— CO TERAZ?
Andrzej „Pershing” Kolikowski odwrócił głowę.
Nie miał czasu odpowiedzieć.
Kilka metrów dalej stało Audi 80.
Jeden z mężczyzn pilnował samochodu. W ręku trzymał reklamówkę. Padały strzały w powietrze.
Drugi szedł prosto w stronę Pershinga.
Zakopane.
5 grudnia 1999 roku.
Około godziny szesnastej.
Jeszcze kilka minut wcześniej Pershing odpoczywał po jeździe na nartach na Polanie Szymoszkowej razem z młodą przyjaciółką.
Teraz wkładał sprzęt do swojego Mercedesa S500.
Napastnik podszedł bardzo blisko.
— Co teraz?
Padły strzały.
Pershing runął na ziemię.

Ranny został również jego znajomy.
Napastnicy wskoczyli do Audi.
Samochód zniknął.
Na miejsce ruszyła pomoc.
Andrzej Kolikowski jeszcze żył.
Ratownicy próbowali go uratować.
Bezskutecznie.
Człowiek, którego nazwisko w latach dziewięćdziesiątych znała niemal cała Polska, zmarł podczas akcji ratunkowej.
Miał czterdzieści pięć lat.
Ale najbardziej niepokojące pytanie pojawiło się dopiero później.
Jak można było tak łatwo zbliżyć się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych gangsterów w kraju?
I kto naprawdę chciał jego śmierci?
Żeby znaleźć odpowiedź, trzeba cofnąć się o prawie trzydzieści lat.
Do Ożarowa Mazowieckiego.
Do czasów, kiedy nikt nie nazywał go jeszcze Pershingiem.
Andrzej Kolikowski urodził się 19 stycznia 1954 roku w Ołtarzewie.
Jako dziecko przeprowadził się z matką i rodzeństwem do Ożarowa Mazowieckiego.
Nie zaczynał jako gangster.
Zaczynał jak tysiące innych chłopaków.
Sport.
Piłka nożna.
Zapasy.
Grał w KS Ożarowianka.
Trening dawał mu dyscyplinę.
Ale ulica dawała coś innego.
Pieniądze.
Pozycję.
Emocje.
W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ukończył szkołę zawodową jako mechanik samochodowy.
Podjął pracę w hucie szkła w Ożarowie.
Później pracował fizycznie w miejscowej fabryce.
Miał siedemnaście lat, kiedy pierwszy raz pojawił się w policyjnych dokumentach w związku z kradzieżą na terenie zakładu.
Potem zatrudnił się jako kierowca w Transbudzie.
I właśnie tam doszło do kolejnego problemu.
Z samochodu, którym miał jechać w trasę, zniknął ładunek.
Zakład podejrzewał Kolikowskiego.
On miał wszystkiemu zaprzeczać.
To jednak nie kradzieże miały zbudować jego pozycję.
Prawdziwą obsesją stało się coś innego.
Hazard.
Pod koniec lat siedemdziesiątych Pershing zaczął coraz częściej pojawiać się w nielegalnych kasynach.
Karty.
Ruletka.
Duże pieniądze.
Ale szczególnie pociągały go wyścigi konne na warszawskim Służewcu.
Tam można było zarobić fortunę.
Albo ją stracić.
Pershing znał się na zakładach.
Potrafił oceniać ludzi.
Rozumiał psychologię gracza.
I zaczął zarabiać.
Według jednej z relacji właśnie na Służewcu miał poznać Jeremiasza Barańskiego, później znanego jako „Baranina”.
Ta znajomość miała mu otworzyć drogę do RFN.
W Niemczech Kolikowski robił pierwsze poważniejsze interesy.
Dolary.
Samochody.
Transport do Polski.
Według źródła miał współpracować również z Nikodemem Skotarczakiem, „Nikosiem”.
Na początku lat osiemdziesiątych wrócił do Polski.
