczas lunchu w piątek. – Co jest niebezpieczne? – zapytała Zuzanna, próbując brzmieć niewinnie.
– Ten sposób, w jaki o nim mówisz. – Magdalena wskazała ją widelcem. – Przestałaś narzekać. Zaczęłaś się uśmiechać, gdy dostajesz jego wiadomości.
Następny etap to pisanie jego imienia otoczonego serduszkami w notesie. – Mam 28 lat, nie 13. – Zakochanie nie ma wieku – stwierdziła Magdalena mądrze. – Nie jestem zakochana.
– Jeszcze nie. – Magdalena uśmiechnęła się jak kot, który właśnie złapał mysz. – Ale będziesz. Za dziewięć dni kończy się zakład.
Co wtedy? Zuzanna nie miała odpowiedzi. Tego samego wieczoru był festiwal na placu Zamkowym. Muzyka na żywo, jedzenie z food trucków, tłumy ludzi cieszących się ostatnimi ciepłymi dniami października.
Cała paczka miała się spotkać, ale jeden po drugim odwoływali. Ola – chora. Przepraszam. Tomasz – praca.
Przykro mi. Filip – konferencja. “Algorytm nie śpi”. Co zostawiło tylko Jakuba i Zuzannę stojących przy wejściu, oboje trzymających telefony i wyglądających na zdradzonych.
– To jest ustawka – powiedział Jakub w końcu. – Tak – zgodziła się Zuzanna. – Bardzo oczywista ustawka. – Możemy pójść do domu.
– Możemy. – Spojrzała na scenę, gdzie zespół właśnie zaczynał grać. – Albo możemy zostać i udowodnić im, że się mylą. Jakub spojrzał na nią, jedna brew uniesiona.
– Mylą się co do czego? – Co do tego, że nie możemy być w tym samym miejscu bez robienia scen. – Nigdy nie robiliśmy scen. – Kłócimy się.
To nie to samo. – Może – Jakub uśmiechnął się lekko. – Poza tym lubimy się kłócić. Zuzanna poczuła to znowu.
To ciepło w klatce piersiowej. – Dobra, zostajemy. Ale jesteś odpowiedzialny za jedzenie. – A ty za niekrytykowanie moich wyborów kulinarnych.
– Bez obietnic. Spędzili następną godzinę wędrując między straganami. Jakub kupił zapiekanki, które okazały się zadziwiająco dobre. Zuzanna znalazła stragan z tradycyjnymi pączkami i zmusiła go do zjedzenia jednego.
– Mam 35 lat – zaprotestował. – Moja dieta – westchnął. – Jeden pączek cię nie zabije – przerwała mu, wręczając mu jeszcze ciepły wypiek posypany cukrem pudrem. Obserwowała, jak gryzie, a cukier zostawia biały ślad na jego górnej wardze.
Zanim pomyślała, wyciągnęła rękę i otarła go kciukiem. Czas zwolnił. Jakub zamarł. Jego oczy – ciemne i intensywne.
Zuzanna zdała sobie sprawę, co zrobiła. Jak intymny był ten gest. Jak blisko stali. – Cukier – wyszeptała.
– Dziękuję – odparł równie cicho, jego głos ochrypły. Nie cofnęła ręki. On nie odsunął się. Stali tam, pośrodku tłumu, ale równie dobrze mogliby być sami.
– Zuzanna – zaczął Jakub. – Nie. Muszę ci coś powiedzieć. – Nie, nie musisz.
Cofnęła się w końcu. Serce waliło jak szalone. – Mamy zakład. Profesjonalizm.
Pamiętasz? – Do diabła z zakładem. – Nie możesz tak mówić. – Mogę.
– Podszedł bliżej, ignorując ludzi przepychających się wokół nich. – Przez cały tydzień udawałem. Udawałem, że to tylko praca. Że jesteś tylko kolejną osobą.
Ale nie jesteś. – Jakub, błagam…
– Nie jesteś. – Powtórzył, jego głos był intensywny. – Jesteś kimś, kto rozumie, jak widzę świat.
Kto nie potrzebuje tłumaczeń. Kto sprawia, że rzeczy, które projektuję, mają sens, bo ty je widzisz tak samo. Zuzanna czuła łzy napływające do oczu. – To tylko 99%.
To tylko algorytm. – To nie algorytm sprawia, że nie mogę przestać o tobie myśleć. – Powiedział cicho. – To nie algorytm sprawia, że każdy dzień bez ciebie jest po prostu dniem.
Ale każdy z tobą jest czymś więcej. – Przestań! – Wyszeptała, ale zabrzmiało to bardziej jak błaganie. – Dlaczego?
– Bo się boję. Wyznanie wyszło, zanim mogła je powstrzymać. Jakub zamarł, a potem bardzo powoli wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. – Czego się boisz?
– Że to będzie prawdziwe. – Łzy spływały teraz swobodnie. – Poczuję coś prawdziwego, a potem to zniknie. Jak zawsze znika.
Coś w twarzy Jakuba złagodniało. – Ja nigdzie nie zniknę. – Skąd możesz to wiedzieć? – Bo spędziłem trzy lata, próbując cię zignorować.
I nie udało mi się. – Roześmiał się cicho. – Myślisz, że teraz, gdy w końcu cię mam, pozwolę ci odejść? Zuzanna nie wiedziała, co powiedzieć.
Patrzyła na niego – tego wysokiego, pewnego siebie mężczyznę, który patrzył na nią jak na coś cennego – i czuła, jak wszystkie jej mury zaczynają pękać. – Jakub… – zaczęła, nie wiedząc, co powie dalej. A potem zespół na scenie uruchomił fajerwerki. Huk był ogłuszający.
Ludzie krzyczeli z ekscytacji. Światła eksplodowały na niebie w kaskadach kolorów. Moment pękł. Zuzanna odsunęła się, śmiejąc się przez łzy.
– To jest czasowanie rodem z filmu. – Dokończył Jakub, ale się uśmiechał. – Może to znak – powiedziała. – Albo Filip płaci za fajerwerki.
Roześmiała się. Prawdziwie, głośno. I nagle wszystko było trochę lżejsze. – Chodź – powiedział Jakub, wyciągając rękę.
– Zatańczymy? – Nie tańczę. – Ja też nie. Będziemy źli razem.
Wzięła jego rękę. I gdy tańczyli, niezręcznie śmiejąc się, otoczeni obcymi ludźmi i fajerwerkami, Zuzanna pomyślała, że może – tylko może – warto było zaryzykować. Nawet jeśli to oznaczało przegranie zakładu. Nawet jeśli to oznaczało zakochanie się.
Szczególnie jeśli to oznaczało zakochanie się. Deszcz przyszedł nagle, jak to bywa w Warszawie pod koniec października. Jeden moment słońce świeciło przez okna pracowni Jakuba, a w następnym niebo rozerwało się, zalewając miasto wodą. Zuzanna stała przy oknie, patrząc na ulicę poniżej.
Minęły cztery dni od festiwalu. Cztery dni, podczas których wszystko się zmieniło i nic się nie zmieniło. Pracowali dalej nad wystawą, ale teraz była między nimi inna energia. Bardziej otwarta.
Bardziej szczera. Przestali udawać. – Nie masz parasola! – stwierdził Jakub, podchodząc z tyłu.
– Przeżyję – odparła, nie odwracając się. – Zuzanna, leje jak z cebra. – Zauważyłam. Jakub westchnął, a Zuzanna usłyszała szelest materiału.
Gdy się odwróciła, trzymał kurtkę i parasol. – Co robisz? – zapytała. – Odwożę cię do domu.
– Nie musisz. – Wiem. – Uśmiechnął się lekko. – Ale i tak to zrobię.
W samochodzie było cicho, wypełnione tylko dźwiękiem deszczu bębniącego o dach. Zuzanna obserwowała krople spływające po szybie, układające się w wzory. – Dziękuję – powiedziała w końcu. – Za co?