Już nie jako zwykły mechanik z Ożarowa.
Miał pieniądze.
Kontakty.
I coraz większe ambicje.
W Warszawie zbliżył się do ludzi, którzy później będą ważnymi postaciami półświatka.
Marek M., „Gruby Marek”.
Leszek D.
Ludzie od pieniędzy.
Hazardu.
Lichwy.
Pershing zaczął pożyczać pieniądze na procent.
Mechanizm był prosty.
Potrzebujesz gotówki?
Dostajesz.
Ale oddajesz więcej.
I lepiej nie spóźniać się ze spłatą.
Po pewnym czasie Kolikowski wszedł jeszcze głębiej w świat hazardu.

Założył własne nielegalne kasyno przy ulicy Kamiennej na Pradze-Północ.
Nie był tylko właścicielem.
Sam potrafił siadać przy stole jako krupier.
Znał zasady.
Znał graczy.
Wiedział, kiedy ktoś blefuje.
Pod koniec lat osiemdziesiątych miał kontrolować już kilka nielegalnych kasyn.
Wtedy właśnie przylgnął do niego pseudonim:
Pershing.
Według popularnej wersji od powiedzenia:
— Idzie jak Pershing.
Szybko.
Mocno.
Bez zatrzymywania się.
Potem nadszedł rok 1989.
Polska się zmieniła.
Granice się otwierały.
Państwowa gospodarka rozpadała się.
Nowe fortuny powstawały w ciągu miesięcy.
A przestępczy półświatek dostał możliwości, o których wcześniej mógł tylko marzyć.
Alkohol.
Przemyt.
Haracze.
Kasyna.
Samochody.
Paliwo.
Pershing zaczął budować własne środowisko ludzi z Ożarowa.
Jednocześnie blisko współpracował z powstającą grupą pruszkowską.
Wokół niej pojawiali się ludzie o pseudonimach, które niedługo później będą znane całej Polsce:
„Barabasz”.
„Parasol”.
„Dreszcz”.
„Słowik”.
„Malizna”.
A po drugiej stronie mapy rosły inne grupy.
Wołomin.
Ząbki.
Marki.
Przez pewien czas wszyscy jeszcze robili interesy razem.
Ale pieniądze mają jedną właściwość.
Dopóki jest ich mało, ludzie potrafią się dzielić.
Kiedy jest ich bardzo dużo, zaczynają liczyć, kto bierze za dużo.
Rok 1992 stał się punktem zwrotnym.
Policyjny nalot na jedną z nielegalnych wytwórni alkoholu pod Warszawą uruchomił lawinę wzajemnych oskarżeń.
Podejrzewano zdradę.
Ktoś musiał powiedzieć policji.
Kto?
W półświatku odpowiedź nie musiała być poparta dowodami.
Wystarczyło podejrzenie.
Henryk Niewiadomski „Dziad” wraz z ludźmi ze swojej strony odsunął się od grupy pruszkowskiej.
Zaczęły powstawać dwa wielkie obozy.
Pruszków.
Wołomin.
Początkowo był to tylko podział interesów.
Potem przyszły groźby.
Porwania.
Bomby.
Strzelaniny.
A w 1993 roku konflikt przerodził się w otwartą wojnę.
Jednym z najbardziej agresywnych ludzi po stronie przeciwników Pruszkowa był Wiesław Niewiadomski, pseudonim „Wariat”.
Dla Pruszkowa był zagrożeniem.
Dla Pershinga również.
Wariat doskonale o tym wiedział.
I postanowił uderzyć pierwszy.
30 marca 1994 roku.
Warszawa.
Lokal przy ulicy Meksykańskiej.
Według źródła w instalacji gazowej umieszczono potężny ładunek wybuchowy.
Eksplozja miała zabić Pershinga.
Ładunek był ogromny.
Mówiło się nawet o około trzystu kilogramach materiału wybuchowego.