– Za ten tydzień. Za bycie innym, niż myślałam. Jakub spojrzał na nią. Jeden kącik ust uniósł się w półuśmiechu.
– Innym, jak dobrym. – Odwróciła się do niego. – Myślałam, że jesteś tylko aroganckim architektem, który lubi mnie denerwować. – Jestem aroganckim architektem, który lubi cię denerwować – poprawił ją.
– Ale to nie wszystko, czym jestem. – Wiem – wyszeptała. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Napięcie rosło między nimi jak fala.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedział Jakub nagle. Serce Zuzanny przyspieszyło. – Co? – Tamtej nocy.
Trzy lata temu. Gdy się potknęłaś. Gdy się śmiałem…
– Przerwała mu. – Śmiałem się, bo byłaś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.
I nie wiedziałem, jak inaczej zareagować. – Słowa wypłynęły szybko, jakby były długo trzymane w środku. – Wyglądałaś na taką szczęśliwą. Rozmawiałaś z Magdaleną, śmiałaś się.
I potem po prostu runęłaś. A ja pomyślałem: to jest ta. Ta osoba, która sprawia, że wszystko wydaje się jasne. Zuzanna patrzyła na niego z otwartymi ustami.
– Dlaczego nigdy nie powiedziałeś? – Bo następnego dnia opowiedziałaś wszystkim te historie o tym, jak ktoś wyśmiał cię na randce. Pamiętasz? Wszyscy się śmiali.
A ja pomyślałem: “Ona mnie nienawidzi”. Więc grałem tę rolę. Byłem tym, kogo nienawidziła. – Jakub… – Jej głos się załamał.
– Przez trzy lata obserwowałem cię – kontynuował, jego oczy błyszczały w świetle latarni ulicznych. – Sposób, w jaki dotykasz obiektywu przed zrobieniem zdjęcia. Jak zamykasz oczy, gdy pijesz pierwszą kawę rano. Jak śmiejesz się całym ciałem, gdy coś jest naprawdę zabawne.
I przez trzy lata myślałem, że nigdy nie będę miał szansy. A potem Filip stworzył tę aplikację. – Dokończyła cicho. – A potem Filip stworzył tę aplikację – powtórzył.
– I nagle miałem wymówkę. Powód, żeby być blisko ciebie. – Ale teraz…? – Teraz nie chcę wymówki.
– Odwrócił się do niej całym ciałem. – Chcę prawdy. Więc powiem prawdę. Zakochałem się w tobie tamtej nocy, trzy lata temu.
I każdy dzień od tamtej pory tylko to pogorszył. Zuzanna nie mogła oddychać. Łzy napływały do oczu, a deszcz bębnił wokół nich jak orkiestra. – Ja… – zaczęła, ale głos jej zawiódł.
– Nie musisz nic mówić – powiedział Jakub szybko. – Po prostu chciałem, żebyś wiedziała. Zanim zakład się skończy. Zanim zdecydujesz, że to tylko algorytm albo chwilowe szaleństwo.
Chciałem, żebyś wiedziała, że dla mnie to jest prawdziwe. Coś w Zuzannie pękło. Wszystkie mury. Cała ostrożność.
Cały strach. Bez myślenia, nachyliła się przez konsolę i dotknęła jego twarzy. – Tamtej nocy, gdy się potknęłam – wyszeptała – patrzyłam na ciebie. Dlatego nie widziałam schodów.
Bo nie mogłam przestać patrzeć na tego wysokiego, przystojnego mężczyznę, który wyglądał, jakby rozumiał coś, czego nikt inny nie rozumiał. Jakub zamarł pod jej dotykiem. – A potem się zaśmiałeś – kontynuowała. – I pomyślałam: nie mogę się zakochać w kimś takim.
Więc zbudowałam mury. Robiłam wszystko, żeby cię znienawidzić. Ale nie działało. Bo za każdym razem, gdy się kłóciliśmy, widziałam tego mężczyznę z tamtej nocy.
– I czego chciałaś? – Chciałam cię znać – zapytał ochryple. – Chciałam znać cię. Prawdziwego ciebie.
Deszcz nagle przestał. Albo może po prostu przestali go słyszeć. Świat zawężał się do tego małego samochodu, do przestrzeni między nimi, która się kurczyła. – Zuzanna – wyszeptał Jakub, jej imię jak modlitwę.
I wtedy jej telefon zadzwonił. Dźwięk był ostry, inwazyjny. Zuzanna zaklęła, sięgając po telefon. – Nie odbieraj – powiedział Jakub.
– Muszę. Odebrała. – Co? – Gdzie jesteś?
– Głos Magdaleny był pełen paniki. – Twoje studio. Serce Zuzanny zamarło. – Co z moim studiem?
– Zalane. Pęknięta rura na górze. Twój wynajmujący dzwonił na mój numer, bo ty nie odbierałaś. Zuzanna, musisz tam jechać.
Teraz. Telefon wypadł jej z ręki. – Co się stało? – zapytał Jakub.
– Moje studio – wyszeptała. – Wszystkie moje zdjęcia. Sprzęt. Wszystko.
Jakub już włączał silnik. – Jaki adres? Podała mu automatycznie, ale jej umysł był pusty. Studio to było wszystko, co miała.
Jej praca. Jej życie. Trzy lata budowania kariery. Dotarli tam w dziesięć minut.
Jakub złamał prawdopodobnie pięć przepisów drogowych, ale Zuzannie było wszystko jedno. Gdy wbiegła po schodach, zobaczyła wodę sączącą się spod drzwi. – Nie! – Wyszeptała, otwierając.
Scena wewnątrz była z koszmaru. Woda pokrywała podłogę. Jej zdjęcia leżały rozmokłe. Sprzęt był pod wodą.
Lata pracy zniszczone w godzinę. Zuzanna upadła na kolana, nie dbając o wodę. Wzięła jedno zdjęcie. Portret jej babci, zrobiony tuż przed jej śmiercią.
Papier rozpadał się w jej rękach. – Nie, nie, nie! – Powtarzała, łzy mieszając się z deszczem na jej twarzy. Jakub był przy niej w sekundę, odsuwając mokre włosy z jej twarzy.
– Zuzanna… – To wszystko się zrujnowało – szlochała. – Wszystko, nad czym pracowałam. Wszyscy ludzie. Nie będę miała czym zapłacić za wystawę.
Nie będę miała się z czego utrzymać. – Hej – obrócił jej twarz do siebie. – Popatrz na mnie. Nie mogła.
Wstydziła się. Że widzi ją taką złamaną, spanikowaną, całkowicie pozbawioną kontroli. – Zuzanna, popatrz na mnie – powtórzył, tym razem ciszej, czulej. Podniosła oczy.
W jego spojrzeniu nie było litości. Było coś innego. Coś mocnego i nieprzepraszającego. – Załatwimy to – powiedział.
– Razem. Mam kontakty. Znajdziemy ci nowe studio. Pomogę z kosztami.
– A wystawa? – Zrobimy ją lepszą, niż była. Obiecuję. – Nie możesz tego obiecać.
– Mogę. – Pocałował jej czoło, czule i pewnie. – Bo nie zostawiam ludzi, na których mi zależy. A na tobie zależy mi bardziej niż na kimkolwiek.
Coś w Zuzannie złamało się ostatecznie. W dobry sposób. Oparła czoło o jego klatkę piersiową i płakała, a on trzymał ją mocno i bezpiecznie. Jakby był kotwicą w sztormie.
– Przepraszam – wyszeptała w końcu. – Za co? – Za bycie bałaganem. Jakub roześmiał się cicho.
– Jesteś najpiękniejszym bałaganem, jaki kiedykolwiek widziałem. I w tym momencie, w zalanych studio, z jej życiem rozpadającym się dosłownie, Zuzanna pomyślała: może to właśnie miłość. Niedoskonała. Nieperfekcyjna.
Tylko ktoś, kto zostaje, gdy wszystko się wali. Ktoś taki jak on. Następne dni były szaleństwem. Jakub dotrzymał słowa – jak zawsze, zdążyła pomyśleć Zuzanna.
W ciągu dwudziestu czterech godzin znalazł jej tymczasowe studio – mniejsze, ale funkcjonalne, w budynku należącym do jednego z jego klientów. Kiedy próbowała protestować przeciwko cenie, on po prostu wręczył jej klucze. – To część mojej inwestycji w wystawę – powiedział. – Nie kłóć się.
– Spojrzał na nią z tym swoim nieustępliwym wyrazem. – Pozwól mi pomóc. I ona pozwoliła. Po raz pierwszy w życiu pozwoliła komuś pomóc bez stawiania muru.
Filip pojawił się następnego dnia z laptopem i dziwną maszyną. – To profesjonalna suszarka do dokumentów – oznajmił, stawiając ją w nowym studio. – Twoje zdjęcia nie są całkowicie stracone. Szczególnie te cyfrowe.
Mam program, który może odzyskać pliki nawet z uszkodzonych dysków. Zuzanna spojrzała na Jakuba. – Powiedziałeś mu? – Oczywiście – odparł Jakub.
– Filip może być denerwujący, ale jest geniuszem. – Dziękuję – powiedziała cicho do Filipa. Filip wyglądał na niezręcznego z emocjami. Jak zawsze.
– To tylko logika – mruknął. – Algorytm przewidział, że będziecie razem. Jeśli ty jesteś szczęśliwa, mój brat jest szczęśliwy. A jeśli on jest szczęśliwy, przestanie narzekać na moje wykresy.
Wszyscy wygrywają. Jakub rzucił w niego poduszką. Magdalena też pomogła. Przynosiła lunch każdego dnia i siedziała z Zuzanną, gdy ta sortowała ocalałe zdjęcia.
Niektóre były do uratowania. Większość nie. – Mogę zrobić nowe – powiedziała Zuzanna któregoś popołudnia, patrząc na stertę zniszczonych odbitek. – Możesz – zgodziła się Magdalena.
– Ale te miały historię. – To teraz mam inną historię. – Zuzanna uśmiechnęła się lekko. – O zalaniu.
Przyjaźni. – I o Jakubie – dokończyła Magdalena z szerokim uśmiechem. Zuzanna przewróciła oczami, ale nie zaprzeczyła. Wieczorem Jakub przychodził zawsze z jedzeniem.
Pierwszego wieczoru to była chińszczyzna. Drugiego – pizza. Trzeciego pojawił się z torbami pełnymi składników. – Co robisz?
– zapytała Zuzanna, obserwując, jak rozpakowuje je w małej kuchni. – Gotuję. – Ty umiesz gotować? – Czemu brzmi to tak zdziwione?
– Bo jesteś architektem. Myślałam, że żywisz się diagramami i arogancją. Jakub roześmiał się tym głębokim, ciepłym śmiechem, który sprawiał, że jej żołądek podskakiwał. – Uwielbiam, jak mnie widzisz.
– Zawsze byłeś pełen niespodzianek. – To dobrze czy źle? – Jeszcze nie wiem. Usiadła na blacie, obserwując, jak kroi warzywa z precyzją chirurga.
– Gdzie się nauczyłeś gotować? – Moja babcia – jego twarz złagodniała na wspomnienie – mówiła, że mężczyzna, który potrafi zaprojektować budynek, potrafi zaprojektować posiłek. Wszystko to struktura. Smak.
Równowaga. – Była mądra. – Była. – Spojrzał na nią.
– Podobałabyś jej się. Zuzanna poczuła ciepło w klatce piersiowej. – Skąd wiesz? – Bo powiedziałaby, że znalazłem kogoś, kto mnie nie znosi bezpodstawnie.
Jej ulubiony rodzaj ludzi. – Nie znoszę cię bezpodstawnie – zaprotestowała. – Mam mnóstwo powodów. – Nazwij jeden.
– Jesteś zbyt pewny siebie. – To nie wada. – Zawsze musisz mieć rację. – Bo zazwyczaj ją mam.
– Widzisz? – Zuzanna wskazała go palcem. – To. To jest denerwujące.
Jakub podszedł bliżej, stając między jej kolanami. Był wystarczająco blisko, że czuła ciepło jego ciała. – Wiesz, co ja uważam za denerwujące? – zapytał cicho.
– Co? – wyszeptała. – Sposób, w jaki gryziesz wargę, gdy próbujesz się nie uśmiechnąć. Sposób, w jaki udajesz, że mnie nienawidzisz, ale twoje oczy mówią coś innego.
Sposób, w jaki sprawiasz, że tracę koncentrację tylko wchodząc do pokoju. Serce Zuzanny biło jak szalone. – Przerażam cię? – Tak – przyznała szczerze.
– Przerażasz mnie. – Dobrze. – Jego ręka znalazła się na jej kolanie, ciepła i pewna. – Znaczy, że nie jestem sam.
Bo ty mnie przerażasz od trzech lat. Zanim mogła odpowiedzieć, timer w kuchni zapiał. Jakub cofnął się, a moment pękł. Ale coś w nim pozostało.
Wiszące w powietrzu między nimi. Jedli w ciszy, ale była to wygodna cisza. Zuzanna obserwowała go ukradkiem. Sposób, w jaki jadł.
Jak czasami zatrzymywał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. – Dziękuję – powiedziała w końcu. – Za kolację? – Za wszystko.
– Spojrzała na niego. – Za ostatnie dni. Za pomoc bez pytania. Za bycie tutaj.
Jakub odstawił widelec, jego oczy poważne. – Zuzanna, gdziekolwiek byś była, ja chciałbym być tam. To już nie jest zakład. To nie jest algorytm.
To ja, chcący być częścią twojego życia. Dobrej i złej części. Łzy napłynęły do jej oczu. Płakała więcej w ostatnich dniach niż w całym roku.
– Co jeśli cię rozczaruję? – wyszeptała. – Nie możesz. – Mogę.
Jestem bałaganem. Jakub, moje życie to katastrofa. Moje studio właśnie zostało zniszczone. Nie mam nic.
– Masz siebie – przerwał jej, chwytając jej dłoń. – Masz talent. Pasję. Siłę.
Widzę to codziennie. I to wystarczy. Więcej niż wystarczy. Zuzanna spojrzała na ich złączone dłonie.
Jego była większa, mocniejsza, ale trzymała ją delikatnie. Jakby była czymś cennym. – Nie wiem, jak to robić – przyznała. – Co robić?
– To. – Wskazała na nich. – Ufać komuś. Pozwolić komuś być blisko.
– Tego nauczymy się razem – powiedział po prostu. I w tym momencie coś w Zuzannie się zdecydowało. Może nie trzeba było mieć wszystkich odpowiedzi. Może wystarczyło po prostu spróbować.
Później, gdy Jakub się zbierał do wyjścia, zatrzymała go przy drzwiach. – Jakub… – Tak? – To, co powiedziałeś tamtej nocy w samochodzie. – Wzięła głęboki oddech.
– Ja też. Od trzech lat. – Zobaczyła, jak zamiera, jak jego oczy rozszerzają się lekko. – Dobranoc – powiedziała szybko, zanim stchórzyła, i zamknęła drzwi.
Ale przez drzwi słyszała jego cichy śmiech. Ten szczęśliwy, ciepły dźwięk. I gdy położyła dłoń na sercu, czuła, jak bije. Szybko.
Nerwowo. Ale też z podekscytowaniem. Zostały cztery dni do końca zakładu. Cztery dni, zanim mogła oficjalnie przyznać, że Filip miał rację.