Wybuch nastąpił.
Lokal został zniszczony.
Ale Pershinga tam nie było.
Jego samochodem jechał tego dnia ktoś inny.
Cel przeżył, bo zwyczajnie nie pojawił się w miejscu zamachu.
Dla przeciętnego człowieka taka sytuacja oznaczałaby:
uciec.
Zmienić życie.
Zniknąć.
Dla warszawskiego półświatka oznaczała coś innego.
Zaczęła się vendetta.
A Wariat nie zamierzał czekać.
Kilka dni później miał spróbować ponownie.
Wieczór.
Ożarów.
Dwóch napastników czeka przed domem Kolikowskiego.
Widzą mężczyznę wychodzącego z posesji.
Ruszą.
Trzy strzały.
Jeden trafia w ramię.
Dwa w korpus.
Na koniec napastnicy wrzucają granat.
Granat nie eksploduje.
Dopiero później okazuje się, że znowu pomylili człowieka.
To nie był Pershing.
To był jego przyjaciel i ochroniarz, Andrzej „Florek” F.
Drugi zamach.
Druga pomyłka.
Pershing nadal żył.
Wydawało się, że ma niewiarygodne szczęście.
Ale trzy miesiące później nadszedł kolejny sygnał.
24 lipca.
Służewiec.
Miejsce, od którego zaczęła się jego wielka fascynacja hazardem.
Około dziewiętnastej w alejce obok budynków dyrekcji eksplodował jego Mercedes W124.
Nie ustalono jednoznacznie, czy samochód miał eksplodować właśnie wtedy, czy ładunek uruchomił się zbyt wcześnie.
Ale Pershing znowu przeżył.
Trzy zamachy w ciągu kilku miesięcy.
W półświatku nikt już nie miał wątpliwości.
To była wojna.
11 sierpnia 1994 roku Pershing wyjechał z ludźmi do Sopotu.
Miał odpocząć od Warszawy.
Nie odpoczął długo.
Pomorska policja przeprowadziła dużą akcję.
Zatrzymano Pershinga i jego otoczenie.
Zabezpieczono broń.
Gotówkę.
Kolikowski trafił do aresztu.
Po mieście natychmiast rozeszła się plotka.
Kto ich wystawił?
W półświatku pojawiły się nazwiska Nikosia i Wariata.

Pershing został przewieziony do Warszawy.
Usłyszał między innymi zarzut wymuszenia czterdziestu tysięcy dolarów od właściciela myjni samochodowej na Żoliborzu.
Pojawiły się również inne sprawy.
Porwanie.
Pobicie.
Paserstwo.
Procesy ciągnęły się miesiącami.
W części spraw Kolikowski został uniewinniony.
W innych skazany.
W 1996 roku trafił za kratki.
Ale więzienie nie oznaczało utraty wpływów.
Według źródła Pershing nadal utrzymywał kontakt ze swoim środowiskiem.
Najbliżsi ludzie pilnowali interesów.
Pieniądze pracowały.
Kasyna działały.
Relacje trwały.
Kiedy w 1998 roku Kolikowski wyszedł na wolność, odkrył jednak, że świat się zmienił.
Część jego dawnych interesów została przejęta.
Ludzie Pruszkowa nie mieli ochoty ich oddawać.
Pershing również nie zamierzał prosić.
Pierwsze konflikty były jeszcze niewielkie.
Słowa.
Rozliczenia.
Napięcie.
Ale pozycja dawnych przyjaciół zaczynała się rozchodzić.
Kolikowski miał dodatkowo inny plan.
Legalizacja.
Nie chciał do końca życia żyć jak człowiek czekający na kolejną bombę pod samochodem.
Chciał oficjalnych biznesów.
Pomorze wydawało się idealnym miejscem.
W drugiej połowie 1998 roku zaczął inwestować nad morzem.
Dyskoteka w Sopocie.
Legalne spółki.