Że algorytm miał rację. Że 99% było w rzeczywistości 100% pewnością. Dzień przed końcem zakładu Zuzanna nie mogła spać. Leżała w łóżku, wpatrując się w sufit, myśląc o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca.
O aplikacji. O zakładzie. O Jakubie. Szczególnie o Jakubie.
Jej telefon zaświecił się na stoliku nocnym. 3:00 nad ranem. Wiadomość od niego: “Nie śpisz? ”
Uśmiechnęła się mimo siebie.
“Skąd wiesz? ”
“Bo ja też nie śpię. Myślę o tobie. ”
Serce jej przyspieszyło.
“To niebezpieczne. ” “Wiem. Nie obchodzi mnie to. ” “Jakub… wyjdź na balkon.
”
Zuzanna zamarła. Wstała, owinęła się kocem i wyszła na mały balkon swojego mieszkania. Warszawa była cicha o tej porze. Tylko okazjonalne światła samochodów przemykały po ulicach poniżej.
I tam, na chodniku, stał Jakub. Patrzył w górę. Telefon w dłoni, ubrany w ciemny płaszcz przeciw chłodowi nocy. Gdy ich spojrzenia się spotkały, nawet z tej odległości poczuła to.
To elektryczne połączenie. – Co ty robisz? – zawołała, szeptem zmieszanym z krzykiem. – Nie mogłem przestać o tobie myśleć – odkrzyknął, jego głos niosący się w cichej nocy.
– Jest 3:00 nad ranem. – Wiem, która jest godzina. – Wsunął ręce do kieszeni. – Otworzysz?
Powinna była powiedzieć nie. Powinna była być rozsądna. Ale zamiast tego nacisnęła przycisk domofonu. Trzy minuty później Jakub stał w jej drzwiach.
Włosy rozwichrzone od wiatru. Policzki zaczerwienione od zimna. Wyglądał jak coś z jej najdzikszych snów. – Jesteś szalony – powiedziała, ale odsunęła się, wpuszczając go.
– Prawdopodobnie. – Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. – Ale nie mogłem czekać do jutra. – Czekać na co?
– Na to. Wyciągnął z kieszeni coś małego. – Chciałem ci to dać. Zuzanna wzięła to od niego.
Mały pendrive. – Co to jest? – Twoje zdjęcia. – Jego głos był miękki.
– Filip odzyskał prawie wszystko. Nie wszystko, ale większość. Większość jest do uratowania. Łzy napłynęły do jej oczu natychmiast.
– Jakub…
– To nie wszystko. Wyciągnął drugi przedmiot. Małe, oprawione zdjęcie. – To znalazłem w studio.
Było pod wodą, ale jakoś przetrwało. Filip powiedział, że to cud. Było to zdjęcie jej babci. To samo, które myślała, że straciła.
Trochę rozmazane. Trochę zniszczone. Ale tam. Wciąż tam.
– Jak… – Jej głos się załamał. – Musiało być przeznaczenie – powiedział po prostu. – Tak jak my. Zuzanna spojrzała na niego.
Na tego wysokiego, niemożliwego, wspaniałego mężczyznę, który stał w jej mieszkaniu o 3:00 nad ranem, trzymając fragmenty jej serca w swoich rękach. – Dlaczego to robisz? – wyszeptała. – Co?
– Wszystko. Pomagasz mi. Troszczysz się. Jesteś tutaj, gdy powinieneś być w łóżku.
Dlaczego? Jakub podszedł bliżej. Tak blisko, że mogła policzyć rzęsy wokół jego ciemnych oczu. – Bo miesiąc temu powiedziałem ci, że zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku.
– Jego głos był niski, intensywny. – A ja zakochałem się w tobie, zanim nawet cię pocałowałem. Więc chciałem, żebyś wiedziała, jak to jest. Mieć kogoś, kto wybrał cię zanim algorytm.
Zanim zakład. Zanim cokolwiek. Po prostu – ciebie. Oddech Zuzanny uwiązł w gardle.
– Jakub…
– Więc powiem to teraz oficjalnie. – Wziął jej twarz w swoje dłonie, delikatnie, jakby była czymś bezcennym. – Zuzanno Nowak, jestem w tobie szaleńczo, kompletnie, bez nadziei zakochany. I chcę cię pocałować.
Nie przez zakład. Nie dla wygranej. Tylko dlatego, że przez miesiąc myślałem o niczym innym. Serce Zuzanny biło tak mocno, że myślała, że eksploduje.
– To nieuczciwe. – Co? – Że mówisz wszystkie właściwe rzeczy. – Jej ręce znalazły się na jego klatce piersiowej, czując jego serce bijące równie szybko.
– Jak mam się oprzeć, gdy mówisz takie rzeczy? – Nie musisz się opierać. – Jego kciuk przesunął się po jej dolnej wardze. Ten gest tak intymny, że zadrżała.
– Przez trzy lata się opieraliśmy. Może czas przestać. – A jeśli to będzie błąd? – To nie będzie błąd.
– Skąd wiesz? – Bo algorytm mówi 99% – uśmiechnął się lekko – a ja czuję 100. I wtedy przestała myśleć. Pociągnęła go za kołnierz płaszcza, zamykając odległość między nimi, a ich usta spotkały się w pocałunku, który wydawał się nieunikniony od pierwszego dnia.
To nie był delikatny pocałunek. To był pocałunek trzech lat frustracji. Miesiąca napięcia. Tygodni ukrywania prawdy.
Był namiętny i desperacki i doskonały. Jego ręce zaplątały się w jej włosach. Jej ręce szarpały jego płaszcz, przyciągając go bliżej, bliżej, nigdy wystarczająco blisko. Jakub smakował miętą i nocnym powietrzem i czymś głęboko, ciemno nim samym.
Jego pocałunek był pewny i poszukujący, jednocześnie znający i badający, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Gdy w końcu się odsunęli, oboje oddychali ciężko. Jakub oparł czoło o jej, jego oczy zamknięte. – Boże – wydyszał.
– Tak – zgodziła się Zuzanna, jej głos drżący. – To było…
Otworzył oczy, patrząc na nią z taką intensywnością, że poczuła się naga. Pomimo ubrania. – Powiedz mi, że to nie było tylko moje.
– To nie było tylko twoje. – Dotknęła jego twarzy. Jej palce drżały. – To było wszystko.
Uśmiechnął się. Ten prawdziwy, promieniejący uśmiech, który rzadko pokazywał. – Miałem rację. – O czym?
– Zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku. Zuzanna zachichotała. Dźwięk niski i szczęśliwy. – Jesteś arogancki do końca.
– To część mojego uroku. – To część tego, co mnie denerwuje. – Ale mnie kochasz – powiedział. I nie było w tym pytania.
Zuzanna spojrzała na niego. Na tego mężczyznę, który pojawił się o 3:00 nad ranem z jej odzyskanymi wspomnieniami. Który przez miesiąc pokazywał jej, że miłość to nie tylko słowa, ale czyny. Który patrzył na nią jak na cały swój świat.
– Tak – wyszeptała. – Kocham cię. Coś w twarzy Jakuba złamało się w najlepszy sposób. Pocałował ją znowu.
Tym razem wolniej, czulej. Jakby mieli cały czas świata. I może mieli. Może 99% to było tylko początek.
Może prawdziwa historia zaczynała się teraz. Gdy w końcu usiedli na kanapie, Zuzanna owinięta jego ramieniem, głowa na jego klatce piersiowej, słuchając bicia jego serca, poczuła coś, czego nie czuła od lat. Spokój. – Więc jutro kończy się zakład – powiedziała cicho.
– Technicznie dzisiaj – Jakub spojrzał na zegarek. 4:19. – Filip będzie nie do zniesienia. – Filip jest zawsze nie do zniesienia – roześmiała się.
– Co teraz? – Teraz – pocałował jej czoło – idziemy na tę wystawę. Jutro pokazujemy wszystkim, że stworzyliśmy coś pięknego. A potem…
– Potem?
– Potem zabieram cię na kolację. Prawdziwą kolację. Nie jako projekt, nie jako zakład. Jako dwoje ludzi, którzy są w sobie zakochani.
– Zakochani – powtórzył, jakby testował słowo. – Tak – powiedziała. – Zakochani. Siedzieli w ciszy przez chwilę.
Świt powoli rozjaśniał niebo za oknem. – Powinienem iść – powiedział w końcu Jakub, chociaż nie ruszył się ani o centymetr. – Powinieneś – zgodziła się Zuzanna, przytulając się bliżej. – Za chwilę.
Ale żadne z nich się nie ruszyło. Bo czasami najlepsze momenty to te, których się nie planuje. Jak aplikacja kompatybilności. Jak zalane studio.
Jak pocałunek o 3:00 nad ranem. Jak zakochanie się w osobie, którą myślałeś, że nienawidzisz. Jak 99%, które okazało się być 100. Wernisaż był za osiem godzin i Zuzanna była na skraju załamania nerwowego.
– To nie pasuje! – powiedziała po raz piąty, przestawiając zdjęcie o dwa centymetry w lewo. – Pasuje idealnie – odparł Jakub, łapiąc jej ręce. – Oddychaj.
– Oddycham. – Oddychasz jak ktoś, kto ma atak paniki. – Bo mam atak paniki. – Odwróciła się do niego, oczy szeroko otwarte.
– To jest moja pierwsza duża wystawa w prestiżowej galerii, a połowa moich zdjęć była pod wodą tydzień temu. Jakub objął jej twarz dłońmi, zmuszając ją, by na niego spojrzała. – Posłuchaj mnie. To jest piękne.
Ty jesteś piękna. I za osiem godzin wszyscy zobaczą to, co ja widzę codziennie. Niesamowity talent. – A jeśli…?
Uciszył ją pocałunkiem. Powolnym, uspokajającym pocałunkiem, który sprawił, że zapomniała, o czym mówiła. – Lepiej? – zapytał, gdy się odsunął.
– To nieuczciwe! – wymamrotała. – Używanie pocałunków, żeby wygrywać argumenty. – Będę to robić przez resztę życia – uśmiechnął się.
– Lepiej się przyzwyczaj. “Przez resztę życia. ” Słowa sprawiły, że coś w jej klatce piersiowej się roztopiło. – Jesteś niemożliwy.
– I zakochany w tobie. Nie miała na to odpowiedzi. Więc po prostu pocałowała go z powrotem. Drzwi galerii otworzyły się z trzaskiem.
– Stop! Filip wpadł do środka. Laptop w jednej ręce, jakiś wykres w drugiej. – Nie możecie się całować tutaj.
– Dlaczego nie? – zapytał Jakub, nawet nie odrywając wzroku od Zuzanny. – Bo to jest moment kulminacyjny! Zakład kończy się za siedem godzin i czterdzieści trzy minuty.
Muszę udokumentować dokładne parametry, gdy oficjalnie przyznacie, że jesteście razem. Zuzanna parsknęła śmiechem. – Filip, jesteśmy razem od wczoraj. – Wczoraj?
– Filip wyglądał, jakby mu się świat zawalił na głowę. – Ale zakład był na miesiąc. Technicznie byliście… – Zaczął wpisywać coś szaleńczo do laptopa. – Jeśli liczyć od pierwszego pocałunku… to… o mój Boże.
– Co? – zapytali jednocześnie. Filip obrócił ekran. – Pocałowaliście się o 3:14 nad ranem.
Dokładnie 29 dni, 23 godziny i 46 minut po rozpoczęciu zakładu. – I? – Jakub uniósł brew. – I to oznacza, że algorytm przewidział to z dokładnością 98% względem pierwotnej predykcji czasowej.
– Filip wyglądał jak dziecko w Boże Narodzenie. – To jest… to jest przełomowe. – Cieszę się, że nasze życie uczuciowe służy nauce – mruknęła Zuzanna. – Powinniście… – Filip nagle zamrugał.
– Poczekajcie. Czy to oznacza, że przegrałem zakład? – Technicznie nie – Jakub uśmiechnął się szeroko. – Wydarzyło się to w ramach miesiąca.
– Ale powiedziałaś, że wolisz umrzeć samotna, niż być ze mną – przypomniał, patrząc na Zuzannę. – To było przed pocałunkiem – odparła. – Miałeś rację. Zakochałam się w tobie po pierwszym pocałunku.
– Ha! – Jakub uniósł pięść triumfalnie. – Jesteś jak dziecko – stwierdziła, ale się uśmiechała. Filip robił notatki tak szybko, że prawie dymił mu laptop.
– Fascynujące. Więc pierwszy pocałunek był kluczowym czynnikiem zmiany…
– Filip – przerwał mu Jakub. – Czy mógłbyś przestać analizować nasz związek jak eksperyment naukowy? – Ale to jest eksperyment naukowy.
Najlepszy, jaki kiedykolwiek prowadziłem. – Filip spojrzał na nich oboje. – Wiecie, że będziecie musieli być case study w mojej prezentacji? – Absolutnie nie – powiedzieli chórem.
– Ale…
– Filip – Jakub założył ramiona. – Żadnych case study. Żadnych wykresów. Żadnych…
Drzwi otworzyły się ponownie.
Tym razem była to Magdalena, niosąc torby z jedzeniem i szerokim uśmiechem. – Słyszałam plotki – oznajmiła. – Pewnych ludzi w końcu przyznało się do uczuć. – Magdalena… – zaczęła Zuzanna ostrzegawczo.
– O nie. – Magdalena postawiła jedzenie i założyła ręce. – Przez trzy lata słuchałam was obojga narzekających na siebie. Pozwólcie mi mieć ten moment.
– Nie narzekaliśmy – zaprotestował Jakub. – Narzekaliście stale. – Magdalena zaczęła odliczać na palcach. – “On jest zbyt arogancki.
Ona jest zbyt uparta. On zawsze musi mieć rację. Ona nigdy nie słucha. Bla bla bla.
”
– To brzmi dokładnie – mruknął Filip. – Bo to prawda. – Magdalena uśmiechnęła się szerzej. – A teraz patrzcie na was.
Nie możecie przestać się dotykać. Zuzanna spojrzała w dół. I zdała sobie sprawę, że jej ręka spoczywa na ramieniu Jakuba. Jego ręka była na jej talii.
Nawet nie zauważyła. – To przez neurony lustrzane – zaczął Filip. – Gdy dwoje ludzi jest emocjonalnie…
– Filip, nie teraz – przerwała mu Magdalena. – Daj im się cieszyć.
Przez następne godziny galeria zamieniła się w kontrolowany chaos. Przyjechała kuratorka, pani Kowalska, z listą ostatnich minut zmian. Technik świateł próbował znaleźć idealny kąt. Dostawca cateringu przywiózł nie te kanapki.
Ale przez to wszystko Jakub i Zuzanna pracowali jak zespół. Bez słów. Bez kłótni. Po prostu synchronizacja.
Gdy on dostosowywał światło, ona już wiedziała, które zdjęcie przenieść. Gdy ona martwiła się rozmieszczeniem, on już miał rozwiązanie. – To jest przerażające – powiedziała Magdalena, obserwując ich. – Co?
– zapytał Tomasz, który właśnie przybył z Olą. – Oni. – Wskazała. – Nawet się nie patrzą, a wiedzą, co drugie robi.