Według źródła również przedsiębiorstwo związane z branżą pornograficzną w Rumi.
Pershing próbował połączyć dwa światy.
Legalny biznes.
I dawne pieniądze.
Ale właśnie wtedy wydarzyło się coś, co ponownie postawiło go w centrum konfliktu.
Do jego otoczenia przeszedł Jarosław S., pseudonim „Masa”.
Masa był jedną z kluczowych postaci tak zwanego młodego Pruszkowa.
Miał własnych ludzi.
Młodych.
Silnych.
Gotowych do działania.
W jego otoczeniu funkcjonowały między innymi grupy „Mięśniaków” i ludzi Dariusza B.
Masa popadł w konflikt ze starszymi liderami Pruszkowa.
I szukał silnego protektora.
Znalazł go w Pershingu.
Dla starych Pruszkowa oznaczało to jedno:
Kolikowski zaczyna budować własny obóz.
Napięcie wybuchło.
Doszło nawet do bezpośredniej bójki pomiędzy Pershingiem a Mirosławem D., pseudonim „Malizna”.
Według relacji Pershing wyszedł z niej zwycięsko.
Dla ludzi ulicy taki epizod nie był zwykłą bójką.
To była demonstracja hierarchii.
Kto kogo pokonał.
Kto się wycofał.
Kto stracił twarz.
Od tego momentu dawni partnerzy zaczęli stawać po przeciwnych stronach.
Ale prawdziwe pieniądze dopiero miały pojawić się na stole.
Jednoręcy bandyci.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych automaty do gier zaczęły pojawiać się w całej Polsce.
Bary.
Stacje.
Restauracje.
Kluby.
Niewielkie lokale.
Maszyna stała pod ścianą.
Klienci wrzucali pieniądze.
A pieniądze płynęły.
Pershing zobaczył skalę biznesu bardzo szybko.
Automaty nie wymagały transportów narkotyków.
Nie trzeba było napadać na ciężarówki.
Nie trzeba było ryzykować przy każdym przejeździe granicy.
Setki urządzeń mogły codziennie generować gotówkę.
Według źródła zyski potrafiły być porównywalne z najbardziej dochodowymi nielegalnymi interesami.
Kolikowski wszedł w ten rynek.
Pruszków również chciał.
Problem polegał na tym, że Pershing nie zamierzał dzielić się procentem.
Dawni przyjaciele zaczęli naciskać.
— To nasz teren.
Pershing miał odpowiedzieć w praktyce:
— To mój interes.
Konflikt stawał się coraz bardziej osobisty.
Pieniądze.
Ambicja.
Dawne urazy.
Masa.
Malizna.
Automaty.
Wszystko zaczęło się łączyć.
I pod koniec 1999 roku ktoś podjął decyzję.
Pershing ma zniknąć.
Grudzień.
Zakopane.
Pershing przyjechał tam z dwudziestojednoletnią Patrycją R., studentką ze Szczecina.
Góry miały być odpoczynkiem.
Narty.
Restauracje.
Kilka spokojnych dni.
5 grudnia para pojawiła się na Polanie Szymoszkowej.
Pershing jeździł na nartach.
Około szesnastej zaczął wracać.
Niósł sprzęt do Mercedesa S500.
I wtedy podjechało Audi 80.
Dwóch mężczyzn wysiadło.
Jeden został przy samochodzie.
Miał kontrolować otoczenie.
Drugi ruszył w kierunku Kolikowskiego.
Pershing zobaczył go dopiero wtedy, gdy było już za późno.
— Co teraz?
Strzały.
Kolikowski został trafiony kilka razy.
Ranny został również jego znajomy Wojciech U.
Napastnicy odjechali.
Na parkingu został chaos.
Krzyki.
Krew.
Ludzie wzywający pogotowie.
Andrzej „Pershing” Kolikowski — człowiek, który przeżył bomby, strzelaniny i wojnę gangów — tym razem nie miał szczęścia.