– To właśnie przewidywał algorytm – wtrącił Filip z konta. – Kompatybilność neurokognitywna na poziomie…
– Filip, kochanie, kocham cię, ale proszę, zamknij się – przerwała mu Ola łagodnie. O 18:00 galeria była gotowa. Zdjęcia Zuzanny wisiały wzdłuż ścian, podświetlone przez struktury architektoniczne Jakuba, które tworzyły ramy i kontekst.
Połączenie było płynne. Przestrzeń i światło. Linie i cienie. Struktura i emocja.
– To jest piękne – wyszeptała pani Kowalska. – Najlepsza wystawa tego sezonu. Zuzanna poczuła łzy w oczach. – Naprawdę?
– Naprawdę. – Kuratorka uśmiechnęła się. – Wy dwoje macie coś wyjątkowego. Artystycznie i… – spojrzała na sposób, w jaki Jakub trzymał rękę Zuzanny – …osobiście.
O 19:00 zaczęli przybywać goście. Galeria zapełniła się ludźmi. Krytykami sztuki. Innymi artystami.
Kolekcjonerami. Zuzanna była zdenerwowana, ale Jakub był przy jej boku. Jego obecność – kotwicą. – Oddychaj – szepnął jej do ucha.
– Próbuję. – Widzisz tego człowieka w granatowym garniturze? – Wskazał dyskretnie. – Tak.
– To jeden z najważniejszych kolekcjonerów w Warszawie. I właśnie kupił trzy twoje zdjęcia. Zuzanna prawie się udławiła. – Co?
– Słyszałem, jak rozmawiał z panią Kowalską. Trzy. Za całkiem niezłą cenę. – Jakub…
– Mówiłem ci.
– Pocałował jej czoło. – Jesteś niesamowita. Wieczór minął w mgle szczęścia. Ludzie gratulowali, zadawali pytania, chwalili pracę.
Filip próbował wyjaśnić kilku osobom algorytm kompatybilności, ale Magdalena go powstrzymała. – Pozwól im myśleć, że to magia. – Ale to nauka – zaprotestował Filip. – Czasami nauka i magia to to samo – wtrąciła Ola mądrze.
Gdy goście w końcu zaczęli się rozchodzić, zostali tylko przyjaciele. Siedzieli na podłodze galerii, otoczeni pustymi kieliszkami i resztkami jedzenia. – Więc – zaczął Tomasz, unosząc kieliszek – za algorytm. – Za algorytm – powtórzyli wszyscy.
– Za zakochanych idiotów – dodała Magdalena, uśmiechając się do Jakuba i Zuzanny. – Za zakochanych idiotów – roześmiali się. – Za nauki ścisłe! – krzyknął Filip.
Wszyscy na niego spojrzeli. – Co? Nauka wygrała tutaj. – Nie, głuptasie – powiedział Jakub, przyciągając Zuzannę bliżej.
– Miłość wygrała. Filip otworzył usta, żeby zaprotestować. Potem je zamknął. – Właściwie, biostatystycznie rzecz biorąc, miłość jest formą…
– Filip!
– zawołali wszyscy jednocześnie. I gdy śmiali się razem, otoczeni sztuką i przyjaźnią i początkami czegoś pięknego, Zuzanna pomyślała: może 99% to nie było o byciu prawie idealnym. Może to było o znalezieniu kogoś, kto uzupełniał twój 1%. Kogoś takiego jak on.
Trzy tygodnie po wystawie Zuzanna obudziła się w mieszkaniu Jakuba. Nie była to pierwsza noc, którą tam spędziła. W ciągu ostatnich tygodni powoli się tam przeprowadziła. Najpierw szczoteczka do zębów.
Potem kilka ubrań. A w końcu cała szuflada w jego komodzie. Ale za każdym razem, gdy otwierała oczy i widziała go śpiącego obok, wciąż czuła ten przeskok serca. Jakub spał na brzuchu, jedno ramię przerzucone przez jej talię, włosy rozczochrane.
Wyglądał młodziej we śnie. Mniej opancerzony. Zuzanna nie mogła się powstrzymać. Wyciągnęła telefon i zrobiła zdjęcie.
– Jeśli to wrzucisz do internetu, będę musiał cię zabić – wymamrotał, nie otwierając oczu. Zuzanna podskoczyła. – Myślałam, że śpisz. – Myślałem, że przestałaś robić mi zdjęcia podczas snu.
– To dla mojej prywatnej kolekcji. – Brzmi niepokojąco. – Otworzył jedno oko, patrząc na nią z rozbawieniem. – Ile masz?
Przewinęła galerię. – Może 200. – 200?! – Obrócił się szybko, łapiąc jej telefon.
– Pokaż. – Nie! Próbowała go złapać, ale on był szybszy, trzymając telefon wysoko nad jej głową. – Zuzanna Nowak.
Czy ty mnie stalkujesz fotograficznie? – To nie stalking, to dokumentacja – broniła się, próbując dosięgnąć telefonu. Jakub przewijał. Jego uśmiech rósł z każdym zdjęciem.
– To ja czytam gazetę. To ja gotuję. O, to ja śpię. Znowu.
– Spojrzał na nią. – Jesteś obsesyjna. – Jestem fotografką. To moja praca.
– Twoja praca to robienie zdjęć klientom. Nie swojemu chłopakowi. Coś w sposobie, w jaki powiedział “swojemu chłopakowi”, sprawiło, że serce jej zadrżało. Trzy tygodnie i wciąż nie przyzwyczaiła się do tego słowa.
– Jesteś fotogeniczny! – powiedziała zamiast przyznać się do uczuć. – Jestem szczęśliwy – poprawił ją, oddając telefon. – Dlatego dobrze wychodzę.
Jestem szczęśliwy, gdy jestem z tobą. I tak po prostu, bez fanfar, bez wielkiego gestu, złapał jej serce i ścisnął. – Przestań – wyszeptała. – Co?
– Mówić takie rzeczy. Sprawiasz, że chcę…
– Co? – Zostać tutaj. Na zawsze.
Uśmiechnął się tym wolnym, pewnym uśmiechem, który wciąż sprawiał, że jej kolana słabły. – To jest plan. – Pocałował ją powoli i dogłębnie, jego ręka ślizgając się w jej włosy. Zuzanna westchnęła w jego usta, przyciągając go bliżej.
Trzy tygodnie. I wciąż każdy pocałunek był jak pierwszy. Podniecający. Przerażający.
Absolutnie doskonały. Gdy się w końcu odsunęli, oboje oddychali ciężej. – Mam spotkanie – wysapał Jakub. – W sobotę.
Klient nie rozumie koncepcji weekendu. – Pocałował ją jeszcze raz. Szybko. – Wracam za dwie godziny.
– Filip dzwonił wczoraj – powiedziała. – Chce, żebyśmy przyszli na kolację. – Do Filipa? – Zuzanna uniosła brew.
– Po tym, jak próbował nas zmienić w case study? – Obiecał, że nie będzie wykresów. – Nie wierzę mu. – Ja też nie.
– Jakub wstał, szukając koszuli. – Ale gotuje zaskakująco dobrze. I zaprasza też Magdalenę i Olę. Będzie zabawnie.
– Twoja definicja zabawy jest dziwna. – Moja definicja zabawy to ty. – Poprawił ją, rzucając jej jeden ze swoich swetrów. – Ubierz się.
Nie mogę myśleć, gdy wyglądasz tak. Zuzanna spojrzała w dół. Miała na sobie tylko jego koszulkę z wczoraj. – To ty kazałeś mi ją włożyć.
– To był błąd. – Odwrócił się, udając, że koncentruje się na guzikach. – Wielki błąd. Roześmiała się, wkładając sweter.
Był za duży. Pachniał nim. I był idealny. Mieszkanie Filipa wyglądało dokładnie tak, jak się spodziewali.
Komputery wszędzie. Wykresy na ścianach. I podejrzana ilość pustych kubków po kawie. – Witajcie!
– Filip otworzył drzwi, ubrany w koszulkę z napisem “I ♥ Algorithms”. – Nie ma wykresów, widzicie? Bez wykresów. – To podejrzane – mruknął Jakub, wchodząc do środka.
Magdalena i Ola już tam były, siedząc na kanapie z winem. Tomasz krzątał się w kuchni, pomagając Filipowi. – W końcu! – zawołała Magdalena.
– Myślałam, że się nie pojawicie. – Dlaczego mielibyśmy nie przyjść? – zapytała Zuzanna, siadając obok niej. – Bo jesteście w tej irytującej fazie związku, gdzie nie możecie się od siebie oderwać – powiedziała Ola z uśmiechem.
– Pamiętam ją. Trwa około trzech miesięcy. – My nie jesteśmy irytujący – zaprotestowała Zuzanna. Wszyscy spojrzeli na nią.
– Jesteście – powiedziała Magdalena łagodnie. – Ale w słodki sposób. Wczoraj przez 20 minut opisywałaś mi, jak Jakub kroi cebulę. Ale robi to bardzo precyzyjnie.
– Widzisz? Irytująco słodko. Kolacja była chaotyczna w najlepszy sposób. Filip faktycznie gotował dobrze.
Lazania z trzema rodzajami sera, która była boska. Tomasz opowiadał historię o swojej nowej, katastrofalnej randce. Ola dzieliła się plotkami z pracy. A Jakub i Zuzanna siedzieli blisko, ich ręce splatające się pod stołem, łapiąc spojrzenia, śmiejąc się z prywatnych żartów.
– Widzę to – powiedział Filip nagle. – Co widzisz? – zapytał Jakub ostrożnie. – Ten wzorzec.
– Filip wskazał ich widelcem. – Sposób, w jaki synchronizujecie ruchy. To właśnie algorytm przewidział. Neuronalne odbicie na poziomie nieświadomym.
– Filip, obiecałeś! – westchnęła Zuzanna. – To nie jest wykres. To obserwacja.
– To to samo. – Nie jest. Wykres miałby oś X i oś Y, podczas gdy…
– Filip – przerwał mu Jakub. – Zacznę mówić o moim projekcie wieżowca.
W szczegółach. Przez godzinę. Filip zacisnął usta natychmiast. Wszyscy wiedzieli, że Jakub mógł mówić o architekturze bez końca.
– To okrutne – powiedziała Zuzanna cicho. – Ale skuteczne. Po kolacji przenieśli się do salonu. Filip niechcący włączył film, ale nikt nie zwracał uwagi.
Rozmawiali. Śmiali się. Cieszyli się obecnością. Zuzanna obserwowała Jakuba, gdy rozmawiał z Tomaszem o jakimś projekcie.
Sposób, w jaki gestykulował, gdy był podekscytowany. Sposób, w jaki słuchał – naprawdę słuchał – gdy ktoś mówił. Sposób, w jaki co jakiś czas spoglądał na nią. Tylko po to, żeby się upewnić, że tam jest.
– Jest dobry dla ciebie – powiedziała Magdalena cicho, pojawiając się obok. – Wiem. – Pamiętam, jak mówiłaś, że wolisz umrzeć samotna. Zuzanna roześmiała się.
– Byłam idiotką. – Byłaś przestraszona. – Magdalena wzięła jej rękę. – Ale teraz nie jesteś.
Widzę to. – Wciąż jestem trochę przestraszona – przyznała Zuzanna. – To wszystko stało się tak szybko. Miesiąc.
– Dokładnie. Miesiąc temu nienawidziłaś go. – Nie nienawidziłam. – Udawałaś.
– Magdalena uśmiechnęła się. Może miała rację. Może przez trzy lata Zuzanna po prostu chroniła siebie przed czymś, co wydawało się zbyt dobre, żeby było prawdziwe. Ale teraz, patrząc na Jakuba, na sposób, w jaki uśmiechał się do niej przez pokój, wiedziała.
To było prawdziwe. Wszystko było prawdziwe. Późno w nocy, gdy wrócili do jego mieszkania, Jakub przyciągnął ją na kanapę. – Muszę ci coś powiedzieć – zaczął.
Serce Zuzanny przyspieszyło. – Brzmi poważnie. – Nie jest. – Wziął jej ręce w swoje.
– A może jest. Nie wiem. – Jakub, denerwujesz mnie. – Przepraszam.
– Wziął głęboki oddech. – Chcę, żebyś wprowadziła się tutaj oficjalnie. Zuzanna zamarła. – Co?
– Już tutaj jesteś w połowie czasu. Twoja szczoteczka jest w łazience. Twoje ubrania w szafie. A ja… – jego kciuk kreślił kółka na jej dłoni – …nie chcę nocy, w których cię tutaj nie ma.
Chcę zasypiać z tobą i budzić się z tobą. Chcę cię widzieć w moim swetrze, robiącą kawę rano. Chcę ciebie tutaj. Zawsze.
Łzy napłynęły do jej oczu. – To szybko. – Wiem. – Ludzie powiedzą, że jesteśmy szaleni.
– Prawdopodobnie. – Znamy się tak naprawdę dopiero miesiąc. – Znamy się trzy lata – poprawił ją. – Po prostu potrzebowaliśmy miesiąca, żeby przestać być głupi.
Zuzanna roześmiała się przez łzy. – Wiesz, że to obłąkane, prawda? – Algorytm mówi 99%. – Do diabła z algorytmem.
– Pocałowała go. – Tak. – Tak? – Tak.
Tak. Tak. – Pocałowała go znowu. – Absolutnie szaleńczo.
Tak. Podniósł ją, obracając, śmiejąc się. A Zuzanna w jego ramionach pomyślała: to właśnie szczęście. To uczucie lotu.
To zakochanie się w kimś, kto łapie cię, gdy spadasz. Ktoś taki jak on. Zawsze on. Przeprowadzka Zuzanny zajęła dwa weekendy i cały arsenał przyjaciół.
Magdalena nadzorowała operację jak generał. Filip stworzył optymalny system pakowania, którego nikt nie rozumiał. A Tomasz po prostu dźwigał pudła i narzekał. Ale teraz, w piątkowy wieczór, ostatnie pudło było rozpakowane.
Mieszkanie Jakuba – nie, ich mieszkanie – wyglądało jak połączenie dwóch światów. Jego minimalistyczne projekty architektoniczne wisiały obok jej fotografii. Jego uporządkowane półki teraz mieściły jej chaotyczną kolekcję książek. Jego sterylna kuchnia miała jej dziwne gadżety.
Było doskonałe. Jakub stał w kuchni, gotując kolację. Coś z kurczakiem i ziołami, co pachniało bosko. Zuzanna siedziała na blacie, obserwując go, aparat w dłoni.
– Znowu robisz mi zdjęcia – powiedział, nie odwracając się. – Nie mogę się powstrzymać. – Kliknęła migawkę. – Poza tym to historyczny moment.
Pierwsza kolacja w naszym mieszkaniu. – Technicznie jadłaś tutaj setki kolacji. Ale teraz to oficjalne. Odstawiła aparat.
– Teraz to dom. Coś w jego twarzy złagodniało. Odstawił patelnię, podchodząc do niej. Stanął między jej kolanami, ręce spoczywając na jej biodrach.
– Dom – powtórzył, testując słowo. – Podoba mi się, jak to brzmi. – Ja też. – Kto by pomyślał.
– Objęła jego szyję. – Miesiąc temu chciałam cię udusić. A teraz… teraz nie mogę wyobrazić sobie życia bez ciebie. Pocałował ją powoli i czule.
Jakby miał całą wieczność. Gdy się odsunęli, jego oczy były ciemne, intensywne. – Mam dla ciebie coś – powiedział cicho. – Co?
Wyciągnął z kieszeni mały klucz. – Do pracowni. Myślałem, że może chciałabyś tam mieć swoje studio. Jest dużo światła.