Zmarł.
Śledztwo szybko skierowało uwagę na środowisko warszawskiego półświatka.
Według ustaleń przywołanych w źródle za zleceniem zabójstwa miał stać Mirosław „Malizna” D.
Wśród osób łączonych z wykonaniem zamachu pojawili się Ryszard Bogucki, Ryszard Niemczyk „Rzeźnik” oraz Adam K., pseudonim „Dziadek”.
Ale sprawa od początku pełna była kontrowersji.
Pojawiały się różne wersje.
Jedna mówiła o zaplanowanej egzekucji.
Inna — przedstawiana później przez jednego z oskarżonych — sugerowała, że miało chodzić o porwanie dla okupu, które wymknęło się spod kontroli.
Pojawiły się pytania dotyczące Patrycji.
Dlaczego została zniszczona karta SIM należąca do Pershinga?
Czy miało to jakiekolwiek znaczenie dla sprawy?
Czy był przypadek?
Czy ktoś coś ukrywał?
Nie wszystkie pytania otrzymały jednoznaczną odpowiedź.
Najbardziej konsekwentnie swoją niewinność podważał Ryszard Bogucki.
Przez lata przedstawiał argumenty mające świadczyć o tym, że rekonstrukcja zabójstwa była niepełna.
Pojawiały się nazwiska innych ludzi, którzy mieli być widziani z Niemczykiem i „Dziadkiem”.
Powróciło również pytanie znacznie szersze.
Pershing był wówczas jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi polskiego półświatka.
Był obserwowany.
Interesowały się nim służby.
Jak więc możliwe, że w Zakopanem nikt nie zauważył przygotowywanego zamachu?
Czy po prostu zgubiono go z obserwacji?
Czy służby w ogóle go wtedy śledziły?
A może wiedza o jego ruchach znajdowała się nie tylko po stronie policji?
Te pytania przez lata napędzały teorie.
Ale jedna rzecz pozostaje bezsporna.
5 grudnia 1999 roku epoka Pershinga dobiegła końca.
Jego historia jest symbolem całych lat dziewięćdziesiątych.
Zaczynał jako chłopak z Ożarowa.
Mechanik.
Robotnik.
Kierowca.
Potem pojawiły się wyścigi konne.
Hazard.
Dolary.
Kasyna.
Lichwa.
Przemyt.
Pruszków.
Wojna z Wołominem.
Bomby.
Więzienie.
Automaty do gier.
I próba wejścia w legalny biznes.
Każdy kolejny etap przynosił więcej pieniędzy.
Więcej ludzi.
Więcej wpływów.
I więcej wrogów.
To właśnie charyzma, która przyciągała młodszych gangsterów do Pershinga, mogła ostatecznie stać się jego największym problemem.
Bo kiedy Masa i jego ludzie zaczęli przechodzić pod skrzydła Kolikowskiego, dawni partnerzy zobaczyli już nie kolegę.
Zobaczyli konkurenta.
Człowieka, który mógł zbudować własne imperium.
Pershing przeżył trzy zamachy w 1994 roku.
Przeżył więzienie.
Przeżył wojnę Pruszkowa z Wołominem.
Przeżył konflikty z ludźmi, którzy nie wahali się używać bomb i broni.
Ale pięć lat później wystarczyło kilka sekund na parkingu w Zakopanem.
Audi.
Dwóch ludzi.
Jedno pytanie:
— Co teraz?
I kilka strzałów.
Andrzej „Pershing” Kolikowski zbudował swoją legendę dzięki temu, że przez lata wydawał się człowiekiem, którego nie można dosięgnąć.
5 grudnia 1999 roku ktoś udowodnił, że można.
Ale do dziś pozostaje inne pytanie:
czy naprawdę znamy całą historię ludzi, którzy tego dnia zdecydowali, że Pershing nie wróci już z Zakopanego?