Dobra przestrzeń. Moglibyśmy dzielić ją. Ja projektuję, ty fotografujesz. Zuzanna wpatrywała się w klucz, potem w niego.
– Jakub…
– Jeśli nie chcesz, rozumiem. Ale pomyślałem, że po tym, co się stało z twoim starym studiem, może…
Uciszyła go pocałunkiem. – To doskonałe. – Ty jesteś doskonały.
– Nie jestem doskonały – roześmiał się. – Jestem obsesyjny na punkcie czystości. Mówię zbyt wiele o architekturze. I mam irytującą potrzebę wygrywania każdego argumentu.
– To prawda – uśmiechnęła się. – Ale jesteś też inteligentny. Zabawny. Opiekuńczy.
I sposób, w jaki na mnie patrzysz…
– Jak? – Jakbym była czymś cennym. – Jej głos załamał się lekko. – Nikt nigdy nie patrzył na mnie tak.
Jakub dotknął jej twarzy, kciuk przesuwając się po jej policzku. – Bo jesteś czymś cennym. Najcenniejszą rzeczą w moim życiu. I wtedy przestali rozmawiać.
Pocałunek stał się głębszy, bardziej naglący. Jego ręce przesunęły się w jej włosy. Jej nogi owinęły się wokół jego talii. Powietrze między nimi zmieniło się, naładowało czymś elektrycznym.
Nieuniknionym. – Zuzanna – wysapał przeciwko jej ustom. – Tak? – Jeśli chcesz, żebym przestał, powiedz.
– Nie przestawaj. – Spojrzała mu w oczy, jej własne ciemne od pożądania. – Proszę, nie przestawaj. Podniósł ją łatwo, jej nogi wciąż owinięte wokół niego, i zaniósł do sypialni.
Położył ją na łóżku delikatnie, jakby była zrobiona ze szkła. – Jesteś pewna? – zapytał, klęcząc nad nią. – Nigdy nie byłam czegoś pewniejsza.
To, co nastąpiło, było powolne i czułe. Odkrywaniem, nie podbijaniem. Jakub całował każdy centymetr jej skóry, jakby był czymś świętym. Jego dotyk był pewny, ale delikatny.
Jego słowa, szepnięte przeciwko jej skórze, były pełne uwielbienia. – Piękna – szeptał, całując jej ramię. – Tak piękna. Zuzanna drżała pod jego dotykiem.
Jej własne ręce badały kontury jego ciała. Szerokie ramiona. Silne plecy. Sposób, w jaki jego mięśnie napinały się pod jej palcami.
– Jakub – wyszeptała jego imię jak modlitwę. – Jestem tutaj – odpowiedział, jego czoło oparte o jej. – Jestem tutaj. Gdy się w końcu złączyli, było to jak wracanie do domu.
Powolne. Doskonałe. Absolutnie właściwe. Poruszali się razem w rytmie tak naturalnym, jakby byli stworzeni do tego momentu.
Potem leżeli splątani, jej głowa na jego klatce piersiowej, słuchając jego serca. – To było… – zaczęła, nie znajdując słów. – Tak – zgodził się, całując jej czoło. – Tak było.
– Nie żałujesz? Obrócił ją, żeby mogła zobaczyć jego twarz. – Nigdy nie żałuję niczego, co ma związek z tobą. Leżeli w ciszy.
Palce splatające się. Świat za oknem znikając. – Kocham cię – powiedziała w końcu Zuzanna. Słowa wychodzące łatwo, naturalnie.
– Wiem – odpowiedział z uśmiechem. – Algorytm to przewidział. – Kopnęła go lekko. – To jest ten moment.
Nie psuj go nauką. Roześmiał się, przytulając ją bliżej. – Przepraszam. Kocham cię też.
Algorytm nie był potrzebny, żeby to wiedzieć. Dziewięć miesięcy później Zuzanna stała w ich wspólnej pracowni, poprawiając ostatnie zdjęcie na nową wystawę. Jej brzuch był teraz wyraźnie zaokrąglony. Pięć miesięcy ciąży.
– Przestań się wiercić! – powiedział Jakub, podchodząc z tyłu i obejmując ją. Jego ręce spoczęły na jej brzuchu. – Lekarz powiedział, żebyś odpoczywała.
– Jedno zdjęcie więcej nie zaszkodzi. – Powiedziałaś to trzy zdjęcia temu. Odwróciła się w jego ramionach. – Denerwujesz się o dziecko?
– Przerażam się – przyznał. – Ale w dobry sposób. – Ja też. Pocałował ją czule.
– Będziemy dobrymi rodzicami. – Skąd wiesz? – Bo mamy 99% kompatybilności. – Uśmiechnął się.
– A Filip stworzył nową aplikację przewidującą style rodzicielstwa. – Pokazał jej telefon. – Chcę, żebyśmy ją przetestowali. Zuzanna westchnęła, ale sprawdziła aplikację.
Wprowadzili dane. I wtedy:
– 100% – wyszeptała, patrząc na ekran. – Co? – 100% kompatybilności rodzicielskiej.
– Spojrzała na niego. – Algorytm się zaktualizował. Jakub wziął telefon, patrząc na wynik. Potem roześmiał się tym głębokim, ciepłym śmiechem, który wciąż sprawiał, że jej serce podskakiwało.
– Filip miał rację. Powiedział, że algorytm się dostosowuje, gdy para w końcu przyznaje się do uczuć. – To nie algorytm – poprawiła go Zuzanna, kładąc dłoń na jego twarzy. – To my.
Rosnący razem. – Razem – powtórzył, całując ją. – Podoba mi się, jak to brzmi. I gdy stali tam, w pracowni wypełnionej ich sztuką, ich marzeniami, ich przyszłością, Zuzanna pomyślała o tamtej nocy miesiąc temu.
O aplikacji, która wszystko zaczęła. O zakładzie, który ich zbliżył. O trzech latach tracenia czasu na udawanie. I o tym, jak czasami najlepsze rzeczy przychodzą z najbardziej niespodziewanych miejsc.
Jak algorytm kompatybilności. Jak zalane studio. Jak słowa “zakochałabyś się we mnie po pierwszym pocałunku”. Ale głównie o miłości.
Prawdziwej, bałaganiarskiej, doskonale niedoskonałej miłości. Rodzaju miłości, która nie potrzebowała algorytmu. Tylko dwojga ludzi gotowych zaryzykować i znaleźć swoje 100%. Rok później Filip siedział w studiu telewizyjnym, opowiadając o swojej aplikacji.
– A państwa największy sukces? – zapytała prowadząca. – Mój brat i Zuzanna – odpowiedział z dumą. – 99% kompatybilności.
– Uśmiechnął się. – A teraz mają dziecko. Córkę, małą Marię. Siedem miesięcy.
– Filip pokazał zdjęcie na telefonie. Jakub trzymający małą dziewczynkę. Zuzanna robiąca im zdjęcie. – I właśnie się zaręczyli.
– To piękne. – To nauka – poprawił Filip. – Ale też może trochę magii. W mieszkaniu Jakuba i Zuzanny mała Maria spała w kołysce.
Jakub i Zuzanna siedzieli na kanapie, obserwując wywiad Filipa. – Powiedział “magia” – zauważyła Zuzanna. – To postęp – zgodził się Jakub. Spojrzała na pierścionek na jej palcu.
Prosty. Elegancki. Absolutnie doskonały. – Nie żałujesz?
– zapytała. – Czego? – Tej całej szybkości. – Żałuję tylko lat, które zmarnowaliśmy – odpowiedział, całując jej rękę.
– Ale reszty – ani sekundy. I gdy Maria zamruczała we śnie, a Filip kontynuował na ekranie, Jakub i Zuzanna po prostu siedzieli razem. Rodzina. Dom.
100%. Zawsze.


